niedziela, 4 września 2011

Ostatnie tango w Olsztynie

Próbuję sobie w głowie wszystko poukładać, może będzie łatwiej jeżeli przeleję to w słowa. Ciężko brać temat na miękko, bez uczuć, ale spróbuję. Trudno będzie też ująć to w paru prostych zdaniach, więc nie będę się ograniczał i napiszę wszystko, co chcę i tak jak chcę.

Żegnam się z Olsztynem.

Spędziłem tu prawie dokładnie 5 lat.

We wrześniu 2006 wróciłem z moją ówczesną dziewczyną Roksaną z Glasgow/Szkocja, podjąłem pracę z Canguru w magazynach Hartwigu, a w grudniu zjawiłem się pierwszy raz w Olsztynie, który pół roku wcześniej przestał istnieć na ówczesnej mapie sekcji capoeira grupy Escola de Aprendizagem Capoeira Artes das Gerais (tak nazywaliśmy się, zanim zmieniliśmy nazwę grupy na Camangula). To była dla mnie wielka zmiana i ryzykowny krok - studiowałem na Politechnice Gdańskiej, pracowałem, trenowałem też w miarę możliwości w Gdyni i Gdańsku. Rodzina, przyjaciele - wszystko w trójmieście. Ale nowe miasto zdawało się otwierać nowe perspektywy.

Przez kolejny rok jeździłem pociągiem do Olsztyna raz w tygodniu - w czwartek i piątek, prowadziłem wtedy dwa treningi i wracałem późną nocą do Gdyni, a następnego dnia o 6 rano leciałem na uczelnię w Gdańsku. W Olsztynie nocowałem głównie u Lobao, ale też u innych znajomych. Organizowaliśmy nowe zajęcia, zaprowadzaliśmy "porządek". Zadania nie ułatwił fakt, że niektóre osoby odeszły wtedy do konkurencji, która na miejscu miała Brazylijczyków jako instruktorów. W moich oczach to żadna przewaga, ale ciężko walczyć z tym argumentem, gdy walczy się o początkujących ćwiczących. Za cel postawiłem sobie stworzenie na sekcji takich warunków, by ćwiczący mógł po prostu przychodzić i rozwijać się regularnie i w spokoju.

22 lutego 2007 roku nastąpiło oficjalne "ponowne" otwarcie treningów. Miesiąc wcześniej zrezygnowałem z pracy w Gdyni, kilka miesięcy później również ze studiów. Treningi zaczynaliśmy w szkole na ul. Konopnickiej, po niedługim czasie przenieśliśmy się do Gimnazjum nr 11, gdzie zagrzaliśmy miejsce na dłuższy czas. Robiło się coraz lepiej, wszyscy mieliśmy wielki zapał do trenowania, spędzaliśmy razem czas również poza treningami. Wtedy już jednak zaczęły pojawiać się niewielkie sygnały o zgrzytach - rozbieżności między podejściem do Capoeira. Dla mnie to trening zawsze był najważniejszy, rozwój, wysiłek i praca. Wszystko inne stanowiło dodatek, korzyść i nagrodę za trud.

Pojawiały się przykre dla mnie sytuacje wykorzystywania mojej przyjaźni z ćwiczącymi. Pozwoliłem sobie niestety na wiele błędów, które jednak chyba musiałem popełnić, by móc wyciągnąć odpowiednie wnioski i je naprawić z czasem. Zaczynałem rozumieć, że uczniów nie tylko należy uczyć, ale również sobie "wychowywać", co jednak jest bardzo trudne w obliczu różnorodności charakterów, również wieku (ciężko uczyć starszych ode mnie lub dorosłych ludzi zasad, które powinni byli wynieść z domu), a także konieczności podejścia "indywidualnego". Mówię tu o rzeczach prozaicznych: odnoszenie się z szacunkiem do innych, płacenie za treningi na czas, przychodzenie na trening ze strojem, czystym strojem, trzeźwym, nie spóźnianie się na trening. Wydaje się, że rzeczy oczywiste. Niestety nie dla każdego.

Musiałem bardzo szybko nauczyć się jak być trenerem, jak być ramieniem, na które ktoś czasem potrzebuje się wypłakać, ale też - że trzeba robić czasem zdecydowane ruchy, za które wcześniej sam krytykowałem głośno lub z ukrycia swoich trenerów.

Domyślam się, że zaczynałem się jawić zwłaszcza starym znajomym coraz bardziej jako "trener", a coraz mniej jako "kolega". Taka była cena.

Za swoją pracę zostałem nagrodzony przez Mestre nadaniem stopnia 'Monitor'. Niedługo później jednak zostałem karnie zdegradowany do białego stopnia - przez własną głupotę. Po pewnym czasie udało mi sie odzyskać zaufanie i tym samym sznur.

Jeżeli dobrze pamiętam, to 17 maja 2007 zawiązałem stowarzyszenie Klub Sportowy Capoeira w Olsztynie. Otwierało nam to furtkę do zdobywania dotacji od urzędu miasta, a także sprawiało, że nie byliśmy już zdezorganizowaną grupką dzieciaków.

Kiedy już na dobre zdecydowałem się na Olsztyn i sprowadziłem do niego na stałe (wrzesień 2007?) wszystko wyglądało świetnie. Uruchomiliśmy Tydzień z Capoeira - pierwszy wyszedł naprawdę wspaniale. Przez 7 dni z rzędu spotykaliśmy się na sali, by ćwiczyć inny kawałek Capoeira - akrobatykę, walkę, instrumenty, maculele itd. W sumie zgromadziliśmy na sali olbrzymią liczbę ćwiczących - prawie 115 osób. Był to niewątpliwie wielki sukces.

Człowiek czuł, że jego praca coś znaczy. Organizowaliśmy dużo pokazów, a nasze treningi odwiedzały olsztyńskie telewizje, radia, pojawiali się reporterzy z gazet.

Przybywało treningów i dodatkowych zajęć. Pojawiła się sekcja dziecięca, treningi akrobatyki, organizowałem też zajęcia pod kątem samoobrony. Ruszyły treningi dla zaawansowanych. W pewnym momencie trenowaliśmy chyba prawie codziennie. Udało mi się nawet wyrwać kawałek czasu, by nawiązać kontakt z olsztyńskimi Berserkerami - klubem brazylijskiego jiu jitsu. Wraz ze współlokatorem zacząłem też odwiedzać Body Perfect - siłownię, o której później.

Ilość rożnych sytuacji, akcji i zmian warunków zmuszały mnie do ciągłej elastyczności i konieczności podejmowania różnych decyzji. Często również zmian decyzji lub decyzji sprzecznych z tym, co mówiłem wcześniej - z pewnością z perspektywy osób ćwiczących mogło się to równać z brakiem zdecydowania lub konsekwencji z mojej strony. Prawdopodobnie też niejednokrotnie mieli rację, jednak pamiętać trzeba, że żyłem w obcym mieście, utrzymywałem się tylko z treningów a oprócz jedzenia i opłacania stancji próbowałem jeszcze inwestować w reklamę, sprzęt, instrumenty, opłacać salę (w pewnym momencie koszta sali były ogromne z racji dużej ilości treningów). Musiałem wciąż kombinować.

Poza treningami spotykaliśmy się w "naszym" WaMa Club, gdzie zawsze serdecznie przyjmował nas Filip. Organizowaliśmy wspólne imprezy w klimatach brazylijskich, wieczory z kinem brazylijskim. Super gość, jeśli to czyta - chciałbym go pozdrowić. Przez rok mieliśmy też swoje "biuro" i siedzibę w olsztyńskiej Uranii dzięki uprzejmości PZM.

Okres do wakacji 2008 był w miarę spokojny. Trenowaliśmy, jeździliśmy, dawaliśmy pokazy. Jakoś w tym okresie, może trochę później rozstałem się z dziewczyną, z ktorą mieszkałem na stancji. Odchodzili też kolejni zaawansowani uczniowie, którzy nie chcieli się dostosować, zniechęcali się narzucanym przeze mnie tempem treningów.

Stawiałem sprawę jasno - trenujemy mocno, pracujemy na przyszłe umiejętności i sukcesy. Nie każdemu to jednak pasowało - ważniejsze były zabawa i "profity" z uprawiania capoeira. Nie mnie dziś osądzać, kto miał rację. Uznałem jednak, że jako trener muszę dawać wiedzę, ale też wymagać chęci do rozwoju i wyników. Nie zależało mi na tych, którzy chcieli robić "fitness", którzy przychodzili tylko po to by brać. To był powód do tarć. Wzajemny, pogłębiający się brak szacunku dawał w efekcie to, że ludzie odchodzili i rezygnowali z treningów. Może to brutalne, ale uważam, że słusznie - nie marnowali swojego i mojego czasu. Efekt finalny robił się jednak taki, że posiadałem wokół siebie coraz mniej zaufanych osób, a coraz więcej początkujących i świeżych, którzy dopiero poznawali capoeira i mogli już ją czerpać tylko ode mnie, a nie od starszych uczniów. Z jednej strony to dobrze, z innej źle.

Na początku 2008 roku nakręcony jeszcze Tygodniem z Capoeira i ilością ćwiczących zaprosiłem naszego Mestre do Olsztyna. Opowiadałem mu o treningach, gdzie na sali było 70 ćwiczących osób. Kiedy jednak przyjechał, na jednodniowych warsztatach pojawiło się tylko 17 osób, z czego 9 przyjechało z trójmiasta, a z Olsztyna było ich 8. Odczułem to jako wielki wstyd i osobistą porażkę.

W maju 2008 roku zmieniliśmy nazwę grupy na Capoeira Camangula.

Przed wakacjami zaczął pojawiać się problem z frekwencją, płatnościami, a nawet - co przykre - kradzieżami instrumentów. Ludzie przychodzili, by trenować, ale pozwalałem sobie na zaufanie i czekałem czasem pół roku na oddanie zaległych składek. Niektórych ilość pieniędzy do oddania przerastała i rezygnowali z treningów. Zdarzały się dzieciaki i młodzież, którzy nie wpłacali składek, mimo, że otrzymywali od rodziców pieniądze. Późniejsze upominanie się o dług było wielką dla mnie przykrością, nasluchałem się nieprzyjemności od rodziców.

Głupich rodziców głupich dzieci.

Coraz częściej tak to postrzegałem. Starałem się być ponadto, w każdym odnaleźć wartościową cząstkę. W 95% przypadków jednak sytuacja się powtarzała - lenistwo, brak zdecydowania, kombinatorstwo. Niestety, zacząłem się zmieniać na gorsze, pod wpływem niepowodzeń i problemów, również zmieniać zdanie o otoczeniu na gorsze. Zanim ktoś jednak mnie osądzi, proszę, niech spróbuje postawić się w moim położeniu, w Olsztynie byłem sam i coraz częściej zawodziłem się na coraz to kolejnych przyjaciołach. Dochodziły problemy finansowe. Coraz częściej czułem się wykorzystywany, a to miało również wpływ na moje kolejne relacje z następnymi ludźmi.

W październiku 2008 zacząłem na UWM studia na kierunku informatyka.

Miałem w sobie taką wewnętrzną walkę. Wiedziałem, że by pójść do przodu i coś osiągać trzeba się uodpornić na ludzi, na ich potrzeby. Zabezpieczać przed cudzą chęcią wykorzystywania mojej dobroci. Z drugiej strony - capoeira jest dla mnie wielką pasją, którą chciałem zarażać. Kiedyś na AWF w Gdańsku zauważyłem przy sali do akrobatyki tablicę z mottem, które brzmiało mniej więcej tak: "Aby rozpalać ogień w innych, należy samemu płonąć". Mój ogień jednak był szarpany wiatrami, z czasem chyba zacząłem go chować tylko dla siebie, pod kloszem, ale ogień pod kloszem się dusi. Zacząłem nabierać pewności, że jesli komuś zależy i płonie - sam przyjdzie i będzie pracować na siebie. Czas mijał, ludzie przychodzili i odchodzili, a "płonących" prawie nie było.

Moje coraz gorsze nastawienie skutkowało coraz gorszym nastawieniem ćwiczących. Ktoś musiał przerwać to błędne koło. Sprawa wygląda niestety tak, że jeżeli to ja starałem się przerwać ten proces, otwierać na ludzi, zmieniać na lepsze, to okres propagacji tej zmiany wśród dużej grupy ćwiczących był zbyt długi, moja chęć zmiany podejscia wygasała, zanim cokolwiek zmieniało się z ćwiczącymi. Ze strony grupy jednak nie odczuwałem chęci zmian.

Przyszedł chyba czas na to, by myśleć o sobie. W grudniu 2008 roku podjąłem pracę w Body Perfect jako instruktor na siłowni. Odpadał mi problem z finansami - mogłem sobie pozwolić na dopłacanie do sali w miesiącach, kiedy trenujących było mało albo nie płacili. Cenę jednak za poprawę mojej sytuacji materialnej zapłaciła sekcja - ograniczone drastycznie treningi, a mnie nie było na nich przez kilka miesięcy. Przez ten okres prowadzili treningi zaawansowani uczniowie, jednak nie dość gotowi, by utrzymać choćby rozkręconą sekcję. Tym samym treningi zaczęły mocno podupadać z powodu braku na nich osoby prowadzącej.

Nadchodzące egzaminy i batizado rozwiały wątpliwości. Zaawansowani nie potrafili podstawowych dla siebie rzeczy: grać na instrumentach, śpiewać, prowadzić roda, nie znali technik. Chyba wtedy tez zdałem sobie sprawę, że kładąc nacisk na podstawy i grę capoeira, mówiąc, że to nie od akrobacji zależy, czy capoeirista jest dobry czy zły, wyrządziłem dużą krzywdę. Akrobacje to dla młodego chłopaka pierwsze sukcesy, zajawka. Zwalniając z tego, dałem wolną drogę do "po prostu robienia" capoeira, bez sukcesów, konieczności postępów. Przez bardzo długi okres nikt nie potrafił stać na rękach, skakać salt. Stan ten utrzymuje się do dziś.

Pierwszy egzamin oblali niemal wszyscy. Początkujący - z mojej własnej winy nie uświadamiania i ich braku chęci szukania informacji - nie mieli pojęcia o mistrzu, grupie, capoeira. "Trenowanie capoeira" ograniczało sie do przychodzenia na trening. Zainteresowanie tematem kończyło się wraz z treningiem. Kilka osób jednak wyłamywało się z tego schematu co bardzo mnie cieszyło i dawało nadzieję i chęć do dalszej pracy.

Jeszcze cofając się do początku 2009 roku, w okolicach lutego dowiedziałem się, że będę ojcem.Z Beatą spotykałem się od pewnego czasu. To chyba najważniejszy punkt zwrotny jaki nastąpił w moim życiu. Nowa siła, nowy cel, wiele pomysłów. Również kolejny kop, energia do capoeira.

W czerwcu tego roku przeprowadziłem się ze stancji do teściów. Stancja na Gdańskiej, przestała istnieć. Paweł z Martą, moi współlokatorzy "poszli na swoje". Wciąż się przyjaźnimy, choć pędzimy w różnych kierunkach i ciężko się spotkać. Paweł został chrzestnym ojcem mojego dziecka w kwietniu 2010.

Drugi i trzeci tydzień z capoeira z wielu powodów okazały się klapą. Pomimo mniejszego lub większego wysiłku przyciągnęły jedynie garstkę ćwiczących, chyba nikt nie został z zainteresowanych. Musieliśmy też zamknąć treningi na Jarotach, bo nie było komu ich prowadzić ani komu trenować.

14 października 2009 roku zostałem ojcem mojej ukochanej Niny.


W listopadzie 2009 w końcu otrzymałem w BodyPerfect umowę o pracę, niecałe dwa tygodnie później ją zerwalem. Chciałem odejść, kiedy było w porządku, a robiło się coraz nieprzyjemniej. Mimo to, dobrze wspominam pracę tam i ludzi, których tam poznałem. Z pewnością kilka przyjaźni pozostanie na dłużej, choć na odległość.

Bodajże w grudniu 2009 zrobiliśmy roda do vinho. Chyba pierwszą od kiedy byłem w Olsztynie - po wakacyjnym wyskoku w 2008 roku, gdzie paru zaawansowanych, którzy pod moja nieobecność wzieli instrumenty i zrobili "roda do vinho" do własnego alkoholu. W formie kary za nieodpowiedzialne zachowanie w Olsztynie nie odbyła się w tamtym roku roda do vinho.

W marcu 2010 zamknęliśmy treningi w Liceum Akademickim, w którym trenowaliśmy około pół roku. Niestety, treningi nie były w stanie zarobić choćby na utrzymanie sali, tak naprawdę pozostałe zajęcia dokładały do kosztów wynajmu. Jakoś w tym samym okresie nawiązałem współpracę z Akademickim Centrum Kultury, efektem czego uruchomiliśmy darmowe treningi dla studentów w Kortowie. Zaczął się nowy okres, a prowadzenie treningów dzieliłem miedzy siebie i kilka zaawansowanych osób.

1 kwietnia zorganizowaliśmy pierwszy w Polsce trening hydro-capoeira na plaży miejskiej w Olsztynie :) Zjawiło się nawet kilka osób, więc żarty primaaprilisowy się udał :) Również w kwietniu zaczęliśmy organizować na OSW treningi akrobatyki, które później jednak (chyba w październiku) trzeba było zamknąć, bo kolidowały z treningami Capoeira na Kortowie. Frekwencja w Kortowie z kolei była znaczna - na początku salę wypełnioną po brzegi zajmowało około 80 ludzi. Do czerwca jednak ta liczba miała stopnieć do 4-6 osób na treningu.

24 kwietnia 2010 zakończył się dla mnie pewien trudny okres, kiedy nie pracowałem, a czas spędzałem w domu na nauce niezbędnych mi do pracy umiejętności. Bardzo mi pomogła wtedy zdalna współpraca z Michałem, co zawocowało po części przyjęciem do pracy w Redefine na stanowisku programisty.

Praktycznie od początku swojej pracy w Olsztynie przypominałem swoim uczniom o tym, że wyjazdy są ważne i wiążą się niestety z kosztami. Zawsze powtarzałem: "Do trenowania karate, czy judo potrzebne jest gi, do trenowania boksu - rękawice. Jesli cwiczycie capoeira, musicie mieć abada." Dawałem jednak często szansę osobom, które opowiadały o swoich problemach materialnych. Chyba nie było osoby w historii sekcji, która przez dłuższy okres regulowała składki na czas. Prosiłem również o odkładanie drobnych sum na abada, batizado, bo kiedy nadejdzie wyjazd może się to okazać zbyt duży koszt "na raz". Mało kto sluchał, potem z 20-30 osob nadających się do przyznania nowego stopnia jechała tylko część bo "nie mam pieniędzy". Pożyczałem też pieniądze, pożyczałem własne abada. Zwalniałem ze składek. Nie potrafię sobie zarzucić, że nie pomagałem. Nie potrafię też uwierzyć, że 16 letni chłopak w pół roku nie jest w stanie odłożyć 400-600 złotych na coś, co "kocha robić" jak sam mówi. Tymbardziej, że widywaliśmy się na mieście, na piwie, na imprezie. Słowa "kocham Capoeira" w ustach alunos zaczynały dla mnie znaczyć tyle co zeszłoroczny śnieg. Pozostawała jedynie wiara w czyny. A ich nie było.

Praca z instruktorami na siłowni dawała mi dostęp do aktualnej wiedzy, bardzo dużo tam sie nauczyłem, bardzo wielu ludzi poznałem. Sporo klientów stawało się także uczniami na capoeira. Nowe metody treningowe zaczerpnięte z siłowni, a także z treningów bjj okazywały się zbyt "wyrafinowane", próby wykonywania ćwiczeń wymagających siły czy kondycji w większości wypadków kończyły się odpuszczaniem. Zawsze miło było słyszeć od kolegów z innych sportów, że "nie sądził, że tak się spoci na capoeira". Pod tym względem zawsze starałem się trzymać poziom wysoko. Okazuje się jednak, że zbyt wysoko dla większości osób.

Jak wielka to przepaść w moim podejściu oraz podejściu moich alunos udowodniły mi wakacje 2010, kiedy dość intensywnie trenowałem na bjj. We wrześniu i październiku odbywały się zawody, a praca zaowocowała przywiezieniem z Mistrzostw Polski brązowego medalu. Praca wykonana i jest za nią nagroda.

Może to problem capoeira? I dlatego alunos nie widzą celu? Bo muszą go szukać sami, podążać za kimś, kto obiecuje sukces, wiedzę, rozwój. Nie są to wymierne korzyści, takie jak śmieszny kawałek złotej, srebrnej czy brązowej blachy. Rozwój na capoeira to jedynie ciężka praca i obietnice. Ale stojąc na podium i otrzymując moj pierwszy w życiu medal za coś chyba poczułem jego faktyczną wartość - jak daleką od wciąż relatywizowanych i nieokreślonych umiejętności na capoeira.

W maju 2011 założyłem swoją firmę. Capoeira to już moja pasja i hobby, nie forma zarobku. Odciąłem się od kłopotów związanych z utrzymaniem, zmieniłem także podejście do spraw finansowych i składek. Nie mam na tym punkcie żadnego ciśnienia, wystarczy, że treningi same na siebie zarabiają.

 1 września 2011 roku złożyłem w Redefine wypowiedzenie umowy o współpracy. Organizowany od maja wyjazd do Wrocławia stawał się rzeczywistością, na miejscu czeka na nas mieszkanie a na mnie praca. Jak również treningi u Cigano.

Redefine zasługuje tak naprawdę na zupełnie osobną notkę, bo to firma, w której poznałem masę wspaniałych ludzi, ale przede wszystkim nauczyłem się wielokrotnie więcej, niż wiedziałem, gdy zaczynałem tam pracę. 

Od tego czasu właściwie niewiele się zmieniło. W październiku, już po moim wyjeździe uruchamiamy trzeci sezon treningów na Kortowie; we wtorek rusza piąty sezon treningów na sekcji dziecięcej, z którą pomaga mi obecnie jedna z osób trenujących. Miejmy nadzieję, że rozpocznie się drugi sezon treningów w Łukcie, poza Olsztynem. Na moment obecny, gdy na pokazy promujące sekcję przyszły 3 dorosłe osoby i 3 dzieci (wczoraj) a dziś 5 osób - nie widzę sensu organizowania treningów "dla dorosłych". Załatwiam sprawy z treningami akrobatyki. Zostawiam wszystko rozkręcone, a reszta lezy w rękach moich uczniów, muszą o siebie zadbać sami.

Mój wyjazd dużo zmieni. Może na lepsze, może na gorsze. Moi uczniowie muszą wydorośleć. Zrozumieć, że jeśli chcą coś w życiu osiągać, muszą się wyłamać z pokolenia Y, poświęcać się, rezygnować z innych spraw na rzecz tych najważniejszych. Brak zobowiązań wobec siebie i innych jest przyjemny, ale zgubny - człowiek nie idący żadną drogą nigdzie nie dojdzie.

Swoją drogą, zmiana pokoleniowa jest dla mnie szokiem. 11 lat temu, gdy zaczynałem treningi Capoeira (tak, przedwczoraj, 2 września minęło mi 11 lat) wszystko wyglądało inaczej. Uczyliśmy się sami, na wyścigi, nie było skąd się uczyć - w internecie materiałów prawie wcale, z resztą, mało kto miał internet. Pierwsza płyta z muzyką przekazywana z ręki do ręki jak skarb. Dziś jest wszystko, o nic nie trzeba walczyć, ale pokolenie, które przyszło jest dla mnie wielkim rozczarowaniem. Porównuję ich do energetycznych wampirów, osoby, które żyją by brać, wysysać energię niczym pijawki. Czułem się jak lokomotywa, ciągnąć takich uczniów. Na szczęście to już koniec.

Dla mnie Olsztyn to pewien etap życia, który mogę uznać za zamknięty. Pięć słodko-gorzkich lat, które nauczyły mnie bardzo wiele o ludziach, ale przede wszystkim o sobie. Mam 27 lat, czuję się jednak dziś tak, jakbym miał ich 17, choć pewnie po mnie tego nie widać. Może trochę zgorzkniałem, może zmieniłem się na gorsze. Fakt pozostaje jednak faktem, że widocznie potrzebowałem tego wszystkiego, by dojść tam, gdzie teraz jestem.

Na podsumowanie powiem tylko tyle, że z przyjaciółmi się nie żegnam, bo będziemy się widywać, uczniom życzę powodzenia i siły, będą jej potrzebować więcej, niż im się zdaje. Wszystkim, którzy nabrali o mnie gorszego zdania chciałbym przekazać jedynie: "frajerom śmierć".

Dzięki Olsztyn!