piątek, 18 marca 2011

Tak mnie naszło...

...że sobie myślę. Wiem, mało kto by mnie w ogóle o taką czynność podejrzewał. Po prostu mnie naszło.

Wróciłem z treningu, sympatycznie było - 12 osób, kilka nowych, grupa powoli się rozkręca na nowo. Moje dziewczyny były już w łóżku, gdy przyszedłem. Śpią spokojnie przytulone do siebie. Wyglądają pięknie.

W kuchni zrobiłem sobie kolację. Dwie kromki chleba. Masło. Dwa plasterki szynki, plasterek sera. Słabo jak na dzień bez obiadu i dwa treningi, ale nie mam apetytu.

Dwa plasterki szynki, plasterek sera. Dwie kromki chleba. To cztery plasterki szynki i dwa sera. Tyle, ile zjada czasem na kolację cała rodzina. Jeśli jest kolacja. Jeśli są pieniądze. Cholera, po co o tym myślę? Przelałem trochę mleka do shakera. Dosypię białka i nie będzie tak źle z jedzeniem. Mleko za gęste, doleję trochę wody. Matki dolewają wody do mleka, żeby było go więcej. Gdy go nie ma. Żeby było go więcej dla jej dzieci, które są głodne. Mama je kocha, dzieci wołają jeść. Mama nie ma, ale dolewa wody, żeby mleka było więcej. Ja pierdolę...

Żebym nigdy nie był w takiej sytuacji, błagam Cię Boże. Żeby nikt nigdy nie musiał być w takiej sytuacji. Ale wiem, że są. Na pewno są ludzie, którzy dolewają wody do mleka swoim dzieciom, żeby było go więcej. Dla nich. Z miłości.

Czuję się trochę jak w Dniu Świra. Też bym pozbierał z ziemi, jak na filmie, te pierdolone chrupki; zakręcam kurek z wodą, bo mam od lat przed oczami to biedne afrykańskie dziecko, które nie ma nic. Pewnie nawet rodziców. Dziś już pewnie nie ma nawet życia. Jeezu, niech ten obraz wyjdzie z mojej głowy...

A ja mam dwie kromki po dwa plastry szynki i ser. Mam pracę. Jeszcze, ale mam. Mam pieniądze. Mam gdzie spać, mam co jeść. Mam w co się ubrać. Mam perspektywy. Mam plany na przyszłość inne niż "co jutro wrzucić do garnka?". Czuję się dziś tak, jakbym miał paść na kolana, wznieść w niebo ręce i płacząc wołać "Dzięki!".

Ach, jak mnie wtedy boli jak słyszę cudze narzekania. A ja?

Mam ludzi, za którymi mogę iść. Jest cel i droga. Nie wyobrażam sobie nie mieć celu. Nie wyobrażam sobie zdobyć go bez przejścia drogi. Życie straciłoby sens, gdybym wygrał w loterii. Gdybym dostał gratis od życia, który załatwiłby wszystkie moje problemy od ręki. Każda trudność to test, każdy dzień to nowa próba. Każda porażka mnie cieszy, bo to nowe, inne rozwiązanie moich problemów, co z tego, że nie do końca właściwe. Każdy dzień żłobi we mnie bruzdy, jak woda omywająca skałę. To mój wyjątkowy kształt.

Mam ludzi, którzy idą ze mną ramię w ramię. Czujemy się za siebie odpowiedzialni. Weźmiemy odpowiedzialność za innych, ale nie zrzucimy jej na nikogo. Mam dla kogo się starać i wiem, że jest ktoś, kto stara się, by dorównać mi kroku.

Mam ludzi, którzy idą za mną. To chyba najpiękniejsze. Są Ci, którzy we mnie wierzą i wspierają. Ufają, że droga, którą im wskażę będzie ich drogą, przyjmują ją. Są też tacy, którzy idą swoją drogą, ale mówią, że celem ich jest być tam, gdzie ja jestem teraz. To znaczy, że jestem w dobrym miejscu, na dobrej drodze, w dobrym czasie.

Wszystko przede mną, a jak już wiele za mną. "Żyj tak, aby każdy dzień Twojego życia był wielką przygodą".

OK, już mi lepiej. To chyba ta wiosna. Wracam do roboty i nauki ;)

czwartek, 3 marca 2011

No tak...

... wszystko przecież już było :)