poniedziałek, 10 października 2011

piątek, 7 października 2011

Pierwszy tydzień we Wrocławiu

Historia jakich wiele.

Tydzień temu, w środę, ofiarny Tomczon zwany Wojownikiem załadował się w pociąg i pojechał do Gorzowa. Tam, od Darka, pracownika mojego kuzyna, dostał kluczyki i papiery do Sprintera, po czym całą noc, z przerwami na kawę u wszystkich koleżanek po drodze, przyjechał w czwartek do Olsztyna. Kiedy ten spał, powoli, pomału zaczęliśmy pakować nasze ubrania, meble, sprzęty... pieluszki, zabawki, ubranka, mebelki... na pakę sprintera. Do wieczora zdążyłem nawet przywiązany do szafki na ubrania opuścić ją przez balkon z pierwszego piętra. Na sam koniec wsadziliśmy moje kettle, komputer i koło 23 ruszyliśmy w trasę - Tomczon, Doda i ja ;)

Główną atrakcję, czyli podróż, w sporej mierze przespałem. W nocy zrobiliśmy sobie 3h przerwę, załadowałem się na pakę, opróżniłem stojące tam biurko, odkopałem śpiwór i tak smacznie pospałem.

Kiedy już dojechaliśmy do Wrocławia, trzeba było pojechać po klucze do mieszkania. Pojechaliśmy za znajomym, wzięliśmy klucze, a potem na miejsce.

Mieszkanie w bloku, na ostatnim (10) piętrze. Stara winda, mili sąsiedzi. Przyszedł jeszcze Arek, żeby nam pomóc. Większość dnia spędziliśmy na noszeniu gratów z samochodu do mieszkania; 3 duuże pokoje do zapełnienia, mała kuchnia i mała łazienka.

Łazienka. KIBEL. Tydzień walki. Kretem, spiralą, w końcu przyjechał Pan Hydraulik, strzelił pompką i działało. Niestety po dwóch dniach powrót do atrakcji, pt. zapchana + cieknąca rura. Uwielbiam brodzić po kostki w gównie, ale postanowiłem oszczędzić tej wątpliwej atrakcji dziewczynom, zadzwoniliśmy po tygodniu znowu. Tym razem przyjechał Pan z Kolegą. Kolega zauważył, że jakiś Pomysłowy Dobromir nieudolnie założył uszczelkę (uwielbiam to podejście do Pracy Poprzednika, identycznie jak wśród programistów :D :D :D), która wpadła do środka i skutecznie dostarczała nam rozrywek. Podziwiam kolesi, dopłaciłbym dwa razy tyle kasy, żeby tylko wszystko działało. Nie skasowali wszak dużo i wszystko miejmy nadzieję już będzie w porządku.

Człowiek nie docenia działającego sracza ;)

We wtorek był mój pierwszy dzień w pracy. Mam na piechotę jakieś 15 minut, niestety próba podjechania autobusem sprawiła, że czas wydłużył sie jeszcze bardziej, niestety - muszę chodzić na autonogach :( Masa mi zejdzie ! :D

Nasza mała tak jakby nie zauważyła zmian. Biega po domu, wszystkim zaciekawiona, niczego się nie boi.

Gorący tydzień za nami, wszystko przed nami. Planuję spędzić tu conajmniej 5 lat, we Wrocławiu :)

niedziela, 4 września 2011

Ostatnie tango w Olsztynie

Próbuję sobie w głowie wszystko poukładać, może będzie łatwiej jeżeli przeleję to w słowa. Ciężko brać temat na miękko, bez uczuć, ale spróbuję. Trudno będzie też ująć to w paru prostych zdaniach, więc nie będę się ograniczał i napiszę wszystko, co chcę i tak jak chcę.

Żegnam się z Olsztynem.

Spędziłem tu prawie dokładnie 5 lat.

We wrześniu 2006 wróciłem z moją ówczesną dziewczyną Roksaną z Glasgow/Szkocja, podjąłem pracę z Canguru w magazynach Hartwigu, a w grudniu zjawiłem się pierwszy raz w Olsztynie, który pół roku wcześniej przestał istnieć na ówczesnej mapie sekcji capoeira grupy Escola de Aprendizagem Capoeira Artes das Gerais (tak nazywaliśmy się, zanim zmieniliśmy nazwę grupy na Camangula). To była dla mnie wielka zmiana i ryzykowny krok - studiowałem na Politechnice Gdańskiej, pracowałem, trenowałem też w miarę możliwości w Gdyni i Gdańsku. Rodzina, przyjaciele - wszystko w trójmieście. Ale nowe miasto zdawało się otwierać nowe perspektywy.

Przez kolejny rok jeździłem pociągiem do Olsztyna raz w tygodniu - w czwartek i piątek, prowadziłem wtedy dwa treningi i wracałem późną nocą do Gdyni, a następnego dnia o 6 rano leciałem na uczelnię w Gdańsku. W Olsztynie nocowałem głównie u Lobao, ale też u innych znajomych. Organizowaliśmy nowe zajęcia, zaprowadzaliśmy "porządek". Zadania nie ułatwił fakt, że niektóre osoby odeszły wtedy do konkurencji, która na miejscu miała Brazylijczyków jako instruktorów. W moich oczach to żadna przewaga, ale ciężko walczyć z tym argumentem, gdy walczy się o początkujących ćwiczących. Za cel postawiłem sobie stworzenie na sekcji takich warunków, by ćwiczący mógł po prostu przychodzić i rozwijać się regularnie i w spokoju.

22 lutego 2007 roku nastąpiło oficjalne "ponowne" otwarcie treningów. Miesiąc wcześniej zrezygnowałem z pracy w Gdyni, kilka miesięcy później również ze studiów. Treningi zaczynaliśmy w szkole na ul. Konopnickiej, po niedługim czasie przenieśliśmy się do Gimnazjum nr 11, gdzie zagrzaliśmy miejsce na dłuższy czas. Robiło się coraz lepiej, wszyscy mieliśmy wielki zapał do trenowania, spędzaliśmy razem czas również poza treningami. Wtedy już jednak zaczęły pojawiać się niewielkie sygnały o zgrzytach - rozbieżności między podejściem do Capoeira. Dla mnie to trening zawsze był najważniejszy, rozwój, wysiłek i praca. Wszystko inne stanowiło dodatek, korzyść i nagrodę za trud.

Pojawiały się przykre dla mnie sytuacje wykorzystywania mojej przyjaźni z ćwiczącymi. Pozwoliłem sobie niestety na wiele błędów, które jednak chyba musiałem popełnić, by móc wyciągnąć odpowiednie wnioski i je naprawić z czasem. Zaczynałem rozumieć, że uczniów nie tylko należy uczyć, ale również sobie "wychowywać", co jednak jest bardzo trudne w obliczu różnorodności charakterów, również wieku (ciężko uczyć starszych ode mnie lub dorosłych ludzi zasad, które powinni byli wynieść z domu), a także konieczności podejścia "indywidualnego". Mówię tu o rzeczach prozaicznych: odnoszenie się z szacunkiem do innych, płacenie za treningi na czas, przychodzenie na trening ze strojem, czystym strojem, trzeźwym, nie spóźnianie się na trening. Wydaje się, że rzeczy oczywiste. Niestety nie dla każdego.

Musiałem bardzo szybko nauczyć się jak być trenerem, jak być ramieniem, na które ktoś czasem potrzebuje się wypłakać, ale też - że trzeba robić czasem zdecydowane ruchy, za które wcześniej sam krytykowałem głośno lub z ukrycia swoich trenerów.

Domyślam się, że zaczynałem się jawić zwłaszcza starym znajomym coraz bardziej jako "trener", a coraz mniej jako "kolega". Taka była cena.

Za swoją pracę zostałem nagrodzony przez Mestre nadaniem stopnia 'Monitor'. Niedługo później jednak zostałem karnie zdegradowany do białego stopnia - przez własną głupotę. Po pewnym czasie udało mi sie odzyskać zaufanie i tym samym sznur.

Jeżeli dobrze pamiętam, to 17 maja 2007 zawiązałem stowarzyszenie Klub Sportowy Capoeira w Olsztynie. Otwierało nam to furtkę do zdobywania dotacji od urzędu miasta, a także sprawiało, że nie byliśmy już zdezorganizowaną grupką dzieciaków.

Kiedy już na dobre zdecydowałem się na Olsztyn i sprowadziłem do niego na stałe (wrzesień 2007?) wszystko wyglądało świetnie. Uruchomiliśmy Tydzień z Capoeira - pierwszy wyszedł naprawdę wspaniale. Przez 7 dni z rzędu spotykaliśmy się na sali, by ćwiczyć inny kawałek Capoeira - akrobatykę, walkę, instrumenty, maculele itd. W sumie zgromadziliśmy na sali olbrzymią liczbę ćwiczących - prawie 115 osób. Był to niewątpliwie wielki sukces.

Człowiek czuł, że jego praca coś znaczy. Organizowaliśmy dużo pokazów, a nasze treningi odwiedzały olsztyńskie telewizje, radia, pojawiali się reporterzy z gazet.

Przybywało treningów i dodatkowych zajęć. Pojawiła się sekcja dziecięca, treningi akrobatyki, organizowałem też zajęcia pod kątem samoobrony. Ruszyły treningi dla zaawansowanych. W pewnym momencie trenowaliśmy chyba prawie codziennie. Udało mi się nawet wyrwać kawałek czasu, by nawiązać kontakt z olsztyńskimi Berserkerami - klubem brazylijskiego jiu jitsu. Wraz ze współlokatorem zacząłem też odwiedzać Body Perfect - siłownię, o której później.

Ilość rożnych sytuacji, akcji i zmian warunków zmuszały mnie do ciągłej elastyczności i konieczności podejmowania różnych decyzji. Często również zmian decyzji lub decyzji sprzecznych z tym, co mówiłem wcześniej - z pewnością z perspektywy osób ćwiczących mogło się to równać z brakiem zdecydowania lub konsekwencji z mojej strony. Prawdopodobnie też niejednokrotnie mieli rację, jednak pamiętać trzeba, że żyłem w obcym mieście, utrzymywałem się tylko z treningów a oprócz jedzenia i opłacania stancji próbowałem jeszcze inwestować w reklamę, sprzęt, instrumenty, opłacać salę (w pewnym momencie koszta sali były ogromne z racji dużej ilości treningów). Musiałem wciąż kombinować.

Poza treningami spotykaliśmy się w "naszym" WaMa Club, gdzie zawsze serdecznie przyjmował nas Filip. Organizowaliśmy wspólne imprezy w klimatach brazylijskich, wieczory z kinem brazylijskim. Super gość, jeśli to czyta - chciałbym go pozdrowić. Przez rok mieliśmy też swoje "biuro" i siedzibę w olsztyńskiej Uranii dzięki uprzejmości PZM.

Okres do wakacji 2008 był w miarę spokojny. Trenowaliśmy, jeździliśmy, dawaliśmy pokazy. Jakoś w tym okresie, może trochę później rozstałem się z dziewczyną, z ktorą mieszkałem na stancji. Odchodzili też kolejni zaawansowani uczniowie, którzy nie chcieli się dostosować, zniechęcali się narzucanym przeze mnie tempem treningów.

Stawiałem sprawę jasno - trenujemy mocno, pracujemy na przyszłe umiejętności i sukcesy. Nie każdemu to jednak pasowało - ważniejsze były zabawa i "profity" z uprawiania capoeira. Nie mnie dziś osądzać, kto miał rację. Uznałem jednak, że jako trener muszę dawać wiedzę, ale też wymagać chęci do rozwoju i wyników. Nie zależało mi na tych, którzy chcieli robić "fitness", którzy przychodzili tylko po to by brać. To był powód do tarć. Wzajemny, pogłębiający się brak szacunku dawał w efekcie to, że ludzie odchodzili i rezygnowali z treningów. Może to brutalne, ale uważam, że słusznie - nie marnowali swojego i mojego czasu. Efekt finalny robił się jednak taki, że posiadałem wokół siebie coraz mniej zaufanych osób, a coraz więcej początkujących i świeżych, którzy dopiero poznawali capoeira i mogli już ją czerpać tylko ode mnie, a nie od starszych uczniów. Z jednej strony to dobrze, z innej źle.

Na początku 2008 roku nakręcony jeszcze Tygodniem z Capoeira i ilością ćwiczących zaprosiłem naszego Mestre do Olsztyna. Opowiadałem mu o treningach, gdzie na sali było 70 ćwiczących osób. Kiedy jednak przyjechał, na jednodniowych warsztatach pojawiło się tylko 17 osób, z czego 9 przyjechało z trójmiasta, a z Olsztyna było ich 8. Odczułem to jako wielki wstyd i osobistą porażkę.

W maju 2008 roku zmieniliśmy nazwę grupy na Capoeira Camangula.

Przed wakacjami zaczął pojawiać się problem z frekwencją, płatnościami, a nawet - co przykre - kradzieżami instrumentów. Ludzie przychodzili, by trenować, ale pozwalałem sobie na zaufanie i czekałem czasem pół roku na oddanie zaległych składek. Niektórych ilość pieniędzy do oddania przerastała i rezygnowali z treningów. Zdarzały się dzieciaki i młodzież, którzy nie wpłacali składek, mimo, że otrzymywali od rodziców pieniądze. Późniejsze upominanie się o dług było wielką dla mnie przykrością, nasluchałem się nieprzyjemności od rodziców.

Głupich rodziców głupich dzieci.

Coraz częściej tak to postrzegałem. Starałem się być ponadto, w każdym odnaleźć wartościową cząstkę. W 95% przypadków jednak sytuacja się powtarzała - lenistwo, brak zdecydowania, kombinatorstwo. Niestety, zacząłem się zmieniać na gorsze, pod wpływem niepowodzeń i problemów, również zmieniać zdanie o otoczeniu na gorsze. Zanim ktoś jednak mnie osądzi, proszę, niech spróbuje postawić się w moim położeniu, w Olsztynie byłem sam i coraz częściej zawodziłem się na coraz to kolejnych przyjaciołach. Dochodziły problemy finansowe. Coraz częściej czułem się wykorzystywany, a to miało również wpływ na moje kolejne relacje z następnymi ludźmi.

W październiku 2008 zacząłem na UWM studia na kierunku informatyka.

Miałem w sobie taką wewnętrzną walkę. Wiedziałem, że by pójść do przodu i coś osiągać trzeba się uodpornić na ludzi, na ich potrzeby. Zabezpieczać przed cudzą chęcią wykorzystywania mojej dobroci. Z drugiej strony - capoeira jest dla mnie wielką pasją, którą chciałem zarażać. Kiedyś na AWF w Gdańsku zauważyłem przy sali do akrobatyki tablicę z mottem, które brzmiało mniej więcej tak: "Aby rozpalać ogień w innych, należy samemu płonąć". Mój ogień jednak był szarpany wiatrami, z czasem chyba zacząłem go chować tylko dla siebie, pod kloszem, ale ogień pod kloszem się dusi. Zacząłem nabierać pewności, że jesli komuś zależy i płonie - sam przyjdzie i będzie pracować na siebie. Czas mijał, ludzie przychodzili i odchodzili, a "płonących" prawie nie było.

Moje coraz gorsze nastawienie skutkowało coraz gorszym nastawieniem ćwiczących. Ktoś musiał przerwać to błędne koło. Sprawa wygląda niestety tak, że jeżeli to ja starałem się przerwać ten proces, otwierać na ludzi, zmieniać na lepsze, to okres propagacji tej zmiany wśród dużej grupy ćwiczących był zbyt długi, moja chęć zmiany podejscia wygasała, zanim cokolwiek zmieniało się z ćwiczącymi. Ze strony grupy jednak nie odczuwałem chęci zmian.

Przyszedł chyba czas na to, by myśleć o sobie. W grudniu 2008 roku podjąłem pracę w Body Perfect jako instruktor na siłowni. Odpadał mi problem z finansami - mogłem sobie pozwolić na dopłacanie do sali w miesiącach, kiedy trenujących było mało albo nie płacili. Cenę jednak za poprawę mojej sytuacji materialnej zapłaciła sekcja - ograniczone drastycznie treningi, a mnie nie było na nich przez kilka miesięcy. Przez ten okres prowadzili treningi zaawansowani uczniowie, jednak nie dość gotowi, by utrzymać choćby rozkręconą sekcję. Tym samym treningi zaczęły mocno podupadać z powodu braku na nich osoby prowadzącej.

Nadchodzące egzaminy i batizado rozwiały wątpliwości. Zaawansowani nie potrafili podstawowych dla siebie rzeczy: grać na instrumentach, śpiewać, prowadzić roda, nie znali technik. Chyba wtedy tez zdałem sobie sprawę, że kładąc nacisk na podstawy i grę capoeira, mówiąc, że to nie od akrobacji zależy, czy capoeirista jest dobry czy zły, wyrządziłem dużą krzywdę. Akrobacje to dla młodego chłopaka pierwsze sukcesy, zajawka. Zwalniając z tego, dałem wolną drogę do "po prostu robienia" capoeira, bez sukcesów, konieczności postępów. Przez bardzo długi okres nikt nie potrafił stać na rękach, skakać salt. Stan ten utrzymuje się do dziś.

Pierwszy egzamin oblali niemal wszyscy. Początkujący - z mojej własnej winy nie uświadamiania i ich braku chęci szukania informacji - nie mieli pojęcia o mistrzu, grupie, capoeira. "Trenowanie capoeira" ograniczało sie do przychodzenia na trening. Zainteresowanie tematem kończyło się wraz z treningiem. Kilka osób jednak wyłamywało się z tego schematu co bardzo mnie cieszyło i dawało nadzieję i chęć do dalszej pracy.

Jeszcze cofając się do początku 2009 roku, w okolicach lutego dowiedziałem się, że będę ojcem.Z Beatą spotykałem się od pewnego czasu. To chyba najważniejszy punkt zwrotny jaki nastąpił w moim życiu. Nowa siła, nowy cel, wiele pomysłów. Również kolejny kop, energia do capoeira.

W czerwcu tego roku przeprowadziłem się ze stancji do teściów. Stancja na Gdańskiej, przestała istnieć. Paweł z Martą, moi współlokatorzy "poszli na swoje". Wciąż się przyjaźnimy, choć pędzimy w różnych kierunkach i ciężko się spotkać. Paweł został chrzestnym ojcem mojego dziecka w kwietniu 2010.

Drugi i trzeci tydzień z capoeira z wielu powodów okazały się klapą. Pomimo mniejszego lub większego wysiłku przyciągnęły jedynie garstkę ćwiczących, chyba nikt nie został z zainteresowanych. Musieliśmy też zamknąć treningi na Jarotach, bo nie było komu ich prowadzić ani komu trenować.

14 października 2009 roku zostałem ojcem mojej ukochanej Niny.


W listopadzie 2009 w końcu otrzymałem w BodyPerfect umowę o pracę, niecałe dwa tygodnie później ją zerwalem. Chciałem odejść, kiedy było w porządku, a robiło się coraz nieprzyjemniej. Mimo to, dobrze wspominam pracę tam i ludzi, których tam poznałem. Z pewnością kilka przyjaźni pozostanie na dłużej, choć na odległość.

Bodajże w grudniu 2009 zrobiliśmy roda do vinho. Chyba pierwszą od kiedy byłem w Olsztynie - po wakacyjnym wyskoku w 2008 roku, gdzie paru zaawansowanych, którzy pod moja nieobecność wzieli instrumenty i zrobili "roda do vinho" do własnego alkoholu. W formie kary za nieodpowiedzialne zachowanie w Olsztynie nie odbyła się w tamtym roku roda do vinho.

W marcu 2010 zamknęliśmy treningi w Liceum Akademickim, w którym trenowaliśmy około pół roku. Niestety, treningi nie były w stanie zarobić choćby na utrzymanie sali, tak naprawdę pozostałe zajęcia dokładały do kosztów wynajmu. Jakoś w tym samym okresie nawiązałem współpracę z Akademickim Centrum Kultury, efektem czego uruchomiliśmy darmowe treningi dla studentów w Kortowie. Zaczął się nowy okres, a prowadzenie treningów dzieliłem miedzy siebie i kilka zaawansowanych osób.

1 kwietnia zorganizowaliśmy pierwszy w Polsce trening hydro-capoeira na plaży miejskiej w Olsztynie :) Zjawiło się nawet kilka osób, więc żarty primaaprilisowy się udał :) Również w kwietniu zaczęliśmy organizować na OSW treningi akrobatyki, które później jednak (chyba w październiku) trzeba było zamknąć, bo kolidowały z treningami Capoeira na Kortowie. Frekwencja w Kortowie z kolei była znaczna - na początku salę wypełnioną po brzegi zajmowało około 80 ludzi. Do czerwca jednak ta liczba miała stopnieć do 4-6 osób na treningu.

24 kwietnia 2010 zakończył się dla mnie pewien trudny okres, kiedy nie pracowałem, a czas spędzałem w domu na nauce niezbędnych mi do pracy umiejętności. Bardzo mi pomogła wtedy zdalna współpraca z Michałem, co zawocowało po części przyjęciem do pracy w Redefine na stanowisku programisty.

Praktycznie od początku swojej pracy w Olsztynie przypominałem swoim uczniom o tym, że wyjazdy są ważne i wiążą się niestety z kosztami. Zawsze powtarzałem: "Do trenowania karate, czy judo potrzebne jest gi, do trenowania boksu - rękawice. Jesli cwiczycie capoeira, musicie mieć abada." Dawałem jednak często szansę osobom, które opowiadały o swoich problemach materialnych. Chyba nie było osoby w historii sekcji, która przez dłuższy okres regulowała składki na czas. Prosiłem również o odkładanie drobnych sum na abada, batizado, bo kiedy nadejdzie wyjazd może się to okazać zbyt duży koszt "na raz". Mało kto sluchał, potem z 20-30 osob nadających się do przyznania nowego stopnia jechała tylko część bo "nie mam pieniędzy". Pożyczałem też pieniądze, pożyczałem własne abada. Zwalniałem ze składek. Nie potrafię sobie zarzucić, że nie pomagałem. Nie potrafię też uwierzyć, że 16 letni chłopak w pół roku nie jest w stanie odłożyć 400-600 złotych na coś, co "kocha robić" jak sam mówi. Tymbardziej, że widywaliśmy się na mieście, na piwie, na imprezie. Słowa "kocham Capoeira" w ustach alunos zaczynały dla mnie znaczyć tyle co zeszłoroczny śnieg. Pozostawała jedynie wiara w czyny. A ich nie było.

Praca z instruktorami na siłowni dawała mi dostęp do aktualnej wiedzy, bardzo dużo tam sie nauczyłem, bardzo wielu ludzi poznałem. Sporo klientów stawało się także uczniami na capoeira. Nowe metody treningowe zaczerpnięte z siłowni, a także z treningów bjj okazywały się zbyt "wyrafinowane", próby wykonywania ćwiczeń wymagających siły czy kondycji w większości wypadków kończyły się odpuszczaniem. Zawsze miło było słyszeć od kolegów z innych sportów, że "nie sądził, że tak się spoci na capoeira". Pod tym względem zawsze starałem się trzymać poziom wysoko. Okazuje się jednak, że zbyt wysoko dla większości osób.

Jak wielka to przepaść w moim podejściu oraz podejściu moich alunos udowodniły mi wakacje 2010, kiedy dość intensywnie trenowałem na bjj. We wrześniu i październiku odbywały się zawody, a praca zaowocowała przywiezieniem z Mistrzostw Polski brązowego medalu. Praca wykonana i jest za nią nagroda.

Może to problem capoeira? I dlatego alunos nie widzą celu? Bo muszą go szukać sami, podążać za kimś, kto obiecuje sukces, wiedzę, rozwój. Nie są to wymierne korzyści, takie jak śmieszny kawałek złotej, srebrnej czy brązowej blachy. Rozwój na capoeira to jedynie ciężka praca i obietnice. Ale stojąc na podium i otrzymując moj pierwszy w życiu medal za coś chyba poczułem jego faktyczną wartość - jak daleką od wciąż relatywizowanych i nieokreślonych umiejętności na capoeira.

W maju 2011 założyłem swoją firmę. Capoeira to już moja pasja i hobby, nie forma zarobku. Odciąłem się od kłopotów związanych z utrzymaniem, zmieniłem także podejście do spraw finansowych i składek. Nie mam na tym punkcie żadnego ciśnienia, wystarczy, że treningi same na siebie zarabiają.

 1 września 2011 roku złożyłem w Redefine wypowiedzenie umowy o współpracy. Organizowany od maja wyjazd do Wrocławia stawał się rzeczywistością, na miejscu czeka na nas mieszkanie a na mnie praca. Jak również treningi u Cigano.

Redefine zasługuje tak naprawdę na zupełnie osobną notkę, bo to firma, w której poznałem masę wspaniałych ludzi, ale przede wszystkim nauczyłem się wielokrotnie więcej, niż wiedziałem, gdy zaczynałem tam pracę. 

Od tego czasu właściwie niewiele się zmieniło. W październiku, już po moim wyjeździe uruchamiamy trzeci sezon treningów na Kortowie; we wtorek rusza piąty sezon treningów na sekcji dziecięcej, z którą pomaga mi obecnie jedna z osób trenujących. Miejmy nadzieję, że rozpocznie się drugi sezon treningów w Łukcie, poza Olsztynem. Na moment obecny, gdy na pokazy promujące sekcję przyszły 3 dorosłe osoby i 3 dzieci (wczoraj) a dziś 5 osób - nie widzę sensu organizowania treningów "dla dorosłych". Załatwiam sprawy z treningami akrobatyki. Zostawiam wszystko rozkręcone, a reszta lezy w rękach moich uczniów, muszą o siebie zadbać sami.

Mój wyjazd dużo zmieni. Może na lepsze, może na gorsze. Moi uczniowie muszą wydorośleć. Zrozumieć, że jeśli chcą coś w życiu osiągać, muszą się wyłamać z pokolenia Y, poświęcać się, rezygnować z innych spraw na rzecz tych najważniejszych. Brak zobowiązań wobec siebie i innych jest przyjemny, ale zgubny - człowiek nie idący żadną drogą nigdzie nie dojdzie.

Swoją drogą, zmiana pokoleniowa jest dla mnie szokiem. 11 lat temu, gdy zaczynałem treningi Capoeira (tak, przedwczoraj, 2 września minęło mi 11 lat) wszystko wyglądało inaczej. Uczyliśmy się sami, na wyścigi, nie było skąd się uczyć - w internecie materiałów prawie wcale, z resztą, mało kto miał internet. Pierwsza płyta z muzyką przekazywana z ręki do ręki jak skarb. Dziś jest wszystko, o nic nie trzeba walczyć, ale pokolenie, które przyszło jest dla mnie wielkim rozczarowaniem. Porównuję ich do energetycznych wampirów, osoby, które żyją by brać, wysysać energię niczym pijawki. Czułem się jak lokomotywa, ciągnąć takich uczniów. Na szczęście to już koniec.

Dla mnie Olsztyn to pewien etap życia, który mogę uznać za zamknięty. Pięć słodko-gorzkich lat, które nauczyły mnie bardzo wiele o ludziach, ale przede wszystkim o sobie. Mam 27 lat, czuję się jednak dziś tak, jakbym miał ich 17, choć pewnie po mnie tego nie widać. Może trochę zgorzkniałem, może zmieniłem się na gorsze. Fakt pozostaje jednak faktem, że widocznie potrzebowałem tego wszystkiego, by dojść tam, gdzie teraz jestem.

Na podsumowanie powiem tylko tyle, że z przyjaciółmi się nie żegnam, bo będziemy się widywać, uczniom życzę powodzenia i siły, będą jej potrzebować więcej, niż im się zdaje. Wszystkim, którzy nabrali o mnie gorszego zdania chciałbym przekazać jedynie: "frajerom śmierć".

Dzięki Olsztyn!

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Capoeira w komiksach

Capoeira można znaleźć w kreskówkach Walta Disneya (tych klasycznych jak i 'nowych') i w różnych innych miejscach, ale nie sądziłem, że znalazła się w uniwersum komiksów DC (Superman, Batman itd). A tak było - w serii Black Canary znalazł się zeszyt 'The dance of the Capoeira!', zrzuty poniżej a tu link do postaci: http://dc.wikia.com/wiki/Jesus_Valdez_New_Earth ;)


niedziela, 3 lipca 2011

A wczoraj...

... wczoraj się w końcu zebrałem, żeby trochę pobiegać.



Bez szału, nogi odmówiły w pewnym momencie posłuszeństwa, a w deszczu zaczęło się zimno robić (od Bałtyckiej do Jaracza autobus ;)), ale i tak jestem bardzo zadowolony.

Jakieś 8km + ćwiczeń trochę w parku zabaw i rozciągania, przez 1.5 w tętnie 135-155bpm. To następny raz w czwartek, trochę krócej :)

sobota, 2 lipca 2011

czwartek, 30 czerwca 2011

A co słychać?

Mogę tylko generalizować, bo w sumie szczegóły zbędne.

W pracy cienko przędę, ale jeszcze utrzymuję sie na powierzchni. Od jutra start w nowym zespole, opuszczam chłopaków odpowiedzialnych za Stat24 (gdzie byłem od kwietnia 2010) i dołączam do ekipy pracującej nad friko.pl Będzie się działo :)

Od maja jestem kolejnym frajerem wspierającym okradające nas państwo - prowadzę działalność gospodarczą (Dende :)). A więc następna notka z więzienia za podatki? :) Cieszę się z tego kroku, bo zmusza mnie do dalszego rozwoju i nie osiadania na laurach.

Na wakacje natomiast wyszarpałem od owego państwa parę groszy i realizujemy za Twoje i moje pieniądze projekt Wakacje z Capoeira, na który wszystkich zapraszam - treningi za free. Więcej info wkrótce na capoeira24.pl.

Ostatnio tyle rzeczy się dzieje, że nie nadążam. Prawie nie trenuję - wracam po pracy i pracuję przy kompie. Odbija się to również na życiu rodzinnym, ale liczę, że znów zamknę tematy i będzie ok. Trochę grosza wpadnie miejmy nadzieję. Zajmę się szkołą, treningami... Kogo ja oszukuję? :)

Google Plus

Ale pięknie. Tego właśnie mi brakowało. Google miało do tej pory wszystko, każdy komponent, ale nie były one złączone w jedną całość - a teraz stało się i jest pięknie :) Bardzo mi się podoba.

Facebook chciał wziąć emaila i zdefiniować go od nowa. Ale to Google wzięło emaila i pare innych rzeczy i przedefiniowało Facebooka. Albo przynajmniej dostaliśmy alternatywę.

W złośliwych marzeniach widzę teraz Google zamykające wszystkie swoje dotychczasowe usługi "wspierające" Facebooka. Albo nie, niech chociaż odłączą youtube ;) To by było!

Przed nami kolejne, jeszcze ciekawsze czasy :)

poniedziałek, 27 czerwca 2011

A mnie wkurwia Nordea.

Ponieważ mało który bank chce zakładać konta dla stowarzyszeń, zmuszony zostałem do Nordei. W statucie stowarzyszenia stoi, że kwestie finansowe podpisują 2 osoby z zarządu. Więc teraz, żeby zrobić jeden przelew muszę:

1/ zalogować się (-1 hasło z karty z kodami aktywacyjnymi w formie "zdrapki" - co za anachronizm!) na swoje konto
2/ zdefiniować przelew
3/ przekazać do autoryzacji
4/ zautoryzować (-1 kolejny kod)

następnie druga osoba musi
1/ odnaleźć przelew - nie ma go nigdzie na listach, tylko po samym zalogowaniu (-1 kod) pokazuje sie na głównej w "aktualnościach", po przejściu na inną stronę i powrót już tego info nie ma
2/ zautoryzować (-1 kod)

po takiej operacji przelew dopiero wyjdzie. na domiar złego powiem Wam, że interfejs jest maksymalnie nie przejrzysty i o ile wyznacznikiem dla mnie jest multibank a mbank traktuje jako spartańską prostotę, ale skuteczny interfejs, to nordea przypomina pierwsze próby systemów webowych z połowy lat 90. MA_SA_KRA, odradzam każdemu i przy najbliższej okazji zmieniam konto!!!!

piątek, 6 maja 2011

Let's go mobile :)

Szaleństwo normalnie, w drodze z pracy udalo mi sie przez telefon kupic domene w nazwa.pl i oplacic przez multibank. Opera mobile rulez :)

Zaraz dom i na 17:30 zapraszam na roda de rua :)

czwartek, 5 maja 2011

W koncu notka

Przerzucam sie na pisanie z komorki :D

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

piątek, 18 marca 2011

Tak mnie naszło...

...że sobie myślę. Wiem, mało kto by mnie w ogóle o taką czynność podejrzewał. Po prostu mnie naszło.

Wróciłem z treningu, sympatycznie było - 12 osób, kilka nowych, grupa powoli się rozkręca na nowo. Moje dziewczyny były już w łóżku, gdy przyszedłem. Śpią spokojnie przytulone do siebie. Wyglądają pięknie.

W kuchni zrobiłem sobie kolację. Dwie kromki chleba. Masło. Dwa plasterki szynki, plasterek sera. Słabo jak na dzień bez obiadu i dwa treningi, ale nie mam apetytu.

Dwa plasterki szynki, plasterek sera. Dwie kromki chleba. To cztery plasterki szynki i dwa sera. Tyle, ile zjada czasem na kolację cała rodzina. Jeśli jest kolacja. Jeśli są pieniądze. Cholera, po co o tym myślę? Przelałem trochę mleka do shakera. Dosypię białka i nie będzie tak źle z jedzeniem. Mleko za gęste, doleję trochę wody. Matki dolewają wody do mleka, żeby było go więcej. Gdy go nie ma. Żeby było go więcej dla jej dzieci, które są głodne. Mama je kocha, dzieci wołają jeść. Mama nie ma, ale dolewa wody, żeby mleka było więcej. Ja pierdolę...

Żebym nigdy nie był w takiej sytuacji, błagam Cię Boże. Żeby nikt nigdy nie musiał być w takiej sytuacji. Ale wiem, że są. Na pewno są ludzie, którzy dolewają wody do mleka swoim dzieciom, żeby było go więcej. Dla nich. Z miłości.

Czuję się trochę jak w Dniu Świra. Też bym pozbierał z ziemi, jak na filmie, te pierdolone chrupki; zakręcam kurek z wodą, bo mam od lat przed oczami to biedne afrykańskie dziecko, które nie ma nic. Pewnie nawet rodziców. Dziś już pewnie nie ma nawet życia. Jeezu, niech ten obraz wyjdzie z mojej głowy...

A ja mam dwie kromki po dwa plastry szynki i ser. Mam pracę. Jeszcze, ale mam. Mam pieniądze. Mam gdzie spać, mam co jeść. Mam w co się ubrać. Mam perspektywy. Mam plany na przyszłość inne niż "co jutro wrzucić do garnka?". Czuję się dziś tak, jakbym miał paść na kolana, wznieść w niebo ręce i płacząc wołać "Dzięki!".

Ach, jak mnie wtedy boli jak słyszę cudze narzekania. A ja?

Mam ludzi, za którymi mogę iść. Jest cel i droga. Nie wyobrażam sobie nie mieć celu. Nie wyobrażam sobie zdobyć go bez przejścia drogi. Życie straciłoby sens, gdybym wygrał w loterii. Gdybym dostał gratis od życia, który załatwiłby wszystkie moje problemy od ręki. Każda trudność to test, każdy dzień to nowa próba. Każda porażka mnie cieszy, bo to nowe, inne rozwiązanie moich problemów, co z tego, że nie do końca właściwe. Każdy dzień żłobi we mnie bruzdy, jak woda omywająca skałę. To mój wyjątkowy kształt.

Mam ludzi, którzy idą ze mną ramię w ramię. Czujemy się za siebie odpowiedzialni. Weźmiemy odpowiedzialność za innych, ale nie zrzucimy jej na nikogo. Mam dla kogo się starać i wiem, że jest ktoś, kto stara się, by dorównać mi kroku.

Mam ludzi, którzy idą za mną. To chyba najpiękniejsze. Są Ci, którzy we mnie wierzą i wspierają. Ufają, że droga, którą im wskażę będzie ich drogą, przyjmują ją. Są też tacy, którzy idą swoją drogą, ale mówią, że celem ich jest być tam, gdzie ja jestem teraz. To znaczy, że jestem w dobrym miejscu, na dobrej drodze, w dobrym czasie.

Wszystko przede mną, a jak już wiele za mną. "Żyj tak, aby każdy dzień Twojego życia był wielką przygodą".

OK, już mi lepiej. To chyba ta wiosna. Wracam do roboty i nauki ;)

czwartek, 3 marca 2011

No tak...

... wszystko przecież już było :)

wtorek, 15 lutego 2011

W końcu jakiś film :)

Na stronie Krotoszyńskiej Strefy Walki znalazłem przypadkiem swój film z MP w Łodzi :) Pierwsza walka

sobota, 12 lutego 2011

Lazy loading metod

Dzięki Eagle z devpytania.pl poradziłem sobie z małym problemem z pracy. Otóż mieliśmy klasę modelu, która zawierała 218 metod i około 20 tysięcy linii kodu. Obciążające to było i spasione strasznie. Przerobiłem klase modelu na:

<?php
class Model_Methods
{

    protected $_name = '';

    public function __call($name, array $params)
    {
        $className = "Model_Methods_".$name[0];
        $xClass = new $className;
        return $xClass->$name($params[0],$aParams[1]);
    }
}

Następnie wszystkie metody poupychałem według nazw do klas dziedziczących po powyższej znajdujących się w katalogu Methods w plikach A.php, B.php, C.php itd. aż do Z.php

Przykładowy plik:

<?php
class Model_SeoApi_Methods_T extends Model_Methods {
    public function test($aParams, $sFormat)
{
var_dump($aParams);
var_dump($sFormat);
}
}

Tym sposobem uruchamiam metodę Model_Methods::test(), co powoduje, że autoloader zenda dołącza plik Methods/T.php, tworzy obiekt klasy T i uruchamia metodę. Mało tego - działają wewnętrzne odwołania do metod itd. Przy dodaniu __set i __get w klasie bazowej można nawet odwoływać się do wspólnych dla wszystkich metod atrybutów klasy.

czwartek, 10 lutego 2011

Takie tam...

Myslovitz - Chłopcy

Wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę
Szukają czegoś, co wypełni im czas
Rzucają kamieniami w koła samochodów
I patrzą na spódnice dziewczyn, które nie chcą ich znać

Wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę,
Bo wieczorami nie widać szarości
Nie widać brudnych ulic a latarnie nie świecą
I można udawać, że można na spacer pójść

Wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę
Marzą o życiu w dalekich krainach
Spoglądając w puste lornetki butelek
dyskutują o amerykańskich filmach

Wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę
Siadają na chodniku i palą jointy
Robią wszystko żeby stąd uciec
Kiedy wreszcie mogą, to wtedy nie mogą się ruszyć

niedziela, 6 lutego 2011

Prostsze życie z SVN

Nie ma to jak sobie upraszczać (choć czasem tym sposobem można sobie też utrudniać) życie.

W pracy edycja projektu ma swój proces:

1. Wprowadzamy zmianę.
2. W katalogu z projektem z Tortoise SVN trzeba kliknąć się RMB i wybrać "Commit", kliknąć OK
3. W oknie puttego uruchamiam skrypt updateujący źródła na serwerze.

Dopiero po takich krokach mogę podziwiać zmiany na serwerze. Oczywiście, może sie to wydawać żmudne i takie jest przy testowaniu, wprowadzaniu kolejnych zmian i rozwijaniu aplikacji.

W domu postanowiłem dla własnego projektu ten proces nieco usprawnic. Skorzystami z paru właściwosci i narzędzi:

1. Netbeans pozwala na pracę na dwóch katalogach naraz - katalogu projektu i katalogu źródeł. Po prostu zapisuje zmiany w projekcie i dodatkowo w katalogu, który jest document rootem na moim lokalnym serwerze.

2. Tortoise ma opcję definiowania skryptów uruchamianych na poszczególne zdarzenia.

3. Putty ma narzedzie umożliwiające jednorazowe uruchomienie sesji, zalogowanie się, wykonanie komendy i wylogowanie - plink.exe

A więc tak: we właściwościach projektu (klikamy prawym na nazwie projektu - Project Properties) wybieramy zakładkę Sources, zaznaczamy w niej Copy files from Sources Folder to another Location i w Copy to Folder wpisujemy adres katalogu na serwerze na jaki chcemy kopiować pliki. Wbrew pozorom ma to sens, bo nasz projekt moze generowac pliki tymczasowe, cache itd, których nie chcemy eksportować na svn na przykład. Przez przeglądarke pracujemy wtedy na jednej kopii, a projekt siedzi niemodyfikowany w innym katalogu. U mnie struktura dysku "Praca" wygląda tak:


E:\www\projekt\ <- Document Root
E:\praca\projekt\ <- Katalog projektu netbeans oraz svn (.netbeans dodałem do listy katalogów ignorowanych w svn)

Pamiętajmy, że pozostawia to nam niezłe pole do popisu, gdy użyjemy programu podpinającego konto ftp/sftp jako napęd logiczny w naszym systemie - dzieki temu możemy eksportować pliki bezpośrednio na serwer zdalny!!!

Jedziemy dalej.

Wchodzimy do ustawień Tortoise SVN (klikamy gdziekolwiem RMB, Tortoise SVN -> Settings). W oknie ustawień wybieramy Hook Scripts i wciskamy "Add".

W nowym oknie ustawiamy:
Hook Type
Post-Commit-Hook (dokona się po zacommitowaniu zmian na repozytorium)
Working Copy Path
E:\praca\projekt\ (w moim przypadku, katalog którego skrypt ma dotyczyć)
Command Line to Execute
E:\putty\plink.exe -pw moje_hasło nazwa_uzytkownika@serwer 'komenda_lub_skrypt_do_uruchomienia'


po stronie serwera (o ile mamy dostęp przez ssh) możemy wtedy uruchomić sobie np. svn update /katalog/projektu i nasze dane zostaną zupdateowane.


I jeszcze mała uwaga. Zdarza się, że proces TSVNCache.exe potrafi nam ostro zamulić system. Niestety reza nam on po wszystkich dyskach w poszukiwaniu katalogów .svn, dla których chce aktualizować ikony. Prostym sposobem pozbycia się tego problemu jest zmiana ustawień Tortoise SVN. Zmusimy go do monitorowania jedynie naszego katalogu projektu.

Ponownie wchodzimy do ustawień Tortoise, wybieramy Icon Overlays. Edytujemy dwie opcje:

Exclude paths:
dodajemy tu WSZYSTKIE nasze napędy, po jednym w każdej linii:
C:\*
D:\*
E:\*
itd.

 Include paths:
dodajemy tylko katalogi, w których są nasze projekty:
E:\praca\projekt\*

Dzieki takiemu ustawieniu TSVNCache.exe będzie monitorować tylko, co powinien :)