niedziela, 26 września 2010

To już drugi wiersz...

Miejcie nadzieję
Asnyk Adam



 Miejcie nadzieję!... Nie tę lichą, marną 

Co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera, 

Lecz tę niezłomną, która tkwi jak ziarno 

Przyszłych poświęceń w duszy bohatera. 



Miejcie odwagę!... Nie tę jednodniową, 

Co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska, 

Lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową 

Nie da się zepchnąć ze swego stanowiska.



Miejcie odwagę... Nie tę tchnącą szałem, 

która na oślep leci bez oręża, 

Lecz tę, co sama niezdobytym wałem 

Przeciwne losy stałością zwycięża. 



Przestańmy własną pieścić się boleścią, 

Przestańmy ciągłym lamentem się poić: 

Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią, 

Mężom przystało w milczeniu się zbroić... 


Lecz nie przestajmy czcić świętości swoje 

I przechowywać ideałów czystość; 

Do nas należy dać im moc i zbroję, 

By z kraju marzeń przeszły w rzeczywistość


Jednak człowiek musi mieć parę lat i trochę przeżyć, żeby do niego trafiło. "Przecież znam to z ogólniaka!" - wielką krzywdę robią, pakując to młodym i głupim, którzy najzwyczajniej nie spróbują zrozumieć. A tyle pięknych słów stracą potem... :)

* drugi wiersz to Przesłanie Pana Cogito ;)

sobota, 25 września 2010

Leniwa sobota

Korzystając z chwili wolnej przysiadłem nad VMWare i bawię się w wirtualizację na moim nowym komputerku ;) Zabawa przednia, zrezygnowałem z Virtual PC 2007, bo nie emulował mi procesora 64 bitowego, tryb wirtualizacji w Windows 7 jest jakoś dla mnie nie do ogarnięcia, więc zabrałem się właśnie za VMW. Na pierwszy ogień poszedł Ubuntu 10.04, zobaczymy jak się bedzie sprawować, chociaż początek kiepski - nie chce się zabootować, bo w nieskończoność instaluje jakieś pierdoły dla samego VMW.

Jak już ruszy to planuję pobawić się z Rubym oraz sprobuje skompilowac sobie źródła dla Androida i ChromeOsa.

Beata poszła dziś do szkoły, więc zostałem od rana z Niną sam. Poszliśmy sobie na spacer do Parku Linowego w Dolinie Jakubowskiej - super to wygląda. Kiedyś w Kompasie bawiłem się nieco z alpinistami i sądziłem, że Park mnie niczym nie zaskoczy - myliłem się. Przede wszystkim ogromna powierzchnia (tyrolki po 100 metrów, kilka tras o różnym stopniu wysokości i trudności), dużo sprzętu, dużo instruktorów (i fajnych instruktorek opiętych uprzężami ;)). Następnym razem obiecuję zdjęcia.

Teraz jedynie załączam film z zabaw z Ninką ;)





Dzisiaj trening i pokaz w Hotel Parku. Oby tylko ludzi było dość i na poziomie nam to wyszło...

Dzisiaj byłem świadkiem mega scenki. Dwóch emo i nastolatka, chyba najbardziej męska z tej trójki. Chłopaki wyglądali jak zapałki ubrane w obcisłe dżinsy i przewiewne koszule... Na gimnastycznych poręczach w parku próbowali się pohuśtać, aby niczym zwierz na rykowisku pokazać swą fizyczną sprawność, ale łapki nie wytrzymały i fiknął na ziemię plecami, waląc potylicą o glebę... Oh, co za komedia! A potem siedzieli na ławce z komórki puszczając wojenne rytmy i śpiewając jak na karaoke. Ja pierdole, "ta dzisiejsza młodzież". Aż zacząłem ostatnio gówniarzy gonić z włączonymi na maksa komórkami albo palących na przystanku. Pedalstwo trzeba zwalczać, tylko siłą!!!

wtorek, 14 września 2010

Nie wierzę...

Dziś na Polskim Portalu Amigowym (http://ppa.pl) umieszczono informację, że właściciel praw do serii programów X-Copy udzielił pozwolenia na umieszczenie go na aminecie. Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest ten program naprędce tłumaczę: prawdopodobnie informatyzacja w Polsce nie nastąpiłaby tak szybko, gdyby nie ten właśnie program, dzięki któremu w latach 90 (gdy nie obowiązywały jeszcze tak restrykcyjne ustawy o prawie autorskim ;)) można było wręcz hurtem kopiować software z jednej amigowej dyskietki na drugą. Z tego co pamiętam radził sobie również z dyskietkami floppy o gęstości DD dla PC. Pracę i dochód zawdziecza mu pare setek Panów Mietków z giełd komputerowych i a furę świeżych gier trzymających młodzież przy kompach - tysiące graczy, które wyrastało po przemianach ustrojowych w naszym kraju.

Powyższy screen jest autentyczny i wykonany przeze mnie ;) Na dysku mam winuae z moim wciąż działającym amigowym systemem, uruchomiłem sobie ściągnięte z aminetu X-Copy, a ono działa. Miodzio!

O dopalaczach

Pewnego razu w komunistycznej Korei żył sobie pewien człowiek, który wynalazł internet. No, może nie sam internet, ale wymyślił jak w prosty, legalny sposób miliony jego rodaków mogą wyjrzeć za stalową kurtynę i zobaczyć, że reżim to nie wszystko i istnieje jeszcze Wolność Wyboru.

Pomysł został bardzo szybko skopiowany, powielony i zalał kraj niczym fala powodziowa. Reżim - zbyt powolny i skostniały, by szybko zareagować i zdusić ideę w zarodku - rozważał pomysły na ponowne odcięcie nieporadnych, głupich Koreańczyków od świata, na wypadek gdyby mieli zrobić sobie krzywdę i skalać umysły wbrew intencjom Partii.Sensem istnienia jednostki jest być częścią całości i to całość decyduje, co jest dla niej korzystne, a co nie.

Na dobrą sprawę jednak nie było sposobu - musiano by zakazać posiadania podstawowych domowych sprzętów - telewizora, radia, paru innych pierdół, które jakimś magicznym sposobem po odpowiednim złożeniu razem dawały dostęp do internetu.

Wylano by dziecko z kąpielą. Zatem nie tędy droga - wprawiony w wojnie ideologicznej i propagandzie Rząd zaczął nawoływać do walki z szataństwem, w zakładach pracy, szkołach, na ulicach rozdawano ulotki, wieszano dezinformujące plakaty a partyjne bojówki, milicja i wojsko zaczęło nękać domy zwykłych obywateli - bez wyraźnego celu i powodu, ot tak, by podnieść poziom strachu do granic rozbicia i dezorganizacji. Pokazowo skazano na śmierć nawet kilku "monterów" - w błysku fleszy i obiektywach kamer osądzeni bez prawa do głosu zostali "tradycyjnie" i w myśl prawa powieszeni na konopnej linie.

Każdy cywil miał wiedzieć, że działanie wbrew woli państwa prowadzi do "utylizacji" - zwykle związanej z czynnościami tak fantazyjnymi, jak wydrapywanie oczu i zbiorowe mogiły.

Sterroryzowane społeczeństwo jednak poznało smak alternatywy i nie zamierzało z niego tak łatwo zrezygnować - poprostu również dla zasady, a na narodowej jedności pojawiła się rysa. Kraj i naród, który sam siebie uważał za szczyt osiągnięć cywilizacyjnych pogrążył się w ruinie i chaosie.

A tu Polska. Kraj, w którym każdy urzędnik jest dość mądry, by decydować o życiu innych ludzi, nikt natomiast nie może stanowić o swoim własnym losie. Państwo opiekuje się obywatelami znakomicie, nie mogąc zakazać "dopalaczy", na które składają się substancje obecne w lekach i zwykłych produktach, postanawia zniszczyć legalnie działających i zarabiających pieniądze (którzy płacą jeszcze państwu podatki!) dystrybutorów, nękając ich kontrolami skarbowymi, sanepidowskimi, przekonując obywateli do tego, że są złem najczystszej postaci. Jednocześnie pozwalając legalnie zabijać się codzień alkoholem i nikotyną.

Polska - kraj demokratyczny, podobno nie wyznaniowy; naród walczący wiele wieków o własną wolność, wolność słowa, wolność wyboru - z zaborcami, a potem z komunistami.

Dlaczego nie dopalacze? Bo nie. Bo my tak chcemy. Bo masz żyć i pracować i łożyć na powiększającą się machinę biurokratyczną, na niewydajny system - zdrowotny, emerytalny, edukacyjny, które zapewnią Ci jedynie wrzody i nerwicę. Pal licho dopalacze, nie biorę tego gówna i mam prawo do takiego wyboru. Chcę to prawo mieć. Chcę mieć świadomość, że mogę wytatuować sobie "debil" na czole, że mogę biegać nago po ulicy, kiedy tylko zapragnę i umrzeć od przedawkowania cynamonu.

A nie mogę. Bo państwo na zasadzie "zesram się, a nie dam się" ma narzędzia, by zniszczyć Ciebie i mnie i nie ponieść za to konsekwencji. Równie dobrze mogą zakazać aspiryny, butów na obcasie, plecaków, strojów ciążowych, sedesów, wagarów i rekolekcji. Capoeira, sportu, siłowni, suplementów. Opłatka na święta i wódki na Andrzejki. Dlaczego?

BO TAK. BO MY TAK CHCEMY. A TY BĘDZIESZ POSŁUSZNY I POKORNY.

sobota, 11 września 2010

Vespa

Ale miałem horrorową scenę przed chwilą, na domiar złego ostatnio dużo Kinga czytam Wink

Na początku nadmienię, że nie jestem sadycho, wręcz przeciwnie, lubię zwierzęta i dbam o nie. Nic mi nie działa na nerwy jednak jak robactwo i owady. Mimo to wykazuję się jedynie złośliwością w stosunku do komarów - całą resztę latającego gówna poprostu staram się ignorować lub bez zabijania odgonić.

Czasem sa jednak takie sytuacje, gdzie nipierona, muszę ukatrupić. Zwłaszcza jak mi osa lata w domu, w którym moje dziecko śpi. Strzeliłem flądrę zeszytem, odbiła się od ściany i powędrowała na ziemię. Pod ręką miałem jedynie nożyczki, odruchowo je chwyciłem i niczym szczypcami złapałem ogłuszoną, ale wciąż ruchliwą i żywą osę za odwłok. Szybko przetransportowałem ją do siatki, w której akurat wylądowały jakieś śmieci i zamiast puścić uchwyt - z lekkim obrzydzeniem i wyrzutem sumienia - przeciąłem osę w pół, aby jak najkrócej się męczyła. Nożyce zachrzęściły o chitynowy pancerz i przerwały nić życia.

O sprawie zapomniałem.

Zająłem się dalej sprzątaniem bajzlu po calym tygodniu (sami wiecie jak to wygląda - wracasz z pracy, wywalasz zawartość plecaka na kanapę, ładujesz ciuchy na trening, które suszyły się po wczoraj na krześle i ruszasz z powrotem w miasto). Na biurku nazbierało mi się nieco szpargałów, które chwyciłem i beztrosko wrzuciłem do wymienionej wcześniej siatki ze śmieciami.

Ileż przerażenia mnie ogarnęło, gdy z siatki wypełzła, zaledwie o centymetry od moich palców rzeczona osa - żywa! Ba, walcząca o każdy krok, pomimo iż pozbawiona została odwłoka, skrzydła i dwóch nóg. Jakim sposobem tak zdegenerowany owad jeszcze żył? Co też czaiło się za tymi małymi złożonymi oczkami? Wściekłość, strach, instynkt, chęć życia? Niczym ofiara katastrofy, wciąż jeszcze żywa i wciąż nieświadoma swego stanu, napędzana adrenaliną, czy czymś innym, co nie pozwala czuć, że jest już jedynie przedziurawionym workiem, z którego uchodzi z każdą chwilą resztka życia... To nie była kura z uciętą głową, to wciąż niemal świadome zwierzę, które uparcie walczyło, wyślizgnęło się ze stalowego uścisku Śmierci z energią i wolą godną drugiego życia.

Osa zadziwiła tym samego Śmierć, ten jednak uniósł kosę nad głowę i niechybiając celu po raz drugi, rzekł:

- Nie ma sprawiedliwości. Jestem tylko ja.