sobota, 27 lutego 2010

Na miescie


Duszą z klubem, jesteśmy wszędzie, niedługo powrót na mate :)

wtorek, 23 lutego 2010

Internet

Tak przed snem przypomniał mi się mój pierwszy kontakt z internetem. W świeżo wybudowanej hali Gdyńskich Targów Expo nieopodal mojego domu odbywały się targi komputerowe. Oprócz wiele nie mówiących mi nazw jak Sun czy Apple pamiętam bardzo dobrze wieeelkiego migającego lampkami switcha i podpięte do niego ze 20 komputerów. Sam natomiast podczepiony był do Bóg wie czego udostępniającego internet. Komputery oczywiście były oblegane tak, że nastoletni gówniarz nie miał szans się dopchać, była to chyba pierwsza połowa lat 90, a może początek drugiej. Kiedy w końcu się dopchałem do jakiegoś krzesła i uruchomiłem niebieskie E (nie pamiętam, czy był wtedy PC w domu, czy jeszcze nie, ale chyba nie ;)) nie stało się nic. Bo trzeba było jeszcze znać adres.

Dużo wcześniej już wyłudziłem od mamy pieniądze na takie opasłe tomisko, w którym były zapisane drobnym maczkiem adresy stron internetowych. Na zasadzie książki telefonicznej - adres i krótki opis. Pamiętam, że najbardziej chyba chciałem odwiedzić wtedy stronę amiga.com, którą do tej pory w wersji offline oglądać można było na dodawanych do Magazyn Amiga i Amiga Computer Studio płytach. I chyba też chciałem zobaczyć yahoo i altaviste - najpopularniejsze wtedy przeglądarki. O Google nikt chyba jeszcze nie myślał.

Pamiętam też bardzo dobrze, że tomisko przeglądałem często i w poszukiwaniu coraz to ciekawszych adresów. Marnie skatalogowane siedziały adresy stron prywatnych, uczelni, różnych firm. Po prostu przerzucałem kartki i dowiadywałem się, że pod takim a takim adresem znajduje się strona informująca o ofercie firmy produkującej to i to, albo że tu swoje miejsce ma pewien pan, który jest pasjonatem fotografii. Pobudzało wyobraźnię.

Pamiętam jeszcze, jak mój kolega ś.p. Cerber ostrożnie dobierając słowa uświadomił mi, że jak się ma internet, to nie potrzebna jest książka telefoniczna. Że adresy zna się na pamięć albo znajduje lub zapisuje.

Mój magiczny notes do podróży palcem po www stracił całą magię.

Ale niedługo potem tata kupił mi modem Asmaxa a Cerber pokazał jak go skonfigurować, żeby działał z Amigą i 020-21-22 (kto jeszcze pamięta ten numer)?

O dziwo po serii szurów i brzdąknięć - wszystko zadziałało. Nie dowierzając pierwszy program jaki uruchomiłem to był AmIRC - www jeszcze nie było tak kluczowe jak dziś, a na IRC przesiadywały tysiące ludzi. Chyba podpiąłem się pod jakiś defaultowy kanał w stylu #amiga. Pamiętam to wrażenie - ręce mi się trzęsły z podniecenia i podenerwowania - ktoś mnie widzi! Ktoś na drugim końcu świata może do mnie napisać a ja się mogę o tym od razu dowiedzieć! I ja piszę łamanym angielskim a on odpowiada...

A potem już się zaczęło - #gdynia, #amisia, #amypl, a potem #3miasto, #capoeira i #mma. I jeszcze w co ciemniejszych godzinach #sexpl (bo na #sex banowali Polaków i rządzili włosi) ;) I te takeovery, albo duma, że ktoś dał op'a... Dziś ludzie nie znają tych radości ;)

I jak bardzo nienawidziliśmy wtedy gg - pisać do ludzi nonstop na priwa? Bez sensu! Wspólny kanał to jest to!

Pamiętam fascynację Telnetem a potem SSH, wojaże po kitranych adresach i loginach do warezowych ftpów. Każde "Access granted" pachniało jeszcze magiczną elektrycznością i magią hakerów z "Gier Wojennych" czy "Elektronicznych snów".



Kiedyś nawet śniło mi się, że jestem postacią z Trona :D

Ale i gg z czasem się przyjęło, a strony www zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Miałem nawet swoją, o Capoeira, z zieloną choinką. Dziś już nikt nie pamięta. Dzielnie ją tworzyłem na swojej wysłużonej Amidze, która wciąż kurzy się w podziemiach Teatru Muzycznego... :)

Jakoś dzisiaj to nie to samo.

A co tam, wrzucam filmy dalej ;D













czwartek, 18 lutego 2010

Olcamp v 15 i Capoeira

Uczciwie mogę powiedzieć, że na Olcamp wpadłem tylko na piwo, załapałem się na samą końcówkę, a szkoda - temat bardzo mnie interesował. Usability to taki ładny zwrot na określenie tego, co programista robi, by jego dzieło miało "ludzką" twarz. Taka inżynieria kompromisów między funkcjonalnością a łatwością użycia. Na koniec jeszcze elevator pitch w wykonaniu ee... Mikołaja Piotrowskiego jeżeli dobrze pamiętam, szkoda, że już mało kto się zainteresował tak ważnym dla nas tematem cenzury w internecie. Po wszystkim ruszyliśmy na miasto na "integrację", ale odpadłem szybciej, bo żona, bo dziecko, bo milion powodów ;) W każdym razie fajna ekipa i już czekam na szesnastkę w marcu.

No a spóźniłem się, bo... otwarcie nowej sekcji capoeira w Kortowie :) Akademickie Centrum Kultury wzięło nas pod swoje skrzydła i ruszyliśmy wczoraj z nowymi zajęciami dla studentów. Także na ten moment w Olsztynie mamy 5 treningów tygodniowo. Treningi w środy na małej sali studium WF są darmowe dla studentów UWM, więc chętni zawsze mile widziani ;). Było, bagatela, ponad 70 osób, z tego 63 ćwiczyły :) Zobaczymy jak wyglądać będą następne tygodnie.

No i wziąłem się za naprawę atabaque. Cholera jasna, nie sądziłem, że tak trwale i "jednorazowo" robiony jest ten bęben, samo odplątanie membrany zajęło mi ponad godzinę szarpania się z kombinerkami, śrubokrętem i cumą okrętową, heh :). Najgorsza sprawa, że cały dosłownie oplot, uchwyt, naciąg i tak dalej, zrobione są z jednego kawałka sznurka, który ma pewnie koło 50 metrów długości. Musiałem sfotografować całość, żeby pamiętać jak to potem zawiązać z powrotem. Teraz zostało albo zalepić starą membranę albo kupić skórę na nową... Co za zamieszanie.

I cholerny dysk w końcu odesłali. W czerwcu kupiłem na allegro Samsunga bodajże, nie chciało od początku cholerstwo działać, kupiłem więc kieszeń (bo może to kontroler w starym komputerze winny) i po jakimś czasie okazało się, że ma popieprzoną połowę bloków. Spakowanie tego mi zajęło z miesiąc (bo wymogiem było zapakowanie go do plastikowego "odbijacza" w jakich są dyski sprzedawane, oczywiście nie dostałem go z powrotem) - zawsze jest milion ważniejszych rzeczy do zrobienia ;). No i tak w końcu wysłałem dysk do serwisu - po 8 miesiącach :D Pełen obaw (i niemal pewny swojego błędu - bo komputer mam stary i z SATA II sobie nie radzi) czekałem na dysk. W firmie pomylili na dodatek adresy i gdybym nie oddzwonił na nieodebrane połączenie w moich telefonie nie dowiedziałbym się, że na sortowni w GLS dysk leży i czeka od paru dni, bo adresat nie jest znany. Serwis stanął na wysokości zadania, trafiło do mnie nowiuśkie 750 GB nowego miejsca. Tyle tylko że, wcześniej musiałem kupić dysk 500 GB by móc swodobnie pracować i nie mam już czym wypełniać ogromu tego miejsca. Ale spokojnie. Internet jest duży ;)

A Nina zaczyna nam ząbkować ;)

Tutaj jeszcze na koniec kolejna kwintesencja "przydatnej stronki":
Kiedy kasa? - nie trzeba główkować, jak działa bankowy elixxir (często mi się zdarzało). Prosta, super wykonana stronka pozwalająca przeliczyć czas otrzymania przelewu. Mega pomysł! :)

PS. W Google Docs trafiłem na fajną funkcjonalność edytora tekstu. Mogę udostępnić nie tylko link do dokumentu komu zechcę, mogę również pozwolić na edycję tego dokumentu bez konieczności logowania się. Umożliwia to np. całkiem sprawne podesłanie klientowi dokumentu z formatką dotyczącą szczegółów budowanej dla niego strony, jego zadaniem jest jedynie wypełnić cały dokument (co jest moim zdaniem znacznie elastyczniejsze niż formularz!) i wciśnięcie "Zapisz". Bardzo fajne.

piątek, 12 lutego 2010

Życiowo o studiach

Nie, wklejanie cudzych notek nie jest objawem kryzysu na blogu :) Przede wszystkim - to nie mój zawód ani powołanie, piszę kiedy mogę, albo mam o czym. A że ostatnio nie bardzo mogę albo mam o czym, to nie piszę.

Przyłożyłem sie bardziej do php, siedzę nad Zendem i go odkrywam. Pierwsza faza projektu dla chłopaków z Wrocławia skończona - pierwsza wypłata też na koncie. Korzystając z wolnych chwil poprawiam coś w kodzie na rozwiązania, których nauczyłem się po drodze.

Capoeira nie daje spać, pogłębiający się kredyt sprawił, że zagroziłem zamknięciem sekcji. I o dziwo - frekwencja po feriach się prawie podwoiła. Nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, każdy trening w lutym będzie dniem próby. Od przyszłej środy ruszają też pierwsze zajęcia w miasteczku studenckim, więc liczę na ożywienie. Parę dni temu z tej okazji plakatowaliśmy, a dziś opowiedziałem w popołudniówce o 15 kilka rzeczy na temat zajęć.

Na studiach po japońsku - jako-tako. Uczę się, projekty piszę, szukam najciekawszych rozwiązań. Remek nakręca na stypę, ale szczerze powiedziawszy zależy mi na zdaniu bez poprawek i warunków :) Cała reszta to szczegóły :) Zwłaszcza w świetle poniższego artykułu:

Uwaga dla przypadkowych czytelników: autor nie pracuje jako programista ani elektronik i mógł sobie pozwolić na rzucenie studiów, ale mimo wszystko uznał, że warto je skończyć.

Wtorek. Dostaję ostatni wpis i mogę złożyć indeks w dziekanacie. Na dworze jest tak ładnie, a ja mam tyle wolnego czasu… Do zdobycia różnych fajnych literek przed nazwiskiem została mi tylko praca dyplomowa i seminarium magisterskie, które i tak jest fikcją. To dobry moment na podsumowanie czterech i pół roku studiów.
To takie życiowe!

Na "najlepszej specjalności na najlepszej Elektronice w kraju", jak do znudzenia powtarza szef naszej katedry, uczę się, że szefowie katedr kłamią. A poza tym tego, że czas jest względny, prowadzący projekt chętnie pochwali się przed kolegami zadaniem zrobionym w kilka godzin, a sens istnienia większości kursów jest równie zagadkowy jak pomysł wprowadzenia prezentów na sympatia.pl GoldenLine (kiedy ocena fotek?).

"Panie profesorze, ale tak właściwie, to gdzie się z tego korzysta?" - pyta kolega z grupy. "Jak to gdzie? W życiu!". Prośba o podanie życiowego zastosowania omawianych wzorów zostaje skwitowana krótkim: "w wielu miejscach… no, na przykład… w zadaniu projektowym!".

No tak, to takie życiowe. Inna sprawa, że pytanie dotyczyło rozpoznawania obrazów, które jednak kilka zastosowań ma, prawda?
Najlepsi studenci?

No, chyba, że prowadzący zakłada, że całe życie będziemy poprawiać projekt, z którego ocena zależy od rzutu kością do gry. Dosłownie. Jeden z wykładowców zaproponował, że ocena będzie sumą dwóch rzutów podzieloną na dwa. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że uczelnia, której studenci na to poszli może zostać uznana za najlepszą. I nie, taki układ wcale nie oznacza, że tyle samo osób dostanie 3,5 i 5.

Kursy polegające na mierzeniu suwmiarką metalowego trójkąta (sześćset razy) w celu sprawdzenia jak bardzo się mylimy w pomiarach, trzygodzinne patrzenie na piec albo wprowadzenie do Matlaba na piątym roku też trudno nazwać inaczej niż marnowaniem czasu.

Dowiaduję się za to, że najlepszym sposobem na pisanie programu w czteroosobowej grupie jest przesyłanie go e-mailem. Użycie SVN-a to grzech. Oczywiście nikt nie uczy zarządzania, kierowania grupą i podobnych bzdur. W związku z tym podział pracy jest następujący: czterech programistów.
Wiem, że…

Oczywiście, przez te parę lat dowiaduję się o istnieniu takich rzeczy jak rachunek lambda, tunelowanie, najgorszy możliwy przypadek albo linia długa, ale to wiedza wystarczająca do stwierdzenia, że tak naprawdę nie mam o nich pojęcia. W każdym razie będę o tym pamiętał i doczytam, kiedy będę ich potrzebował. I to chyba najważniejsza rzecz poznana na studiach: świadomość własnej niewiedzy.

Kiedy chciałem studiować informatykę starsi znajomi odradzali mi to, sugerując automatykę albo elektronikę. Argumentem miały być szersze perspektywy. Wygląda na to, że mieli rację. Teraz nie wiem jeszcze więcej niż gdybym kończył informatykę!

Jasne, nie nauczyłem się programować tak jak studenci informatyki, a bazy danych to tylko jeden projekt na dziewiątym semestrze (WTF?), ale studia i tak w żadnym stopniu nie przygotowują do pracy, więc wszystkich tych technologii trzeba się uczyć na własną rękę.
Czas jest względny

Uczę się za to, że można napisać program rozwiązujący problem optymalizacji przy użyciu simpleksów nawet jeśli znaczenie słowa "simpleks" poznaję tydzień po terminie oddania projektu.

Na marginesie porada dla przyszłych pokoleń: od razu bierzcie się za książki po angielsku. Istnieje duża szansa, że pisał je ktoś, dla kogo nie jest to język natywny, więc będzie używał prostych słów. Polskim naukowcom wydaje się natomiast, że jeśli napiszą coś w zbyt prosty sposób, to ludzie pomyślą, że to łatwizna, a oni nie zasłużyli na habilitację.

To logiczne. Przecież dwugodzinne wyprowadzanie wzoru na średnią ważoną brzmi tak mądrze…

Muszę tu dodać, że w napisaniu programu do simpleksów pomógł czas, który na uczelni płynie w dość specyficzny sposób. Prawdopodobnie ma to związek z wpływem dużego zagęszczenia wiedzy na czasoprzestrzeń.
Deadline? A co to?

Tu, w przeciwieństwie do pracy, nie ma czegoś takiego jak deadline. Termin oddania jednego projektu przesunąłem z początku czerwca na połowę października. W tym czasie założenia projektowe zmieniły się jakieś cztery tysiące razy. Wyobrażacie sobie coś takiego w pracy?

"Szefie, nie zrobiłem layoutu, bo musiałem pilnie wyjechać na wakacje. Mogę go oddać gdzieś tak w lipcu?". "Jasne, trochę przesuniemy termin. Tylko wiesz co, zrób tekst Comic Sansem i na czerwono, bo tak właśnie wymyśliłem". Hmmm, a może jednak uczelnia ma coś wspólnego z życiem?