sobota, 25 grudnia 2010

Sosnowiec 2010

Kolejny film ze stani spokoprodukcji ;) Od Biscoito:






nawet mnie parę razy widać ;)

czwartek, 23 grudnia 2010

Święta idą...

Z okazji świąt wszystkim swoim przyjaciołom, uczniom i współpracownikom chciałbym życzyć spędzenia Bożego Narodzenia w ciepłej, rodzinnej atmosferze a Nowy Rok niech zaowocuje spełnieniem postanowień z poprzednich lat ;)

Axe!

poniedziałek, 22 listopada 2010

Jest brąz :)

Nie ma co czekać, trzeba się pochwalić, filmy będą potem :)

20 listopada br na Mistrzostwach Polski w kategorii początkujących (białe pasy) w wadze do 94,3kg udało mi się urwać brązową blachę :) Pierwsza walka jakoś poszła (gilotyna), druga - walkower, trzecia na punkty (chyba 6:0), czwartą przegrałem. Jak na drugie zawody w życiu - moim zdaniem nieźle :)

A poniżej wklejam film z pierwszych zawodów (XII liga bjj w Konstancinie-Jeziorna, chyba 16 października 2010), bo go jeszcze chyba tu nie dawałem :) Przegrałem pierwszą walkę na punkty, ale i tak uznałem start za wielki osobisty sukces :)



Niedługo filmy z MP :)

piątek, 19 listopada 2010

Małe triki ;)

Jak szybko i łatwo przeszukać tablicę stringów na okoliczność istnienia pewnego stringa w JS? Wystarczy zrobić na niej join a następnie sprawdzić czy w powstałym stringu istnieje nasza wartość :)

if(mojaTablica.join("").indexOf("szukanyString") != -1){
alert("Sukces!");
}

Oczywiście nie zawsze się przyda, ale może akurat tym razem ;)

Druga sprawa: na szybko, dziś bawię się JS i Google Maps. Jeżeli chcemy z mapy, z miejsca, w którym właśnie kliknęliśmy wyciągnąć np. nazwę miasta okolicznego (w/g gmaps api v3 - typ administracyjny nr 3 :) ), piszemy:

google.maps.event.addListener(gMap.marker, "click", function(event) {
gMap.setInputs(event.latLng);
gMap.map.setCenter(event.latLng);
gMap.Circle.setCenter(event.latLng);
gMap.geo.geocode({
'location':event.latLng
},function(result,status){
$.each(result[0]["address_components"],function(i,val){
if(val["types"].join("").indexOf("administrative_area_level_3") != -1){
alert(val["long_name"]);
return;
}
});
});
});

Przykład oczywiście niepełny bo wyciągnięty z kontekstu mojego projektu, ale działa, a to najważniejsze :) Przy okazji skorzystałem z tipsa nr 1 :)

Trzeci temat to Firebug. Odkryłem go na nowo. Zwłaszcza, że udostępnia obiekt console, za pomocą którego możemy odwoływać się do konsoli błędów. I w ten oto sposób mamy możliwość prostego debugowania skryptów. Ale nie tylko JS! Drugą możliwością jest doinstalowanie FirePHP i debugujemy sobie również skrypty PHP. Zend udostępnia również klasę Zend_Log_Firebug, dzieki której raporty do Firebuga są proste jak budowa cepa:

Wariant z JS:


A podobny efekt otrzymamy pisząc np. w Zend tak:

$oLog = new Zend_Log(new Zend_Log_Writer_Firebug());
$oLog->log("Baaardzo ważne ;)", Zend_Log::INFO);

Proste jak budowa cepa, przecież mówiłem :)

środa, 3 listopada 2010

Znowu trochę poezji :)



Lubię wrony

W berżeretkach, balladach, canzonach

Bardzo rzadko jest mowa o wronach,

A ja mam taki gust wypaczony,

Że lubię wrony...



Los im dolę zgotował nielekką:

Cienką gałąź i marne poletko,

Czarne toto i w ziemi się dłubie-

-a ja je lubię...



Gdy na polu ze śniegiem wiatr wyje,

Żadna wrona przez chwilę nie kryje,

Że dlatego na zimę zostają,

Że źle fruwają...



Ale wrona, czy młoda, czy stara,

Się do tego dorabiać nie stara

Manifestów ni ideologii-

-i to ją zdobi...



Gdy rozdziawią dziób, wiedzą dokładnie,

Że ich głosy brzmią raczej nieładnie,

Lecz nie wstydzą się i nie tłumaczą,

Że brzydko kraczą...



I myśl w głowach nie świta im dzika,

By krakaniem udawać słowika,

By krakaniem nieść sobie pociechę-

-i to jest w dechę!



Żadna wrona się także nie łudzi,

Że postawi ktoś stracha na ludzi,

Co na wrony i we dnie, i nocą

Czychają z procą...



Wrony fruną z godnością nad rżyskiem,

Jakby dobrze im było z tym wszystkim,

I w tym właśnie zaznacza się wronia

Autoironia.



Nie udają słodyczy nieszczerze,

Mężnie trwają w swym szwarc- charakterze,

Nie składają w komorę zasobną,

Jak więcej dziobną,



Wiedzą, że, mimo wszystkie przemiany

Nie wyrosną na rżysku banany,

Nie zamienią się w kawior pędraki,

Bo układ taki...



W berżeretkach, balladach, canzonach

Bardzo rzadko jest mowa o wronach,

A ja mam taki gust wypaczony,

Że lubię wrony...



Los im dolę zgotował nielekką:

Cienką gałąź i marne poletko,

Czarne toto i w ziemi się dłubie-

-a ja je lubię,

A ja je lubię...

poniedziałek, 1 listopada 2010

Capoeira a świat biznesu

Kilka rad dla młodych przedsiębiorców - na przykładzie Capoeira ;) Bardzo fajny artykuł:

http://bartekpopiel.pl/2010-10-31/rozwoj-osobisty/czego-sport-nauczyl-mnie-o-biznesie/

niedziela, 31 października 2010

Halloween 2010

Przerażające. Naprawdę. A najbardziej to, że jestem lepszy od 3/4 lasek z nk i fejsika razem wziętych ;) Od wtorku, w kiosku pod Twoim domem ;)











sobota, 30 października 2010

Obcy

Wydawało mi sie do tej pory, że Ksenomorf z Obcego to efekt głównie zawdzięczany lalkarzom, mechatronikom czy innym specjalistom no i CGI. A sie okazuje, że jednak nie - Bolaji Badejo odpoczywa pomiędzy kręceniem scen. 2,18 wzrostu musi męczyć ;)

piątek, 29 października 2010

Tefal

Dziś dużo notek nie będzie :) Na razie tylko zdjęcie :P

piątek, 8 października 2010

Telefon na koniec dnia

Nieźle, zadzwonił do mnie jakiś Pan, z marketingu pewnie Asusa i nawiązując do nie znanej mi bliżej rozmowy z przeszłości proponuje do testów w "redakcji" nowego dziecka ichniej firmy. Na dwa tygodnie, w zamian za jakiś przychylny tekst. Chwilowa dyskusja o sprawach sprzętowych, no to podaję olsztyński adres i jeszcze kontrolne pytanie: "czy ja się dodzwoniłem do pana xxx?". Odpowiadam:

- Nie, to pomyłka. Dodzwonił się pan do Grzegorza Kaszuby
- A dla jakiej redakcji Pan pracuje?
- Na własny rozrachunek.
- ???
- Prowadzę bloga technologicznego.
- Aaa, rozumiem. Wszystko jasne. W takim razie do usłyszenia!

No to czekam na tablet od Asusa :D

Badoo to gówno

Już dawno nie widziałem tak agresywnego marketingu, jak na społecznościówce "badoo". Wpierw namawia Cię do rejestracji, bo ktoś nieopatrznie udostępnił swoje kontakty, w których był Twój adres email. Po rejestracji jednak dopiero się zaczęło: WYPEŁNIJ PROFIL, DODAJ ZDJĘCIE, 3000 OSÓB CHCE CIĘ POZNAĆ. Jakby tego było mało - żeby uspokoić natarczywość strony uzupełniłem swoje dane ;)) - zaraz zacząłem dostawać kuksańce i "Agata chce Cię poznać". W ilościach średnio 2-3 dziennie. Do tego funkcje typu "lodołamacz". Kurde, gdybym chciał zdobywać przyjaźnie w takich pornograficznych ilościach (i o podobnej jakości), to bym poszedł do burdelu. I niestety tak mi się już badoo kojarzy - nachalny szit. Każda akcja jest poprzedzana mailem. Filtr na gmail na szczęście działa dość skutecznie ;) Antywzorzec podejścia do użytkownika! (a myślałem, że powiadomienia z nk.pl to już szczyt).

PayPal blokuje konta za opensource ;)

Przypadkiem doczytałem się na stronie Tortoise SVN, że zablokowali facetowi konto za to, iż przyjmował na nie dotacje za pisanie darmowego, całkiem niezłego narzędzia. To jeszcze nic, na tym samym systemie opiera się cały SourceForge, który już teraz przestrzega przed problemami z PayPal. Ciekawe jaki interes ma PP w blokowaniu tych kont (i dostępu do kasy znajdującej się na nich)...

poniedziałek, 4 października 2010

niedziela, 3 października 2010

O kobietach - za wykopem

Ewolucja moich przekonań na temat kobiet następowała stopniowo, chociaż zdaniem wielu Pań które znają te poglądy, nie wyszła poza neandertalczyka, a niektóre bardziej śmiałe i większe masą Panie napomykają nawet o mezozoiku w którym to pierwotne algi miały większą wrażliwość i głębię zrozumienia niż szanownych Państwa uniżony sługa, mający przyjemność i zaszczyt zaprosić do lektury niniejszego artykułu w którym odkrywam swoje zawsze skryte całunem nieśmiałości wnętrze, i wbrew radom Jezusa rzucam perły przed Państwa pucołowate, chrumkające oblicza...

Fakty...



Zróbmy na początek pewne założenie, opierajace się na statystyce i co stwierdzam z głębokim żalem, na generalizowaniu czego nie jestem w stanie uniknąć biorąc pod uwagę poddane mojej analizie trzy miliardy pięknych obiektów... Ładne i atrakcyjne dziewczyny jeśli już nie są „upolowane” to są oblegane przez tłumy adoratorów. Każdy z nas widział zaczepiane na ulicy atrakcyjne kobiety, na dyskotekach, w kościele wszyscy Panowie ignorując nosowe powarkiwania, ostrzegawcze sapania, pochrumkiwania i wściekłe, nienawistne spojrzenia legalnych małżonek pożerają wzrokiem rozmodloną blond nastolatkę w szpilkach, czarnych siatkowanych rajstopach i mini pokornie klęczącą i przyjmującą do swych wymalowanych, kształtnych warg ciało naszego Pana z drżących jak w febrze dłoni młodego, rozpalonego jak piec martenowski księdza. Bezwzględne polowania odbywają się także na naszych oczach także w sklepach, nawet w warzywniaku można próbować swoich sił w szczytnym i Bożym dziele przedłużania gatunku, w bibliotekach, ba! W bibliotece nawet ja, nieśmiały i tylko ciut przystojniejszy od diabła facet atakowałem z zaskoczenia ładne dziewczyny udając eksperta z dziedziny którą zainteresowany był mój cycaty cel, niestety bez większych sukcesów. Zaczytane w romansach dziewczyny poszukiwały adonisa którego, tak się nieszczęśliwie złożyło, nie przypominam.


Panie mniej atrakcyjne wizualnie cieszą się ku swemu wielkiemu ubolewaniu (i wielkiej radości wszelakiej maści sklepów oferujących peelingi, maście, kremy na cellulit i szereg innych) mniejszą atencją ze strony Panów, a pragną tak jak niemal ich wszystkie koleżanki założyć rodzinę, czyli poznać faceta, najlepiej szalonego ale spokojnego, zapracowanego ale mającego czas, bogatego i nie skąpego, wysokiego, przystojnego i ambitnego z inicjatywą. Idealny byłby taki na przykład, upajający się władzą i zamiast premii corocznym uściskiem spoconej i napuchniętej dłoni prezesa z połyskującym złotym sygnetem, kierownik w tesco krótko trzymający 60 letnie kobiety pracujące na kasie za 800pln. Idealny produkt kobiecej wyobraźni w szarym firmowym garniturze ruszający służbową, okratkowaną szarą octavią combi z piskiem opon żeby pokazać się na weekendzie w swojej rodzinnej wiosce mame i tate którzy z zapałem szykują syneczkowi paczki ze świeżo ubitym, poćwiartowanym świniakiem i cebulę, a także oszalałym z żądzy wielkiego miasta wszelakim Jagnom i Bognom które całe życie oczy wypatrują za takim kawalerem który osiągnął sukces w „warszafce”. A w drodze do domu obserwowany świat przez brudną, przednią szybę (szkoda marnować płynu) na lusterku na którym kiwa się monotonnie koralik z Panem Jezusem kupiony na odpuście (kapiszony gratis) i szybkie hamowanie przy kruczookiej, smagłolicej Rumunce świadczącej usługi z szeroko pojętej branży rozrywkowej, na której widok nasz ideał chwacko podkręca sumiastego wąsa, zwilża nerwowo jezykiem wąskie, mocno zaciśnięte usta, i puszcza co chwilę jego zdaniem podniecające oczko którym chce negocjować cenę usługi. Po targach za zaoszczędzone pieniądze kupi kwiatki swojej narzeczonej, i wino które wypiją gdy już narobią kotletów wieprzowych z dziwnie pachnącego mięsa którym wypchany jest bagażnik służbowej octavii. Humor dopisuje naszemu Don Juanowi, a złośliwy uśmiech kwitnie na jego pucołowatej twarzy gdy sobie pomyśli że dzieki swojemu wrodzonemu urokowi kierownika dostał 50% rabatu. Dostał także coś jeszcze, ale o tym dowie się dopiero za jakiś czas...



Panie ładne i naprawdę pożądane przez mężczyzn rzadko odwiedzają portale randkowe z bardzo prostego powodu, mają tak dużo niemoralnych propozycji w życiu realnym że nie potrzebują do tego celu internetu, częściej już bywają na czatach z opcją kamerki by móc sie pokazać innym, rozkoszować uwielbieniem i żądzą mężczyzn, oraz oczywiście największa życiowa przyjemność, odmawianie facetom co mocno podnosi samoocenę i samopoczucie. W obu tych usługach internetowych jako nowoczesny mężczyzna, mobilny w miłości i elegancki w słownictwie dość dobrze się orientuję, możnaby powiedzieć że czuję się jak ryba w wodzie – nie zaprzeczę. Nie da się przez kilka lat ciągłej bytności na portalach randkowych nie zauważyć kilku, kilkunastu cech które charakteryzują wszystkie kobiety bez wyjątku, i o tych właśnie obserwacjach chciałbym napisać.


Co mnie rani...




Jak szanowni Państwo widzę, nie napisałem co mnie denerwuje, ani co mnie drażni - napisałem co mnie rani, ponieważ jak każdy zdrowy mężczyzna chciałbym poznać miłą dziewczynę, zakochać się, może coś więcej? Jednak dla faceta ze ściśle określonymi zasadami w życiu nie jest to takie proste, i po wielu latach miłosnej tułaczki przez kamieniste bezdroża ziemi, tej ziemi, nie potrafię oprzeć się wrażeniu że jestem zraniony, oszukany przez kobiety ale nie osobiście bo tu od lat naturalny instynkt ocalił mnie przed dotkliwymi stratami finansowymi (kilka tysięcy w porównaniu do tego co mogłem wtopić to pestka) społecznymi i przejęciem mieszkania na co miały ochotę „kochające” mnie Panie, ale przez to jakie są, jaka jest ich natura wykształcona i oszlifowana przez dzisiejszą cywilizację. Nie wybielam tu mężczyzn w ogólności, gdyż statystyka moim zdaniem wskazuje że ludzi aspołecznych i zwyczajnie głupich jest tyle samo niezależnie od płci, a piszę o Paniach jedynie dlatego że Panowie bracia samcy mnie nie interesują, a Panie już bardzo mnie nie tylko interesują, ale i fascynują, co widać, słychać i przede wszystkim - czuć.


Trochę miodu przed chłostą...




Życie bez kobiet jest koszmarne, i tak jak wiosenne słońce w spowitych blaknącą zielenią koronach drzew ociepla nasze mające tu i ówdzie nadwyżki kaloryczne ciała, tak Panie są słońcem naszego istnienia, wokół którego męskie planety orbitują drżąc z pragnień tak niemoralnych i grzesznych, że nie chcę kalać szkarłatem zgorszenia Państwa oczu je opisując... Parafrazując reklamę Ja sprite Ty pragnienie, można śmiało powiedzieć” mężczyzna rekin, kobieta ocean. Panie oświetlają naszą męską, ponurą, skąpaną w mroku dzikości i pełną naturalnej żądzy walki i agresji codzienność, są wesoło trzaskającym ogniskiem przy którym można ogrzać się w chłodny, zimny i zasłany jesiennymi liścmi przemijania samotny poranek, zasmakować rozkosznego ukojenia i orzeźwiającej jedności której jako przekrojona tępym nożem Satanistycznego rozwodu połówka pomarańczy, tak bardzo łakniemy.

W starym testamencie pisze: Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże. W moim artykule będzie trochę inaczej, ale w podobnym, bardzo podobnym tonie: Jak żarłok pragnie snickersa, tak dusza moja łaknie miłości poczęcia. I nawet do rymu mi się udało...


Ale o co w ogóle chodzi?



Piszę to wszystko jako mężczyzna który może w swoim 32 letnim życiu zdefiniować się jako uczciwy, honorowy, i nie jest to reklama mojej osoby a stwierdzenie faktów. Jestem ze swojej uczciwości tak bardzo dumny, że stanowi to wystarczającą i bardzo hojną nagrodę dla mnie za wszystkie niedogodności których z tego powodu doznałem, chociaż jeśli mam być z Państwem szczery, zyski na pewno przewyższyły ewentualne straty, uczciwość popłaca chociaż czasami widzimy to nie od razu a za jakiś dłuższy czas. Takich facetów jak ja, żyjących uczciwie i chcących od życia coś więcej niż powszechne marzenia o dzieciach i dobrej pracy jako sensie życia jest naprawdę sporo, i mają takie same problemy przed którymi stanąłem i ja. Na razie doszedłem do konkluzji że życie mężczyzny którego interesuje coś więcej niż codzienna egzystencja, mężczyzny który chce poznać sens życia, poczuć transcendencję, mistycyzm i magię istnienia, jest stworzone do samotności. Mimo wszystko mam nadzieję że zmienię swoje zdanie, gdyż życie jest jak rzeka, jest ciągłą zmianą. Chcę się mylić, i będzie moim wielkim szczęściem jeśli się pomylę, trzymam kciuki żebym się wreszcie pomylił. Chociaż mawiają że nadzieja jest matką głupich... ale co ludzie niby wiedzą że mam ich słuchać? I tu chciałbym wtrącić słówko wyjaśnienia. Od kilku lat promuję ideę faceta nowoczesnego, który idzie wraz z duchem czasu a jednocześnie nie rezygnuje z duchowej mądrości którą zgromadziła ludzkość. Mężczyzna interesujący się duchowością kojarzy się w odbiorze społecznym z długowłosym, pryszczatym brudasem, oszołomem który swoje nieudacznictwo życiowe tłumaczy tym że był w poprzednim życiu Faraonem a teraz odpokutowuje złą karmę wykładając towar w tesco na półkach. Nie ma to nic wspólnego z tym co ja proponuję. Polecam moim czytelnikom wszechstronny rozwój intelektualny, rozwijanie wrażliwości na sztukę, muzykę, piękno świata przyrody, a jednocześnie bardzo naciskam na osiąganie sukcesu w świecie realnym, gdyż tylko człowiek bogaty może stwierdzić że pieniądze nie dają szczęścia. Biedny będzie tylko się domyślał a to znacznie za mało żeby uwiarygodnić gadanie „pieniądze szczęścia nie dają”, a gdy będzie miał pieniądze zwariuje od nadmiaru i przepuści wszystko na prostytutki i szalone imprezy z białym jak śnieg, małym coś niecoś w nosku. Wszystkie te sprawy opisuję na swojej stronie, www.ecoego.pl. Popieram też i promuję sport, a dla swoich czytelników i przyjaciół ze względu na uwarunkowania mężczyzny i jego osobowości, polecam boks. Medytacja, podbijanie własnej samooceny by nie szukać dowartościowania u ludzi którzy mogą nam je dać albo i nie, szukanie w sobie prawdy, cieszenie się życiem, sztuka, taniec, seks i boks. Jest to duchowość dopasowana do naszych czasów i potrzeb, a nie relikt przeszłości który był przystosowany do zupełnie innych warunków technologicznych i społecznych. Całą tą ideę nazwałem skrótem EE od ecoego, czyli ekologicznie egoistyczna postawa wobec życia. W planach mam ho ho, czego to ja nie mam... marka EE będzie znana, kiedyś, obiecuję to Państwu. Ale przejdźmy do najbardziej pożądanej częsci artykułu.


7 grzechów głównych kobiety...




Grzeech 1. Obłuda i hipokryzja.

Gdy przeczytasz profile kobiece na portalach randkowych, zauważysz że 95% Pań chętnie pisze w dziale „czego nie lubisz” i właśnie najbardziej nie lubi, nomen omen - właśnie obłudy i hipokryzji. Jest to dla mnie już nawet nie śmieszne, nawet biorąc pod uwagę że wszystkie Panie to piszą i pokazuje to kompletny brak oryginalności, ale i straszne a nawet groteskowe gdyż jak życie pokazuje obłuda i hipokryzja to głównie domena Pań. Przykłady? Doprowadzone do perfekcji udawanie przed innymi kobietami że się ma dobre małżeństwo, albo gdy kobieta lubuje się i dobrze czuje w roli ofiary, demonizowanie tegoż małżeństwa i małżonka, brak mówienia o tym co się czuje mężowi i chłopakowi, a potem obrażanie się że się nie domyślił, wręcz domaganie się żeby facet czytał w myślach. Udawanie że nic się nie dzieje gdy facet źle robi, bije, molestuje czy wręcz gwałci dziecko i chowanie głowy w piasek, oficjalnie dla dobra rodziny, a tak na prawdę żeby sąsiedzi i rodzina nie gadali. Im wiecej masz związków z kobietami, tym więcej dostrzegasz mądrości w twierdzeniu że to złodziej najgłośniej krzyczy „łapaj złodzieja”. Każda kobieta Ci powie że pieniądze się nie liczą, ale z czasem szybko zrozumiesz że to był taki żart z jej strony, gdyż ciągłe wrzaski, utyskiwania i porównywanie Cię do męża sąsiadki mają podłoże finansowe. Gdy zostajesz wymieniony na nowy model słyszysz że byłeś niedojrzały emocjonalnie, nie dorosłeś, nie dojrzałeś, jesteś dużym dzieckiem. Gdy logicznie punktujesz nonsensy tych „argumentów” możesz liczyć się z wyzwiskami wśród których prym wiodą popapraniec i odwieczne kobiece „żal mi Cię” i „współczuję Ci. No cóż, jesteś już niepotrzebny i nie trzeba nic udawać, a nowy facet czeka, po co więc zachowywać pozory? Jak mawiają, kobieta jest jak małpa, nie puści się gałęzi dopóki nie trzyma dobrze w garści drugiej. Wtedy właśnie zrozumiesz znaczenie słowa „obłuda” w całej jego krasie. I nie spodoba Ci się to zrozumienie. A jak nazwać zachowanie mężatek które szukają na boku sensacji, i poszukują zrozumienia, uczciwości, szczerości? Jak można zdradzać męża któremu przysięgało się wierność i żądać uczciwości od kochanka, który też zdradza żonę i tyle ma wspólnego z uczciwością co z ja dietą bezcukrową? Niektóre Panie są na tyle obłudne że jej żądają, a gdy jej nie dostają zaczyna się wojna na wyniszczenie.



Grzech 2. Hobby Pań.

Kobiety w większości egzystują bez pasji, co gwarantuje mężczyźnie który wybierze taką Panią że będzie miał złamane życie. Ile można razem siedzieć w domu i patrzeć w telewizor? Brak pasji u kobiety zawsze powoduje wyszukiwanie emocji które zabiją nudę, pojawiają się więc konflikty z teściową, małżonkiem, rodziną czy znajomymi. Wyszukiwanie problemów to ochrona przed straszliwą nudą która jest nieludzką torturą. A co zrobisz na emeryturze gdy dzieci odejda na swoje? Czym się zajmie kobieta która nie ma pasji ani zainteresowań? Ano Tobą, spisuj testament. Najczęściej wymieniane hobby Pań to podróże czyli leżenie plackiem i nic nie robienie na plaży w Tunezji czy Egipcie, obserwowanie z wypiekami na twarzy i gwałtownym nadciśnieniem jak wyposzczony Arab wyznaje miłość, przy czym następuje gwałtowne wciąganie rozdętego od katrofli i kotletów wieprzowych brzucha by wydać się atrakcyjniejszą, co i tak nie ma żadnego znaczenia dla naszego amanta który obrabia ogródki w wieku do 90 lat włącznie, i liczy się tylko to by była wagina. Oczywiście kolejne hobby to książki które mają wskazywać na wysoki poziom rozwoju intelektualnego, czyli romanse gdzie można pomarzyć o tym że multimilioner zakochuje się w naszej intelektualistce, obsypuje klejnotami a koleżanki pękają z zazdrości jak nadmuchane słomką zielone żaby. Oglądanie filmów to oczywiście Argentyńskie mega tasiemce i komedie romantyczne, czasem jakiś skomplikowany psychologiczny film gdzie nikt nie rozumie o co chodzi, ale można powiedzieć że się było.



Grzech 3. Twoje hobby.

I tu pojawia się problem. Większość Pań egzystuje na prymitywnym poziomie emocjonalnym, można śmiało powiedzieć – zwierzęcym, więc Twoje hobby czyli czas który spędzasz przyjemnie bez niej, jest traktowany przez nią jako zagrożenie jej pozycji w związku. Niszczy więc i wyśmiewa Twoje pasje w bezwględny sposób, podając Ci przeważnie jako powód że hobby nie przynosi zysku, a przyjemność jest traktowana jako fanaberia niedojrzałego emocjonalnie gówniarza. Gdy próbujesz zarazić swoje dziecko pasją by rozwijać jego wyobraźnię, jest to także bez litości atakowane. Współczuję z całego serca braciom samcom którzy mają dzieci z tak ograniczonymi kobietami, które nie rozumieją że pasja rozszerza horyzonty i wyobraźnię (wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza, Albert Einstein) co przekłada się na pieniądze i na rozwój świata w każdej możliwej płaszczyźnie. Ale jak kobiecy umysł może to zrozumieć że fantazja w dłuższej perspektywie zawsze da więcej pieniędzy niż kopanie rowów za dniówkę? Nie może. Dlatego za przykład będziesz miał zawsze stawianego szwagra czy jakiegoś innego „poważnego i dojrzałego emocjonalnie” mężczyznę który całymi dniami „poswięca się dla rodziny” pijąc piwo i pierdząc przed telewizorem, nie rujnując finansowo rodziny na jakieś zainteresowania tylko na zrozumiałą i „normalną” wódeczke i piwko z papieroskiem pod flaki z bigosem po którym cała rodzina w zimę otwiera okna bo gdy normalny Pan domu śpi i chrapie zmożony alkoholowym snem, jego jelita wręcz przeciwnie, wzbogacają nasze biedne państwo o tak deficytowy metan. Oto ideał męskości, prawdziwy mężczyzna dla którego czytanie ksiażek to gówniarstwo, medytacja to choroba psychiczna, poezja i sztuka to domena pedał ów, a sklejanie modeli samolotów czy statków, budowa od zera kolejki razem z synem to oczywisty objaw głupoty. Oto prawdziwy facet, a nie popapraniec jak Ty, emocjonalnie niedojrzały gówniarz który niszczy swoją rodzinę tym że ma swoje zainteresowania które dają mu przyjemność. Posłuchaj „mądrości” swojej kobiety i zrób sobie lobotomię, wtedy dorównasz prawdziwemu mężczyźnie prawdziwej kobiety i staniesz się jak opiewany przez Twoją kobietę szwagier. Przemiana wprawdzie się jej nie spodoba, jak wszystko w życiu, ale jako odmieniony „na lepsze” „nowy” mężczyzna załatwisz to metodą a'la szwagier, kilka ciosów pieścią w wymalowaną i wiecznie skrzywioną z niezadowolenia twarz zmieni całkowicie jej negatywne nastawienie, i zapobiegnie narzekaniom skuteczniej niż relanium retard.




Grzech 4. Brak oryginalności.

Opisy na randkach moich ukochanych Pań są wszystkie prawie takie same. Jestem jaka jestem, szalona i zwariowana, Bóg mnie stworzył a Szatan opętał... w zasadzie inne opisy to rzadkość. Ale co oznacza brak oryginalności? Nie tylko brak pomysłowości i inteligencji, własnego zdania i inicjatywy, ale także coś znacznie gorszego. Taka kobieta będzie brała pomysły na życie nie ze swoich przemyśleń, ale z przemyśleń rodziny, koleżanek, osób które są dla niej autorytetami, a żeby być dla takiej osoby autorytetem naprawdę niewiele potrzeba. Jak to działa? Gdy koleżanka która jest autorytetem powie w pracy Twej małżonce że ją bijesz, ta stworzy sobie w umyśle tą scenę i co wydaje się niewiarygodne, powoli zacznie w nią wierzyć, a Ty pójdziesz do wiezienia gdzie poznasz uroki męskiej miłości, gdyż kobiety zawsze wtedy zmyślają że dziecko też było Twoją ofiarą, a tego chłopaki spod celi Ci nie wybaczą. S/F? Przykro mi ale statystyki wykrywalności takich przestępstw nie kłamią. To nie tylko Twoje często zniszczone czy stracone w ogniu niestabilności emocjonalnej Twojej ukochanej życie, ale często także ruina finansowa, więzienie albo w efekcie samobójstwo gdy już nie możesz wytrzymać. Mój opis to oczywiście ekstremum, ale zdarza się częściej niż wygrana w totka w którą tak namiętnie wierzą miliony ludzi, więc trzeba to koniecznie wziąść pod uwagę. Czemu tak się dzieje? Wszędzie w naturze jak i skupiskach ludzi istnieje dominacja i uległość, ktoś zawsze dominuje, i ktoś zawsze jest uległy. Te dwa tryby funckjonowania przejawiają się w postaci zależności służbowej, umysłowej, fizjologicznej, w miły ale także prostacki sposób, zależnie od kultury dominanta. W biurze gdzie pracuje Twoja kobieta jest kilka Pań, ta najładniejsza (albo brzydka gruba czy stara) i mająca najsilniejszą osobowość wywiera wpływ na swoje koleżanki wręcz hipnotyczny. Gdy wyczuje sama lub z innymi koleżankami że facet koleżanki jest ok, czyli podkopujący jej pozycję albo też przeciwstawiający się jej przekonaniom „każdy facet = świnia” zaatakuje w kobiecy sposób wmawiając koleżance że ma złego męża i podkreślając (kłamliwie) zalety swojego męża czy innych, wymyślonych przez siebie ideałów wziętych jako żywo z telenoweli Brazylijskich. Kropla wody w końcu skruszy nawet skałę... Kobieta bez charakteru poddana takiemu praniu mózgu z czasem uwierzy w to i zniszczy swój związek, ku uciesze koleżanek z pracy. Gdy zostanie sama, o wszystko obwini, jakże by inaczej, małżonka.



Grzech 5. Seksualne Waterloo.

Seks gdy jeszcze nie jesteście małżeństwem jest traktowany jako marchewka, a gdy brak decyzji o ślubie jako kij byś zdecydował się „co jest dla Ciebie ważne”. Po urodzeniu dziecka gdy samiec odbębnił swoje i zagrał rolę reproduktora, jego rola sprowadza się do przynoszenia pieniędzy. Seks? A po co? „Miś! Boli mnie głowa! Musiałam dziś upiec pizzę i zamieść podłogę, a Ty się 12h byczysz w pracy w hurtowni, i jeszcze chcesz seksu i obiadu? Jaka bezczelność!” albo „seks to nie wszystko!” czy też porównywanie mężczyzny pragnącego intymnej bliskości z żoną po ciężkiej pracy, do perwersyjnego zboczeńca i zwierzęcia które nie umie opanować swoich męskich chuci Oczywiście gdy nie przyniesiesz pensji to niszczysz rodzinę. Gdy Twoja największa potrzeba fizjologiczna nie jest spełniania kilka lat, wszystko jest w porządku. Ty się masz poświęcić, żona niekoniecznie. Często jest tak że żona oszołomiona serialami w telewizji karze męża brakiem seksu za brak dobrego auta czy luksusowego mieszkania, albo chociażby za to że nie jest jak jej ulubiony... Rafał Mroczek albo dla odmiany, romantyczny i dojrzały emocjonalnie Rysiek z klanu. Próba sensownej rozmowy w której prosisz o szacunek dla Ciebie i Twojej pracy kończy się zawsze płaczem i oskarżaniem męża o zniszczenie życia jej i dziecku, bo przecież niemowlak do szczęścia koniecznie musi mieć mamę w futrze z karakułów, która wsiada przed skurczonymi z zazdrości oczyma sąsiadek do passata nówka igła z Niemiec od dziadka Helmuta który jeździł nim tylko do kościoła w niedzielę, inaczej będzie miał nieszczęśliwe dzieciństwo, a krzyki i wrzaski rozhisteryzowanej mamusi nie mają żadnego wpływu na przerażone rykami głodnej sukcesu i pieniędzy samicy dziecko. Ot, kobieca logika.



Grzech 6. Brak wiedzy o sobie.

Nadmienię że porażający brak. Przeciętna kura domowa wie wszystko o diecie Dukana gdzie może opychać się bez wyrzutów sumienia do woli kurczaczkami, niestety nie wie zgoła nic o sobie, swoich reakcjach, swoim umyśle a przecież to ze sobą jest tak naprawdę całe życie, a nie z facetami o których czyta całe życie z wypiekami na twarzy poradniki „jak zmanipulować mężczyznę by jadł Ci z ręki” czy „Mężczyźni są z marsa a kobiety z wenus”. Brak wiedzy o sobie przekłada się bezpośrednio na śmieszne oczekiwania – kobieta oczekuje że związek z mężczyzną i dzieci dadzą jej szczęście. Niestety, dają ale tylko w komediach romantycznych. Podświadomość i ego człowieka zostało już całkiem nieźle opisane i dość dużo ludzkość wie o tym fenomenie który mamy w sobie na co dzień, ba! My nim jesteśmy w jakiejś większej czy mniejszej części. Nauka ta twierdzi, co można łatwo samemu sprawdzić, że ego jest zawsze nieszczęśliwe ponieważ ciągle czegoś pragnie. Ego narkomana pragnie coś niecoś w żyłę, ego aktorki pożąda uwielbienia tłumów, ego frustrata pożąda docenienia, ego lękliwego człowieka pożąda odwagi, ego biedaka pożąda pieniędzy a ego bogatego gdy wreszcie przestaje myśleć o pieniądzach zauważa że się starzeje i zaczyna pożądać nieśmiertelności. Co byś nie zrobił, zawsze będziesz pragnąć i pożądać, a to rodzi w Tobie niepokój, wewnętrzny chaos. Ile to już razy czegoś pragnąłeś tak bardzo że byłeś w stanie za to zabić? Zdobyłeś to i co? Chwila podniecenia, i zaraz zaczyna się od nowa pragnienie czegoś jeszcze lepszego, większego, droższego. Na tym własnie bazują gry komputerowe, tysiące ulepszeń bohatera czy świata gry, niekończąca sie fala ulepszeń i modyfikacji, a jako wielbiciel strategii HoI2 znam to aż za dobrze. Jednak żadna z nich nie daje nic oprócz chwilowej satysfakcji. Dla ego nie ma żadnego, podkreślam – żadnego znaczenia czy pragniesz związku i dzieci, Boga czy nowego telewizora. Dla Twojego ego jest to tylko i wyłącznie pragnienie. Najpierw pragniesz ślubu, ma sprawić że będziesz w raju, nie dał. Potem dzieci, i znowu miriady pragnień na każdym etapie życia dziecka i planowanie przyszłości. W końcu przychodzi taka chwila że przyszłości już nie ma, tylko przeszłość – i co osiągnęliśmy? Nic, nasze życie to ciąg niekończących się pragnień, coraz większych i coraz bardziej niezaspokojonych. Coś gdzieś zgubiliśmy...

I ta właśnie wiedza pozwala nam spojrzeć z trochę innej perspektywy na nasze pragnienia, wyjść poza nie. Oczywiscie, spełnianie pragnień jest ważne i przyjemne, ale trzeba wiedzieć że nie dadzą nam szczęścia. Jeśli wierzysz że Ci dadzą, mylisz się, i to sromotnie. Gdy żenisz się wiedząc że nie da Ci to szczęścia a pogłębi wasz związek i intymność, nie masz kosmicznych oczekiwań, nie oczekujesz raju. I żyjecie miło, przyjemnie. Gdy nie znasz nauki o ego, oczekujesz cudu, rozkoszy na którą nabierają Cię obłudnie rozczarowane mężatki chcące Ci dogryźć że one mają męża a Ty nie, a tej nie będzie, będzie za to rozczarowanie i obwinianie partnera o porażkę. Z czasem przyjdzie odraza i nienawiść do niego. A miało być tak przyjemnie... Winny nie jest Twój partner, tylko Twój brak wiedzy o sobie samej. Nie chciałaś się tego uczyć, więc ponosisz tego konsekwencje o które obwinisz innych, no cóż, Twoje życie miało być komedią romantyczną w kolorze różowym, a stało się takim samym, śmierdzącym bagienkiem niespełnionych nadziei, łez rozpaczy i nienawiści że ktoś Ci nie dał szczęścia. Nie twierdzę „uwierzcie mi” no bo z jakiej racji macie mi wierzyć, może jestem oszustem, któż to wie? Sprawdzcie sami, pomyślcie o tym co napisałem, odnieście to do swojego życia a zobaczycie że to wszystko trzyma się kupy, prawda? Jasne że prawda. Do takich samych wniosków ludzkość dochodzi od tysięcy lat, nic w zasadzie się nie zmienia oprócz technologii, człowiek i jego zasada działa pozostała taka sama.



Grzech 7. Bierzesz, nic nie dając w zamian.

To nie tylko smutna domena naszych czasów jak lamentują wiecznie zatroskane o kondycję ludzkości i własne portfele moralne autorytety, to odwieczna domena człowieka który liczy na to że w otaczającym go świecie, jakiś przedmiot albo człowiek czy organizacja taka jak religia, kościół czy państwo da mu szczęście. Dopóki wierzysz że meżczyzna da Ci szczęście, dopóty będziesz traktować mężczyznę jako strzykawkę z narkotykiem, i będziesz świrować gdy jej zabraknie, a zanim zabraknie będziesz się bać zeby nie odeszła, żeby nie odeszłą przyjemność, więc będziesz zazdrosna, będziesz robiła z siebie potworka żeby zatrzymać przy sobie źródło miłych bodźców, co to ma wspólnego ze szczęściem i miłością? Problem polega na tym że mężczyzna też szuka szczęścia w Tobie, wskutek czego mamy dwie egoistyczne osoby które chcą brać, a nikt nie chce dawać, bo co ma dać skoro nie ma miłości? Gdyby ją miał, nie szukałby w Tobie. Oboje jej nie macie, oboje chcecie ją sobie wyrwać, traktujecie się w istocie instrumentalnie po czym kończycie jako śmiertelni wrogowie, jeśli was na to stać, bo większości małżeństw w Polsce nie stać na rozwód, więc mieszkają w jednym mieszkaniu i sobie dogryzają, wypominają wszystko z czasów gdy tak wspaniale się kochali i rozumieli. Panie celują w mówieniu w jesieni życia że mąż zniszczył jej życie, i ma na myśli stracony czas który mogła poświęcić na życie z kimś innym, chociażby z jakimś szejkiem naftowym czy multimilionerem, i nieważne że nigdy takiego na własne oczy nawet nie widziała, ważne że wyobraża to sobie i już czuje żal za straconym życiem w luksusie. Kobiety mają szczególny dar do wymyślania sobie różnych usprawiedliwień, szczególnie gdy chodzi o zdradę czy inne oszustwo, głowie już mają gotowy scenariusz który tłumaczy je – zdradziłam bo... bo musiałam, przez męża, to jego wina! Z innym facetem byłoby dokładnie tak samo, dlatego że żebrak z żebrakiem nigdy się nie dogadają a z czasem zawsze pokłócą gdyż chcą coś od siebie wyłudzić, a oboje są emocjonalnie goli jak święty turecki. Żeby coś dać, trzeba to mieć, w sobie. Wchodzisz w związek i myślisz że kochasz mężczyznę, ale nie o to wcale chodzi gdyż takie uczucie szybko przemija.

Jeśli masz w sobie akceptację dla siebie, szacunek do swojej osoby, to już coś realnie masz, i możesz się tym dzielić. Gdy jesteś nerwową, wychowaną na serialach kobietą która z rumieńcami na wypudrowanej twarzy oczekuje na wielką miłość , to jesteś żebraczką która chce cos wyłudzić, ukraść i nic więcej. Nie masz, i chcesz mieć. Ale nawet jeśli ktoś Ci da miłość, to czy sama nie kochając się przyjmiesz ten dar? Jak możesz uwierzyć w to że ktoś Cię kocha, skoro sama ze sobą jesteś 24h na dobę i się nie kochasz? Nie uwierzysz, nie ma innej możliwości.

sobota, 2 października 2010

Szybka notka



A z dodatkowych fajnych info:

Robimy w netbeans sobie klasę PHP:

 A następnie wciskamy ALT + INSERT. Naszym oczom pojawia się menu:

 Wybieramy sobie "Getter and Setter...", pojawia się z kolei okienko, w którym wybieramy interesujące nas atrybuty klasy:


A na koniec otrzymujemy następujący kod:


Oczywiście można się pobawić z magicznymi metodami __set i __get klasy, ale nie zawsze to rozwiązanie jest optymalne. Małe, a cieszy :)

niedziela, 26 września 2010

To już drugi wiersz...

Miejcie nadzieję
Asnyk Adam



 Miejcie nadzieję!... Nie tę lichą, marną 

Co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera, 

Lecz tę niezłomną, która tkwi jak ziarno 

Przyszłych poświęceń w duszy bohatera. 



Miejcie odwagę!... Nie tę jednodniową, 

Co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska, 

Lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową 

Nie da się zepchnąć ze swego stanowiska.



Miejcie odwagę... Nie tę tchnącą szałem, 

która na oślep leci bez oręża, 

Lecz tę, co sama niezdobytym wałem 

Przeciwne losy stałością zwycięża. 



Przestańmy własną pieścić się boleścią, 

Przestańmy ciągłym lamentem się poić: 

Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią, 

Mężom przystało w milczeniu się zbroić... 


Lecz nie przestajmy czcić świętości swoje 

I przechowywać ideałów czystość; 

Do nas należy dać im moc i zbroję, 

By z kraju marzeń przeszły w rzeczywistość


Jednak człowiek musi mieć parę lat i trochę przeżyć, żeby do niego trafiło. "Przecież znam to z ogólniaka!" - wielką krzywdę robią, pakując to młodym i głupim, którzy najzwyczajniej nie spróbują zrozumieć. A tyle pięknych słów stracą potem... :)

* drugi wiersz to Przesłanie Pana Cogito ;)

sobota, 25 września 2010

Leniwa sobota

Korzystając z chwili wolnej przysiadłem nad VMWare i bawię się w wirtualizację na moim nowym komputerku ;) Zabawa przednia, zrezygnowałem z Virtual PC 2007, bo nie emulował mi procesora 64 bitowego, tryb wirtualizacji w Windows 7 jest jakoś dla mnie nie do ogarnięcia, więc zabrałem się właśnie za VMW. Na pierwszy ogień poszedł Ubuntu 10.04, zobaczymy jak się bedzie sprawować, chociaż początek kiepski - nie chce się zabootować, bo w nieskończoność instaluje jakieś pierdoły dla samego VMW.

Jak już ruszy to planuję pobawić się z Rubym oraz sprobuje skompilowac sobie źródła dla Androida i ChromeOsa.

Beata poszła dziś do szkoły, więc zostałem od rana z Niną sam. Poszliśmy sobie na spacer do Parku Linowego w Dolinie Jakubowskiej - super to wygląda. Kiedyś w Kompasie bawiłem się nieco z alpinistami i sądziłem, że Park mnie niczym nie zaskoczy - myliłem się. Przede wszystkim ogromna powierzchnia (tyrolki po 100 metrów, kilka tras o różnym stopniu wysokości i trudności), dużo sprzętu, dużo instruktorów (i fajnych instruktorek opiętych uprzężami ;)). Następnym razem obiecuję zdjęcia.

Teraz jedynie załączam film z zabaw z Ninką ;)





Dzisiaj trening i pokaz w Hotel Parku. Oby tylko ludzi było dość i na poziomie nam to wyszło...

Dzisiaj byłem świadkiem mega scenki. Dwóch emo i nastolatka, chyba najbardziej męska z tej trójki. Chłopaki wyglądali jak zapałki ubrane w obcisłe dżinsy i przewiewne koszule... Na gimnastycznych poręczach w parku próbowali się pohuśtać, aby niczym zwierz na rykowisku pokazać swą fizyczną sprawność, ale łapki nie wytrzymały i fiknął na ziemię plecami, waląc potylicą o glebę... Oh, co za komedia! A potem siedzieli na ławce z komórki puszczając wojenne rytmy i śpiewając jak na karaoke. Ja pierdole, "ta dzisiejsza młodzież". Aż zacząłem ostatnio gówniarzy gonić z włączonymi na maksa komórkami albo palących na przystanku. Pedalstwo trzeba zwalczać, tylko siłą!!!

wtorek, 14 września 2010

Nie wierzę...

Dziś na Polskim Portalu Amigowym (http://ppa.pl) umieszczono informację, że właściciel praw do serii programów X-Copy udzielił pozwolenia na umieszczenie go na aminecie. Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest ten program naprędce tłumaczę: prawdopodobnie informatyzacja w Polsce nie nastąpiłaby tak szybko, gdyby nie ten właśnie program, dzięki któremu w latach 90 (gdy nie obowiązywały jeszcze tak restrykcyjne ustawy o prawie autorskim ;)) można było wręcz hurtem kopiować software z jednej amigowej dyskietki na drugą. Z tego co pamiętam radził sobie również z dyskietkami floppy o gęstości DD dla PC. Pracę i dochód zawdziecza mu pare setek Panów Mietków z giełd komputerowych i a furę świeżych gier trzymających młodzież przy kompach - tysiące graczy, które wyrastało po przemianach ustrojowych w naszym kraju.

Powyższy screen jest autentyczny i wykonany przeze mnie ;) Na dysku mam winuae z moim wciąż działającym amigowym systemem, uruchomiłem sobie ściągnięte z aminetu X-Copy, a ono działa. Miodzio!

O dopalaczach

Pewnego razu w komunistycznej Korei żył sobie pewien człowiek, który wynalazł internet. No, może nie sam internet, ale wymyślił jak w prosty, legalny sposób miliony jego rodaków mogą wyjrzeć za stalową kurtynę i zobaczyć, że reżim to nie wszystko i istnieje jeszcze Wolność Wyboru.

Pomysł został bardzo szybko skopiowany, powielony i zalał kraj niczym fala powodziowa. Reżim - zbyt powolny i skostniały, by szybko zareagować i zdusić ideę w zarodku - rozważał pomysły na ponowne odcięcie nieporadnych, głupich Koreańczyków od świata, na wypadek gdyby mieli zrobić sobie krzywdę i skalać umysły wbrew intencjom Partii.Sensem istnienia jednostki jest być częścią całości i to całość decyduje, co jest dla niej korzystne, a co nie.

Na dobrą sprawę jednak nie było sposobu - musiano by zakazać posiadania podstawowych domowych sprzętów - telewizora, radia, paru innych pierdół, które jakimś magicznym sposobem po odpowiednim złożeniu razem dawały dostęp do internetu.

Wylano by dziecko z kąpielą. Zatem nie tędy droga - wprawiony w wojnie ideologicznej i propagandzie Rząd zaczął nawoływać do walki z szataństwem, w zakładach pracy, szkołach, na ulicach rozdawano ulotki, wieszano dezinformujące plakaty a partyjne bojówki, milicja i wojsko zaczęło nękać domy zwykłych obywateli - bez wyraźnego celu i powodu, ot tak, by podnieść poziom strachu do granic rozbicia i dezorganizacji. Pokazowo skazano na śmierć nawet kilku "monterów" - w błysku fleszy i obiektywach kamer osądzeni bez prawa do głosu zostali "tradycyjnie" i w myśl prawa powieszeni na konopnej linie.

Każdy cywil miał wiedzieć, że działanie wbrew woli państwa prowadzi do "utylizacji" - zwykle związanej z czynnościami tak fantazyjnymi, jak wydrapywanie oczu i zbiorowe mogiły.

Sterroryzowane społeczeństwo jednak poznało smak alternatywy i nie zamierzało z niego tak łatwo zrezygnować - poprostu również dla zasady, a na narodowej jedności pojawiła się rysa. Kraj i naród, który sam siebie uważał za szczyt osiągnięć cywilizacyjnych pogrążył się w ruinie i chaosie.

A tu Polska. Kraj, w którym każdy urzędnik jest dość mądry, by decydować o życiu innych ludzi, nikt natomiast nie może stanowić o swoim własnym losie. Państwo opiekuje się obywatelami znakomicie, nie mogąc zakazać "dopalaczy", na które składają się substancje obecne w lekach i zwykłych produktach, postanawia zniszczyć legalnie działających i zarabiających pieniądze (którzy płacą jeszcze państwu podatki!) dystrybutorów, nękając ich kontrolami skarbowymi, sanepidowskimi, przekonując obywateli do tego, że są złem najczystszej postaci. Jednocześnie pozwalając legalnie zabijać się codzień alkoholem i nikotyną.

Polska - kraj demokratyczny, podobno nie wyznaniowy; naród walczący wiele wieków o własną wolność, wolność słowa, wolność wyboru - z zaborcami, a potem z komunistami.

Dlaczego nie dopalacze? Bo nie. Bo my tak chcemy. Bo masz żyć i pracować i łożyć na powiększającą się machinę biurokratyczną, na niewydajny system - zdrowotny, emerytalny, edukacyjny, które zapewnią Ci jedynie wrzody i nerwicę. Pal licho dopalacze, nie biorę tego gówna i mam prawo do takiego wyboru. Chcę to prawo mieć. Chcę mieć świadomość, że mogę wytatuować sobie "debil" na czole, że mogę biegać nago po ulicy, kiedy tylko zapragnę i umrzeć od przedawkowania cynamonu.

A nie mogę. Bo państwo na zasadzie "zesram się, a nie dam się" ma narzędzia, by zniszczyć Ciebie i mnie i nie ponieść za to konsekwencji. Równie dobrze mogą zakazać aspiryny, butów na obcasie, plecaków, strojów ciążowych, sedesów, wagarów i rekolekcji. Capoeira, sportu, siłowni, suplementów. Opłatka na święta i wódki na Andrzejki. Dlaczego?

BO TAK. BO MY TAK CHCEMY. A TY BĘDZIESZ POSŁUSZNY I POKORNY.

sobota, 11 września 2010

Vespa

Ale miałem horrorową scenę przed chwilą, na domiar złego ostatnio dużo Kinga czytam Wink

Na początku nadmienię, że nie jestem sadycho, wręcz przeciwnie, lubię zwierzęta i dbam o nie. Nic mi nie działa na nerwy jednak jak robactwo i owady. Mimo to wykazuję się jedynie złośliwością w stosunku do komarów - całą resztę latającego gówna poprostu staram się ignorować lub bez zabijania odgonić.

Czasem sa jednak takie sytuacje, gdzie nipierona, muszę ukatrupić. Zwłaszcza jak mi osa lata w domu, w którym moje dziecko śpi. Strzeliłem flądrę zeszytem, odbiła się od ściany i powędrowała na ziemię. Pod ręką miałem jedynie nożyczki, odruchowo je chwyciłem i niczym szczypcami złapałem ogłuszoną, ale wciąż ruchliwą i żywą osę za odwłok. Szybko przetransportowałem ją do siatki, w której akurat wylądowały jakieś śmieci i zamiast puścić uchwyt - z lekkim obrzydzeniem i wyrzutem sumienia - przeciąłem osę w pół, aby jak najkrócej się męczyła. Nożyce zachrzęściły o chitynowy pancerz i przerwały nić życia.

O sprawie zapomniałem.

Zająłem się dalej sprzątaniem bajzlu po calym tygodniu (sami wiecie jak to wygląda - wracasz z pracy, wywalasz zawartość plecaka na kanapę, ładujesz ciuchy na trening, które suszyły się po wczoraj na krześle i ruszasz z powrotem w miasto). Na biurku nazbierało mi się nieco szpargałów, które chwyciłem i beztrosko wrzuciłem do wymienionej wcześniej siatki ze śmieciami.

Ileż przerażenia mnie ogarnęło, gdy z siatki wypełzła, zaledwie o centymetry od moich palców rzeczona osa - żywa! Ba, walcząca o każdy krok, pomimo iż pozbawiona została odwłoka, skrzydła i dwóch nóg. Jakim sposobem tak zdegenerowany owad jeszcze żył? Co też czaiło się za tymi małymi złożonymi oczkami? Wściekłość, strach, instynkt, chęć życia? Niczym ofiara katastrofy, wciąż jeszcze żywa i wciąż nieświadoma swego stanu, napędzana adrenaliną, czy czymś innym, co nie pozwala czuć, że jest już jedynie przedziurawionym workiem, z którego uchodzi z każdą chwilą resztka życia... To nie była kura z uciętą głową, to wciąż niemal świadome zwierzę, które uparcie walczyło, wyślizgnęło się ze stalowego uścisku Śmierci z energią i wolą godną drugiego życia.

Osa zadziwiła tym samego Śmierć, ten jednak uniósł kosę nad głowę i niechybiając celu po raz drugi, rzekł:

- Nie ma sprawiedliwości. Jestem tylko ja.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Komputery w wojsku

Fajny film i artykuł na stronie niebezpiecznika ;)

http://niebezpiecznik.pl/post/komputery-w-wojsku-video/

środa, 25 sierpnia 2010

HTML5 - układ okresowy

Na stronie http://joshduck.com/periodic-table.html znalazłem fajny bajer :) Układ okresowy tagów HTML5. Można podać stronkę i przebadać ją pod kątem wykorzystania elementów nowej specyfikacji.

Przy okazji ostatnio zabrałem się za kilka nowych rozwiązań: 960 grid system, parę pluginów nowych do jQuery, w pracy cisnę Zenda. Wiedza płynie... płynie... W żagle chwytam wiatr :)

piątek, 13 sierpnia 2010

Gadget do nk.pl

Miłym zbiegiem okoliczności udało mi się stworzyć gadżet, dzięki któremu mamy stały podgląd na naszą skrzynkę w nk.pl (a na dobrą sprawę całe nk). Na zbieg okoliczności złożyły się:

- niesłychana prostota tworzenia gadżetów google
- udostępnienie przez nasza klasę strony mobilnej http://m.nk.pl

Jeżeli chcesz sobie dodać gadżet do GMaila, Google Calendar, iGoogle i innych usług, to poprostu wklej tam gdzie trzeba ten link:

http://hosting.gmodules.com/ig/gadgets/file/116609529485781967052/skrzynka-odbiorcza-nk.xml

I tyle :)

Ciekawe kiedy nk.pl się połapie i zablokuje takich spryciarzy jak ja ;)

Nina w stringach :D


Skubana szybko zaczyna :D

czwartek, 12 sierpnia 2010

phpQuery

Jakiś czas temu wpadło mi w ręce fajne rozwiązanie - phpowy port jQuery. Długo by tłumaczyć jak i po co; wklejam swoje proste rozwiązanie następującego problemu. Dostałem listę słów kluczowych (prawie 4000 sztuk), dla których należało znaleźć odpowiedni link na google (w moim wypadky wystarczało, że pierwszy :)). Jak ktoś jest dobry, to sobie napisze skrypt z cUrlem, jak komuś sie nie chce to phpQuery daje proste rozwiązanie:

set_time_limit(0);

require_once('phpQuery/phpQuery.php');

$data = file('dane.csv');
$links = array();
$result = array();
$a = 0;

for($a = 0; $a < 200; $a++)
{
    $aLine = explode(";", $data[$a]);
    $keyword = substr($aLine[0], 1, -1);

    phpQuery::$ajaxAllowedHosts = array('http://www.google.pl');
    phpQuery::browserGet('http://www.google.pl', 'success1'); // wywolywana jest funkcja callbackowa succes1()

   sleep(rand(10,20)); // dzięki temu nie dostaniemy bana na Google'u
}

function success1($browser)
{
    global $keyword;
    $fraza = $keyword . ' site:plikus.pl';

    $browser->WebBrowser('success2') // po sukcesie wywoływana jest success2()
->find('input[name=q]')
->val($fraza)
->parents('form')
->submit();
}

function success2($browser)
{
global $links;
global $keyword;
global $data;
global $a;

$addr = $browser->find('div#ires a')->attr('href');

$wynik = fopen("wynik.txt", "a+");
if(!fwrite($wynik, trim($data[$a]) . ";" . $addr . "\r\n")) {
die ("Błąd zapisu");
}
fclose($wynik);

}

Mało eleganckie rozwiązanie z globalami, ale - działa :)

wtorek, 10 sierpnia 2010

Wakacje sobie idą i idą...

A ja w pracy i jest bardzo fajnie :) Okres próbny za mną i z tego co mi się wydaję, to chyba jednak zostanę :)

W weekend byliśmy całą rodzinką w Trójmieście - tęsknie za Gdynią.

Zainteresowanym polecam obczaić kilka narzędzi:

- google maps - api w wersji 3 jest proste jak budowa gwoździa.
- mantis - prosty system do ticketowania projektów. od razu ułatwiło mi sprawę z paroma rzeczami organizacyjnymi - nie tylko jeżeli chodzi o projektowanie
- subversion - kolejne małe "odkrycie" - nie waż się robić czegokolwiek bez systemu wersjonowania

a jak mi coś jeszcze wpadnie do głowy to napiszę :)

odpuściłem ostatnio siłownię, natomiast dwa razy w tygodniu kulam się na macie, brakowało mi tego. Szkoda tylko, że kilogramy lecą w dół... A capoeira... od Capoeira odpoczywam do września :)

wtorek, 27 lipca 2010

sobota, 10 lipca 2010

niedziela, 27 czerwca 2010

czwartek, 24 czerwca 2010

Pierwsza tura za nami

Troszkę myślę o tych wyborach co były i doszedłem do prostych wniosków: co to za demokracja, w której prezydenta wybiera 23% społeczeństwa? I druga rzecz: ludzie nigdy nie wybiorą wolności - osobistej, podatkowej, moralnej, jakiejkolwiek. Niesie ona brak ograniczeń - brak zasad - a tego się ludzie boją. W więzieniu ściany są na miejscu, okno - choć z kratami - jest gdzie być powinno, posiłki zapewnione o stałej porze, w miarę ciepło i bezpiecznie - pomimo niedogodności. To dlatego więzień po wyjściu na wolność często popełnia ponownie przestępstwo, by z powrotem trafić do świata, który zna, bo życie na zewnątrz go przeraża. I tak samo my będziemy upierać się przy socjaliźmie czy innych chorych układach. Nie wiem jak Wy, ale ja wybieram Nową Zelandię - nie mam o niej zielonego pojęcia, ale wydaje się dość daleko :)

Już nawet nie mam pretensji do polityków - całe to gówno świadczy o każdym z nas, oni są tylko jego odbiciem w krzywym zwierciadle.

środa, 2 czerwca 2010

Pustki na blogu :D

Straszne puchy, nie sądziłem, że tak długo bez posta wytrzymam :D A dzieje sie sporo, to chyba znowu przez brak czasu :)

Z capoeira zdążylismy odwiedzić festiwal w Gdyni, było ciekawie. Wstyd się przyznać, ale co wieczór impreza, nieco odreagowałem i powrót do domu.

No i praca. Od końca kwietnia stałem się młodszym programistą, w pewnej firmie, w której pracujemy nad projektami dla Polsatu i podległej mu spółki :) Jest ciekawie, każdego dnia coś innego, a przy tym czuję, że się wciąż czegoś nowego uczę. Co najlepsze - mega atmosfera, brak presji i wszystko tak, jak sobie tego życzyłbym :)

Na studiach nic nowego, zamykamy powoli drugi rok :)

A nasza Ninka już powoli próbuje chodzić, zasuwa na czworakach po całym domu i wszystko próbuje zjeść, albo conajmniej ugryźć :)

Polecam lekturę kilku fajnych materiałów:

Życie seksualne w PRL:
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1504640,1,zycie-seksualne-polski-ludowej.read

Krótka rozmowa o aktualnościach z Rafałem Ziemkiewiczem:
http://magiel.waw.pl/artykul,1508.html

A z technologicznych ciekawostek:

System GPS zamontowany w PKP:
http://78.131.216.194:33333/~opoznienia/

jQuery - podrabiamy Windowsa :) :
http://www.soyos.net/tl_files/demos/aero-window/#

Wyrocznia Bacona:
http://oracleofbacon.org/

Google Font Api:
http://sixrevisions.com/web_design/google-font-api-guide/

Ok, przyznaje, na wykopie obrodziło :D

piątek, 30 kwietnia 2010

W domu :D



Zwierzak rozrabiać :D


Nina zaczyna stawać, co widac na obrazku. Tym samym zaczyna się era nowych kłopotów.

Jadę właśnie do pracy. O szczegółach opowiem wkrótce :)

Dzis popołudniu natomiast wyjazd na warsztaty do Gdyni. Do poniedziałku mogę mówić, że jestem w domu :) choc mam nieco mieszanych uczuć co do samych warsztatów. Ostatnio mam wrażenie, że mocno się zmuszam do wszystkiego związanego z Capoeira.
Chyba potrzebne mi są wakacje.

A dziś w autobusie Wielka Ucieczka - panowie kanarowie wsiedli, ale o bilety nie pytali. Przejechałem tak 5 przystanków siedząc jak na szpilkach. Aż musiałem o tym napisać :)

No i w niedzielę ochrzciliśmy Ninę. Niedługo foty na Picasie.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Programujemy


Dobrze w domu być z tatą i wieczorem i rano :P

wtorek, 13 kwietnia 2010

Kolejne zmiany nadchodzą

Capoeira nabiera jakiejś stabilizacji i jest lepiej. Gorzej ze mną, bo nie ćwiczę tak jak bym chciał, ale inwestuję ten czas w innych ludzi, znowu z poboznym życzeniem, że kiedyś to sie zwróci. Nawet na siłownię wpadam na 45 minut, robię trening na odwal i lecę dalej.

W zendzie odkryłem nowe możliwości. Pluginy i przerzucanie kodu na Postgresa. Problemem była powolność skryptu, autentycznie nie znałem podstawowych możliwości jak unie, joiny i widoki. Przygotowanie paru uprościło mi php i przyspieszyło stronę naprawdę niesamowicie. Dodatkowo napisałem sobie z pomocą internetu kilka funkcji, które np. produkują mi ścieżkę do pliku - w php skrypt się wykładał po 60 sekundach nie kończąc zadania. Jednym odwołaniem dostaję teraz gotowe i obrobione dane z bazy. Miodzio.

Aż mnie natchnęło, że może lepiej byłoby się zacząć interesować oprogramowywaniem baz, w końcu to najszybszy komponent każdego serwera - zdaje się. PHP traktować natomiast jako element kontrolująco-wypluwający. Widziałem nawet kiedyś takie rozwiązania: cały html, szablony, praktycznie wszystko co dało się przenieść do bazy - tam się znajdowało.

A może to i głupi pomysł.

Poskładałem kilka CV do różnych firm w Olsztynie; tym razem celuję stricte w zawód programisty. Doświadczenia mam niewiele, ale może sie gdzieś zaczepię i zdobędę go więcej ;) Trzymajcie zatem kciuki.

A jutro 17 już OlCamp.

A niedługo chrzest Ninki :) Zaprosiłem mamę, żeby przyjechała. Zobaczy jak Nina siada i ma już 4 zębiska :)

A na koniec dwa filmy, oba mnie zabiły ;)

PACMAN: THE MOVIE TRAILER from Therefore Productions on Vimeo.


środa, 31 marca 2010

Strumień wiedzy ;D

Parę dni temu capoeiraolsztyn.pl padła z powodu przekroczenia transferu - okazuje się, że 12.5GB miesięcznie to za mało. Zwłaszcza, że wrzuciłem filmy z pokazów w Akancie oraz Elektroniku. Szukałem winnego i znalazł się - wystarczało, że 36 osób obejrzało pokaz, z którego zapis ma 70MB i już 2.5 gb uciekło z transferu jak woda przez palce. Na szczęście dokupienie pakietu 20GB to tylko 25 zł, więc - jesteśmy uratowani ;) AWStats szybko wskazał winnego - polecam czasem skorzystać.

O dziwo wciąż siedzę nad zendem i projektem Sadka, o dziwo jeszcze nie stracił cierpliwości. Wersje Alpha-Alpha już dawno temu wyszła, ale z czasem odkrywam nowe rozwiązania i wprowadzam poprawki do kodu, co zajmuje kolejny czas. Nowa poprawka, to nowe błędy itp. itd. Przy okazji zaliczeń ze SQL na uczelni odkryłem widoki, unie i inner joiny, z których skorzystałem przy kolejnych poprawkach. Okazało się, że przerzuciłem 90% roboty na bazę danych, a mój skrypt dostał skrzydeł ;) Kolejna ważna wiedza - przerzuć ile się da na bazę danych.

Wczoraj mieliśmy pokaz na UWM - tragiczna frekwencja, zero przygotowania, jeden berimbau, padł pendrive i nie mieliśmy muzyki - choć gdyby nawet, to i tak nie było z czego odpalić. W ostatniej chwili Łukasz uratował nas z muzą, puścili nam przypadkowo najlepszy możliwy kawałek do pokazu ;) daliśmy czadu z solo, grą regional, ogólnie wyszło spoko. Zebrane później recenzje również nie pozostawiły wątpliwości - daliśmy radę :)

poniedziałek, 29 marca 2010

O ja cierpię dolę ;)

Niech mnie gęś kopnie, miesiąc minął i to z okładem od ostatniej notki. Cóż - to taki moment, gdzie wszyscy blogerzy - dla usprawiedliwiania się głównie przed sobą - piszą, że nie mieli czasu i nie jest obowiązkiem pisanie notek. Trochę czuję, że jednak jest, skoro czasem ktoś tu poczytać zagląda, to i w obowiązku się czuję do pisania.

A obowiązki zniechęcają, jak wiadomo ;)

Wróciłem wczoraj z warsztatów we Wrocławiu. Było conajmniej dobrze - szybki w miarę dojazd (8h w pociągu), poskakałem na pierwszej roda, która trwała bodajże do 23. Fajnie zobaczyć starą ekipę, rozprostować kości, znów dowiedzieć się, że to co przygotowywał człowiek w domu jako nowy trik, formę, czy umiejętności to zbyt mało, żeby zrobić na kimś wrażenie. Może się robię prowincjonalny i nie nadążam za poziomem grupy, a może poprostu to moje wieczne niezadowolenie z siebie :) Tak czy siak, jest kolejna porcja powodów, by starać się jeszcze bardziej :)

Sobota to już ćwiczenie na całego: zaczęliśmy od rozgrzewki, którą dane było mi poprowadzić. Może trochę z lenistwa, a może już z przyzwyczajenia równowaga treningu przechyliła się znów lekko w stronę grapplingu. Dawno temu przestałem przejmować się komentarzami, że robię judo na capoeira - uważam, że przewrót w przód czy tył to umiejętność z podstawówki, a dobrze upaść - ratująca życie. I sądzę, że tak samo dotyczy nas - capoeiristów. Pokazałem troszkę banda de costa w wykonaniu a'la osoto gari i chyba większości trening się spodobał ;) Niezadowolona mniejszość (z pewnością jakaś była ;)) na dobitkę dostała powtórkę u Perere, który nieświadomie acz bardzo ciekawie poprowadził swój trening podobną ścieżką. Jak dla mnie - super!

Znowu odzywają się plecy - cholera, targa człowiek martwe ciągi, a dostaje skórczy przy ginga. Nawet masaż nie pomógł, musiałem jakoś się przemęczyć. Może troszkę na leszcza potraktowałem warsztaty - w końcu powinienem dawać dobry przykład. Jednak wychodzę z założenia, że przez 2-3 dni ćwiczenia to żaden sport, kondycji nie zbuduję, nadmierny wysiłek jest zbędny, bo uniemożliwi mi prawidłowe przećwiczenie techniki. Kondycję to ja sobie mogę budować miesiącami w Olsztynie...

Dżizu, jak to czytam, co właśnie sam napisałem, to przypominają mi się te przemądrzałe gówniarskie mordy, które chcę obijać przy każdym podobnym niekontrolowanym wymiocie werbalnym ;)

Trzeba ćwiczyć! Siłownia - powolny bolesny powrót, ale jakoś utrzymuję chociaż te dwa treningi tygodniowo. Gorzej z blogiem treningowym - tam równiez nie mam czasu/chęci nic nowego wrzucać. A chyba warto - dla własnej satysfakcji.

No nic, kontynuujemy temat programowania. Coraz silniej się z zendem czuję, choć mam wrażenie, że to dopiero 10% drogi za mną. Ale może to tylko moje wrażenie - mam zamiar szukać pracy na stałe. Finansowo coraz gorzej, trzeba zacząć zasypywać ten dół.

Z sekcją raz gorzej, raz lepiej. Mieliśmy od lutego znaczną poprawę, ruszyłem z treningami dla studentów. Rezygnuję z zajęć w katoliku z powodu ceny sali; mam zamiar przenieść grupę na Kortowo, gdzie dostaliśmy dwa dni sali za darmo. Może to jakiś sposób... ;) Ostatnio odkrywam jedynie nieprawidłowe rozwiązania tej zagadki ;)

sobota, 20 marca 2010

Stopa mistrza


Możesz zacząć się obawiać.

sobota, 27 lutego 2010

Na miescie


Duszą z klubem, jesteśmy wszędzie, niedługo powrót na mate :)

wtorek, 23 lutego 2010

Internet

Tak przed snem przypomniał mi się mój pierwszy kontakt z internetem. W świeżo wybudowanej hali Gdyńskich Targów Expo nieopodal mojego domu odbywały się targi komputerowe. Oprócz wiele nie mówiących mi nazw jak Sun czy Apple pamiętam bardzo dobrze wieeelkiego migającego lampkami switcha i podpięte do niego ze 20 komputerów. Sam natomiast podczepiony był do Bóg wie czego udostępniającego internet. Komputery oczywiście były oblegane tak, że nastoletni gówniarz nie miał szans się dopchać, była to chyba pierwsza połowa lat 90, a może początek drugiej. Kiedy w końcu się dopchałem do jakiegoś krzesła i uruchomiłem niebieskie E (nie pamiętam, czy był wtedy PC w domu, czy jeszcze nie, ale chyba nie ;)) nie stało się nic. Bo trzeba było jeszcze znać adres.

Dużo wcześniej już wyłudziłem od mamy pieniądze na takie opasłe tomisko, w którym były zapisane drobnym maczkiem adresy stron internetowych. Na zasadzie książki telefonicznej - adres i krótki opis. Pamiętam, że najbardziej chyba chciałem odwiedzić wtedy stronę amiga.com, którą do tej pory w wersji offline oglądać można było na dodawanych do Magazyn Amiga i Amiga Computer Studio płytach. I chyba też chciałem zobaczyć yahoo i altaviste - najpopularniejsze wtedy przeglądarki. O Google nikt chyba jeszcze nie myślał.

Pamiętam też bardzo dobrze, że tomisko przeglądałem często i w poszukiwaniu coraz to ciekawszych adresów. Marnie skatalogowane siedziały adresy stron prywatnych, uczelni, różnych firm. Po prostu przerzucałem kartki i dowiadywałem się, że pod takim a takim adresem znajduje się strona informująca o ofercie firmy produkującej to i to, albo że tu swoje miejsce ma pewien pan, który jest pasjonatem fotografii. Pobudzało wyobraźnię.

Pamiętam jeszcze, jak mój kolega ś.p. Cerber ostrożnie dobierając słowa uświadomił mi, że jak się ma internet, to nie potrzebna jest książka telefoniczna. Że adresy zna się na pamięć albo znajduje lub zapisuje.

Mój magiczny notes do podróży palcem po www stracił całą magię.

Ale niedługo potem tata kupił mi modem Asmaxa a Cerber pokazał jak go skonfigurować, żeby działał z Amigą i 020-21-22 (kto jeszcze pamięta ten numer)?

O dziwo po serii szurów i brzdąknięć - wszystko zadziałało. Nie dowierzając pierwszy program jaki uruchomiłem to był AmIRC - www jeszcze nie było tak kluczowe jak dziś, a na IRC przesiadywały tysiące ludzi. Chyba podpiąłem się pod jakiś defaultowy kanał w stylu #amiga. Pamiętam to wrażenie - ręce mi się trzęsły z podniecenia i podenerwowania - ktoś mnie widzi! Ktoś na drugim końcu świata może do mnie napisać a ja się mogę o tym od razu dowiedzieć! I ja piszę łamanym angielskim a on odpowiada...

A potem już się zaczęło - #gdynia, #amisia, #amypl, a potem #3miasto, #capoeira i #mma. I jeszcze w co ciemniejszych godzinach #sexpl (bo na #sex banowali Polaków i rządzili włosi) ;) I te takeovery, albo duma, że ktoś dał op'a... Dziś ludzie nie znają tych radości ;)

I jak bardzo nienawidziliśmy wtedy gg - pisać do ludzi nonstop na priwa? Bez sensu! Wspólny kanał to jest to!

Pamiętam fascynację Telnetem a potem SSH, wojaże po kitranych adresach i loginach do warezowych ftpów. Każde "Access granted" pachniało jeszcze magiczną elektrycznością i magią hakerów z "Gier Wojennych" czy "Elektronicznych snów".



Kiedyś nawet śniło mi się, że jestem postacią z Trona :D

Ale i gg z czasem się przyjęło, a strony www zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Miałem nawet swoją, o Capoeira, z zieloną choinką. Dziś już nikt nie pamięta. Dzielnie ją tworzyłem na swojej wysłużonej Amidze, która wciąż kurzy się w podziemiach Teatru Muzycznego... :)

Jakoś dzisiaj to nie to samo.

A co tam, wrzucam filmy dalej ;D













czwartek, 18 lutego 2010

Olcamp v 15 i Capoeira

Uczciwie mogę powiedzieć, że na Olcamp wpadłem tylko na piwo, załapałem się na samą końcówkę, a szkoda - temat bardzo mnie interesował. Usability to taki ładny zwrot na określenie tego, co programista robi, by jego dzieło miało "ludzką" twarz. Taka inżynieria kompromisów między funkcjonalnością a łatwością użycia. Na koniec jeszcze elevator pitch w wykonaniu ee... Mikołaja Piotrowskiego jeżeli dobrze pamiętam, szkoda, że już mało kto się zainteresował tak ważnym dla nas tematem cenzury w internecie. Po wszystkim ruszyliśmy na miasto na "integrację", ale odpadłem szybciej, bo żona, bo dziecko, bo milion powodów ;) W każdym razie fajna ekipa i już czekam na szesnastkę w marcu.

No a spóźniłem się, bo... otwarcie nowej sekcji capoeira w Kortowie :) Akademickie Centrum Kultury wzięło nas pod swoje skrzydła i ruszyliśmy wczoraj z nowymi zajęciami dla studentów. Także na ten moment w Olsztynie mamy 5 treningów tygodniowo. Treningi w środy na małej sali studium WF są darmowe dla studentów UWM, więc chętni zawsze mile widziani ;). Było, bagatela, ponad 70 osób, z tego 63 ćwiczyły :) Zobaczymy jak wyglądać będą następne tygodnie.

No i wziąłem się za naprawę atabaque. Cholera jasna, nie sądziłem, że tak trwale i "jednorazowo" robiony jest ten bęben, samo odplątanie membrany zajęło mi ponad godzinę szarpania się z kombinerkami, śrubokrętem i cumą okrętową, heh :). Najgorsza sprawa, że cały dosłownie oplot, uchwyt, naciąg i tak dalej, zrobione są z jednego kawałka sznurka, który ma pewnie koło 50 metrów długości. Musiałem sfotografować całość, żeby pamiętać jak to potem zawiązać z powrotem. Teraz zostało albo zalepić starą membranę albo kupić skórę na nową... Co za zamieszanie.

I cholerny dysk w końcu odesłali. W czerwcu kupiłem na allegro Samsunga bodajże, nie chciało od początku cholerstwo działać, kupiłem więc kieszeń (bo może to kontroler w starym komputerze winny) i po jakimś czasie okazało się, że ma popieprzoną połowę bloków. Spakowanie tego mi zajęło z miesiąc (bo wymogiem było zapakowanie go do plastikowego "odbijacza" w jakich są dyski sprzedawane, oczywiście nie dostałem go z powrotem) - zawsze jest milion ważniejszych rzeczy do zrobienia ;). No i tak w końcu wysłałem dysk do serwisu - po 8 miesiącach :D Pełen obaw (i niemal pewny swojego błędu - bo komputer mam stary i z SATA II sobie nie radzi) czekałem na dysk. W firmie pomylili na dodatek adresy i gdybym nie oddzwonił na nieodebrane połączenie w moich telefonie nie dowiedziałbym się, że na sortowni w GLS dysk leży i czeka od paru dni, bo adresat nie jest znany. Serwis stanął na wysokości zadania, trafiło do mnie nowiuśkie 750 GB nowego miejsca. Tyle tylko że, wcześniej musiałem kupić dysk 500 GB by móc swodobnie pracować i nie mam już czym wypełniać ogromu tego miejsca. Ale spokojnie. Internet jest duży ;)

A Nina zaczyna nam ząbkować ;)

Tutaj jeszcze na koniec kolejna kwintesencja "przydatnej stronki":
Kiedy kasa? - nie trzeba główkować, jak działa bankowy elixxir (często mi się zdarzało). Prosta, super wykonana stronka pozwalająca przeliczyć czas otrzymania przelewu. Mega pomysł! :)

PS. W Google Docs trafiłem na fajną funkcjonalność edytora tekstu. Mogę udostępnić nie tylko link do dokumentu komu zechcę, mogę również pozwolić na edycję tego dokumentu bez konieczności logowania się. Umożliwia to np. całkiem sprawne podesłanie klientowi dokumentu z formatką dotyczącą szczegółów budowanej dla niego strony, jego zadaniem jest jedynie wypełnić cały dokument (co jest moim zdaniem znacznie elastyczniejsze niż formularz!) i wciśnięcie "Zapisz". Bardzo fajne.

piątek, 12 lutego 2010

Życiowo o studiach

Nie, wklejanie cudzych notek nie jest objawem kryzysu na blogu :) Przede wszystkim - to nie mój zawód ani powołanie, piszę kiedy mogę, albo mam o czym. A że ostatnio nie bardzo mogę albo mam o czym, to nie piszę.

Przyłożyłem sie bardziej do php, siedzę nad Zendem i go odkrywam. Pierwsza faza projektu dla chłopaków z Wrocławia skończona - pierwsza wypłata też na koncie. Korzystając z wolnych chwil poprawiam coś w kodzie na rozwiązania, których nauczyłem się po drodze.

Capoeira nie daje spać, pogłębiający się kredyt sprawił, że zagroziłem zamknięciem sekcji. I o dziwo - frekwencja po feriach się prawie podwoiła. Nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, każdy trening w lutym będzie dniem próby. Od przyszłej środy ruszają też pierwsze zajęcia w miasteczku studenckim, więc liczę na ożywienie. Parę dni temu z tej okazji plakatowaliśmy, a dziś opowiedziałem w popołudniówce o 15 kilka rzeczy na temat zajęć.

Na studiach po japońsku - jako-tako. Uczę się, projekty piszę, szukam najciekawszych rozwiązań. Remek nakręca na stypę, ale szczerze powiedziawszy zależy mi na zdaniu bez poprawek i warunków :) Cała reszta to szczegóły :) Zwłaszcza w świetle poniższego artykułu:

Uwaga dla przypadkowych czytelników: autor nie pracuje jako programista ani elektronik i mógł sobie pozwolić na rzucenie studiów, ale mimo wszystko uznał, że warto je skończyć.

Wtorek. Dostaję ostatni wpis i mogę złożyć indeks w dziekanacie. Na dworze jest tak ładnie, a ja mam tyle wolnego czasu… Do zdobycia różnych fajnych literek przed nazwiskiem została mi tylko praca dyplomowa i seminarium magisterskie, które i tak jest fikcją. To dobry moment na podsumowanie czterech i pół roku studiów.
To takie życiowe!

Na "najlepszej specjalności na najlepszej Elektronice w kraju", jak do znudzenia powtarza szef naszej katedry, uczę się, że szefowie katedr kłamią. A poza tym tego, że czas jest względny, prowadzący projekt chętnie pochwali się przed kolegami zadaniem zrobionym w kilka godzin, a sens istnienia większości kursów jest równie zagadkowy jak pomysł wprowadzenia prezentów na sympatia.pl GoldenLine (kiedy ocena fotek?).

"Panie profesorze, ale tak właściwie, to gdzie się z tego korzysta?" - pyta kolega z grupy. "Jak to gdzie? W życiu!". Prośba o podanie życiowego zastosowania omawianych wzorów zostaje skwitowana krótkim: "w wielu miejscach… no, na przykład… w zadaniu projektowym!".

No tak, to takie życiowe. Inna sprawa, że pytanie dotyczyło rozpoznawania obrazów, które jednak kilka zastosowań ma, prawda?
Najlepsi studenci?

No, chyba, że prowadzący zakłada, że całe życie będziemy poprawiać projekt, z którego ocena zależy od rzutu kością do gry. Dosłownie. Jeden z wykładowców zaproponował, że ocena będzie sumą dwóch rzutów podzieloną na dwa. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że uczelnia, której studenci na to poszli może zostać uznana za najlepszą. I nie, taki układ wcale nie oznacza, że tyle samo osób dostanie 3,5 i 5.

Kursy polegające na mierzeniu suwmiarką metalowego trójkąta (sześćset razy) w celu sprawdzenia jak bardzo się mylimy w pomiarach, trzygodzinne patrzenie na piec albo wprowadzenie do Matlaba na piątym roku też trudno nazwać inaczej niż marnowaniem czasu.

Dowiaduję się za to, że najlepszym sposobem na pisanie programu w czteroosobowej grupie jest przesyłanie go e-mailem. Użycie SVN-a to grzech. Oczywiście nikt nie uczy zarządzania, kierowania grupą i podobnych bzdur. W związku z tym podział pracy jest następujący: czterech programistów.
Wiem, że…

Oczywiście, przez te parę lat dowiaduję się o istnieniu takich rzeczy jak rachunek lambda, tunelowanie, najgorszy możliwy przypadek albo linia długa, ale to wiedza wystarczająca do stwierdzenia, że tak naprawdę nie mam o nich pojęcia. W każdym razie będę o tym pamiętał i doczytam, kiedy będę ich potrzebował. I to chyba najważniejsza rzecz poznana na studiach: świadomość własnej niewiedzy.

Kiedy chciałem studiować informatykę starsi znajomi odradzali mi to, sugerując automatykę albo elektronikę. Argumentem miały być szersze perspektywy. Wygląda na to, że mieli rację. Teraz nie wiem jeszcze więcej niż gdybym kończył informatykę!

Jasne, nie nauczyłem się programować tak jak studenci informatyki, a bazy danych to tylko jeden projekt na dziewiątym semestrze (WTF?), ale studia i tak w żadnym stopniu nie przygotowują do pracy, więc wszystkich tych technologii trzeba się uczyć na własną rękę.
Czas jest względny

Uczę się za to, że można napisać program rozwiązujący problem optymalizacji przy użyciu simpleksów nawet jeśli znaczenie słowa "simpleks" poznaję tydzień po terminie oddania projektu.

Na marginesie porada dla przyszłych pokoleń: od razu bierzcie się za książki po angielsku. Istnieje duża szansa, że pisał je ktoś, dla kogo nie jest to język natywny, więc będzie używał prostych słów. Polskim naukowcom wydaje się natomiast, że jeśli napiszą coś w zbyt prosty sposób, to ludzie pomyślą, że to łatwizna, a oni nie zasłużyli na habilitację.

To logiczne. Przecież dwugodzinne wyprowadzanie wzoru na średnią ważoną brzmi tak mądrze…

Muszę tu dodać, że w napisaniu programu do simpleksów pomógł czas, który na uczelni płynie w dość specyficzny sposób. Prawdopodobnie ma to związek z wpływem dużego zagęszczenia wiedzy na czasoprzestrzeń.
Deadline? A co to?

Tu, w przeciwieństwie do pracy, nie ma czegoś takiego jak deadline. Termin oddania jednego projektu przesunąłem z początku czerwca na połowę października. W tym czasie założenia projektowe zmieniły się jakieś cztery tysiące razy. Wyobrażacie sobie coś takiego w pracy?

"Szefie, nie zrobiłem layoutu, bo musiałem pilnie wyjechać na wakacje. Mogę go oddać gdzieś tak w lipcu?". "Jasne, trochę przesuniemy termin. Tylko wiesz co, zrób tekst Comic Sansem i na czerwono, bo tak właśnie wymyśliłem". Hmmm, a może jednak uczelnia ma coś wspólnego z życiem?

niedziela, 31 stycznia 2010

Jeszcze słówko o WOŚP

Na wykop trafił fajny artykuł autorstwa Jurka Owsiaka. Oczywiście, każdy może powiedzieć, że "winny się broni", ale w takim razie co z niewinnymi? :) Polecam lekturę, zwłaszcza dla Ciacha, który uważa Owsiaka za złodzieja:

http://www.wosp.org.pl/jurek//comment/1264668100

wtorek, 26 stycznia 2010

Jestem hardcode'm ;)

Pobiłem rekord wszechczasów (a przynajmniej paru ostatnich tygodni), męczyłem zenda do 6:30 rano. W trakcie dostosowania i przenosin aplikacji jestem, praca na lokalnym komputerze i zdalnej bazie danych wyglądało na początku na karkołomne zadanie, ale tunel tworzony w putty okazał się prostszy niż sądziłem. Tak więc baza danych chodzi, wychodzą czasem jakieś drobne niedoróbki, ale nic, czego byśmy nie pokonali.

Przespałem się dwie godziny, kolejne dwa testy z Cisco napisałem (zaliczanie w domu, najlepiej z otwartym obok notesem z zajęć to świetna nauka ;)). Tak więc już 4 za mną, przede mną jeszcze jakieś dwa razy tyle.

Lecę do urzędu pracy i po frejkę dla małej, już 2 tydzień nie umiem zebrać dupy, oby nie zapłaciła za to bioderkami ;)

piątek, 22 stycznia 2010

Już dawno chciałem to napisać...

... ale ktoś już to zrobił lepiej. A mądrego miło poczytać:

Link do oryginalu

O psychologach
Zły to ptak, co własne gniazdo kala – mówi znane przysłowie. Ale widocznie pisany jest mi los renegata. Zamierzam bowiem napisać parę słów o psychologach i psychoterapuetach.

Jeśli 3/4 ludzi jest w jakimś stopniu zaburzonych, to na studiach psychologicznych jest to co najmniej 90%. Taka sytuacja ma swoje podstawy. Na psychologię idą ludzie, którzy interesują się problemami psychicznymi. A najczęściej zainteresowanie to ma źródło w samym sobie. W sumie to naturalne.

Pytanie jednak jakie niesie to ze sobą konsekwencje. Czasami całkiem dobre – trudno wnikać w innych ludzi, jeśli kompletnie nie ma się pojęcia, co oni czują. Mając jakieś swoje podobne doświadczenie – ale już przepracowane – można dużo pełniej zrozumieć pacjenta. Ale tylko pod warunkiem, że dany psycholog przedtem przeszedł terapię własną. A niestety wcale nie jest to częste. Wiele psycholożek (bo to jednak głównie kobiecy zawód) kończy swój zawodowy rozwój wraz z uzyskanie tytułu magistra. Wiele z tych osób kończy uczelnię z bardzo dobrymi ocenami, a o naturze ludzkich problemów nie ma zielonego pojęcia. Co innego nauczyć się i zdać, a co innego rozumieć. Mam znajomych, którzy potrafili pozaliczać wszystko na bardzo dobre oceny, a nie potrafili nawet części tej wiedzy odnieść do innych, a już wcale do siebie. To jak uczenie się sztuki – przy odrobinie wytrwałości i „kujoństwa” można perfekcyjnie opanować teorię, a nic nie umieć narysować. Problem tkwi właśnie w tym, że taka dobra uczennica – psycholożka - trafia potem do poradni już jako praktyk. I co dalej? Nic dobrego, bo nawet jeśli to najzwyklejsza poradnia powiatowa, to ludzie do niej przychodzący idą jak do prawdziwego autorytetu. A potem mamy sytuację, że uczył Marcin Marcina. Jedna z bliskich mi osób szukała pomocy u takiej pani psycholog. Miała szczęście, ponieważ ta jej psycholożka okazała się uczciwa – powiedziała, że nie może jej pomóc, bo sama ma taki sam problem. Przynajmniej tyle...

Skąd się bierze w ludziach chęć zostania psychologiem? Ano najczęściej z wewnętrznej potrzeby pomagania innym ludziom. Jeden z bardziej uznanych wykładowców-praktyków zwykł mawiać, że większość studentek psychologii minęła się z powołaniem, ponieważ powinny pójść na pielęgniarstwo. Wypełniłyby swoją misję pomagania innym z lepszych efektem dla ludzkości, bo niestety pojąć istoty psychologii nie są w stanie.

Trochę to brutalne, ale czasem najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa. Gdybym miał być szczery sam ze sobą, to pomimo osobistej sympatii do poszczególnych ludzi, nie poleciłbym jako psychologów 90% z moich znajomych, z którymi kończyłem studia. Ta drobna część, która kształci się na terapeutów w dobrej szkole terpautycznej z przymusem terapii własnej, zostanie odpowiedzialnymi fachowcami. Ale większość tego nie zrobi i nigdy nie zrozumie prawdziwych znaczeń tych pojęć, których kiedyś uczyło się z książek. Wielu absolwentów zostaje terapeutami bez przerobienia swoich własnych problemów. Po prostu udają się do instytucji oferujących państwową psychoterapię i odbywają tam staże. Z czasem sami zaczynają prowadzić psychoterapie, ale gdy wejść z nimi w bliższy kontakt, okazuje się, że mają swoje własne nierozwiązane problemy, często niewiele mniejsze niż te, które zgłaszają ich pacjenci.

Kiedy zakładałem tego bloga pytałem się ludzi na forum „psychologia”, czy widzieliby na niego miejsce i o czym mógłbym pisać. Padła odpowiedź, żebym pisał o tym, jakie podejście powinien wykazywać pacjent w stosunku do terapeuty. Gdzieś za tym kryła się myśl, że terapeuta zawsze ma rację i sukces terapii leży w wykonywaniu jego poleceń. Tylko, że ja tak wcale nie uważam. W swoim życiu spotkałem się już z wieloma terapeutami – z dwoma jako pacjent, z kolejnymi kilkunastoma jako student i z kilkoro kolejnymi (wchodzącymi właśnie do pracy zawodowej) jako znajomy ze studiów. Znam też prywatnie kilku pacjentów – to przeważnie ci psychologowie, którzy zaczęli swoją podróż od siebie, zanim odważyli się pomagać innym. I ci ostatni też zwykle odwiedzili kilku terapeutów, zanim znaleźli kogoś odpowiedniego. Na podstawie tych doświadczeń i wiedzy mam dość przygnębiające wnioski – sensownych i naprawdę godnych polecenia terapeutów jest jednak mniejszość, góra 1/4. Reszta niestety albo nawet nie próbowała przerobić swoich problemów (lub co gorsza nawet nie jest ich świadoma), albo im się to nie udało z uwagi na to, że skończyli kiepską terapię własną. Nie chcę tu poddawać jakiejś subiektywnej ocenie postawy innych ludzi, ale nikt nie jest w stanie mnie przekonać, że dobrym terapeutą może być np. ciapowaty, depresyjny facet bez cienia męskości. Jak miałby wtedy pomóc komuś, kto miał w przeszłości problemy z własnym ojcem? Tak samo w drugą stronę – nie wyobrażam sobie, że zarozumiały, niszczycielski narcyz może być empatycznym terapeutą. A o neurotycznych, pogubionych psycholożkach już wspominałem.

Czasami spotykam się gdzieś z opinią, że psychoterapia nie działa. Niestety to często słuszna opinia, bo w części przypadków po prostu nie ma prawa sensownie zadziałać. Prowadzą ją ludzie, którzy sami są pogubieni, z zaburzeniami i którym brak kompetencji. Niestety wszyscy - ci prawdziwi fachowcy i ci, do których nalepiej pasuje miano "konowała" - występują pod wspólnym mianem terapeutów. Może to i przygnębiające, ale jedyne co na pewno warto, to nie poddawać się, szukać do skutku i zdać się na intuicję – to ona podpowie nam, komu warto zaufać.