sobota, 31 października 2009

Pokaz w Grawitacji

Treningi indywidualne

Jeśli chcecie podzielić się opinią nt treningów indywidualnych, to zapraszam do wypełnienia ankiety:

Treningi indywidualne - ankieta

czwartek, 29 października 2009

To dopiero crackerstwo ;)

z Goldenline/bazy danych:

system służący do odczytu tablicy rejestracyjnej samochodu:


przetwarza otrzymane dane i wyświetla kierowcy informację:



jak widać, ktoś postanowił zastosować tzw. license plate injection ;)



oryginał: http://karim.sentio-software.com/read/license-plate-injection

wtorek, 27 października 2009

Feminizm

Mój galopujący szowinizm - wiedziony inspiracją z budo - każe zapytać:

- Czemu żadna z feministek nie buntuje się z powodu faktu, iż tak mało jest kobiet pracujących na śmieciarkach?

wtorek, 20 października 2009

Rower mi ukradli

Nosz, ukradli. Nie bali się i zaje*ali. Pal licho pieniądze, stać mnie, żeby sobie zarobić. Ale straciłem 1) fajny rower ze wspomnieniami w bagażniku 2) podstawowy środek komunikacji w Olsztynie - bo autobusami, pieszo czy samochodem przez zakorkowane miasto - można zapomnieć.

Gdybyś zauważył/a na ulicach Olsztyna ten rower:

Rower mi ukradli!

natychmiast złap gnoja za chabetę i dowlecz na najbliższy posterunek policji - za pomoc lub informację nagroda!

Instrukcja - co zrobić, gdy zauważysz mój rower? To, co prezentuje Pan Policjant (pierwszy raz pochwalam to zachowanie ;))

poniedziałek, 19 października 2009

Pokaz w Real,-

Któryś z widzów nas nakręcił no i wrzucił na youtube :)





środa, 14 października 2009

Uirapuru został tatą

Dziś o godzinie 12:22 przyszła do nas nowa obywatelka świata - Nina Kaszuba :) Waży 3200g i dostała 9/10pkt, śpi, je i płacze, czyli wszystko w porządku. Urodziła się poprzez cesarskie cięcie i razem z mamą Beatą wypoczywają teraz w szpitalnym łóżeczku.

Pierwsze zdjęcie



Pierwsza chwila



A tu parę innych fotek :)













poniedziałek, 12 października 2009

A ja sądzę iż 50% kobiet nie chce szczęścia!

A ja twierdzę że co najmniej 50% polskich kobiet tak naprawdę to nie chce być szczęśliwa. Standardowo wygląda to tak: Młoda naiwna dziewczynka zakochuje się w jakimś przystojnym `łośku' który poza dyskotekami i flaszką wódki świata nie widzi. Ten oczywiście ją zalicza i zostawia. A ona beczy jaki to on zły i niedobry. Tak. Ale widziały gały co brały. A raczej nie widziały. Tutaj jest paradoks. Młode dziewczęta (a także dorosłe kobiety o zgrozo!) widząc przystojnego mężczyznę (czyli takiego który zwraca uwagę zdecydowanej większości kobiet) myśli sobie że skoro taki przystojny to i pewnie mądry, wykształcony, szlachetny itd. To się nazywa `efekt halo'. Widzimy w jednej osobie coś co nam się podoba i podświadomie dopisujemy mu inne cechy pozytywne (efekt Galatei) albo też widzimy jedną negatywną i dopisujemy inne negatywne (efekt Golema). Problem polega na tym że wiele pań żyje swoim `wyobrażeniem o partnerze' a nie tym jaki on jest naprawdę. Potem najczęściej w jakimś traumatycznym momencie różowe okulary spadają a kobieta ma pretensje, że mężczyzna nie jest taki jak ona myślała że jest. Trudno. Nic na to nie poradzimy. Panie uwielbiają żyć swoimi wyobrażeniami. Problemem jest efekt jaki te traumatyczne przeżycia niosą. Ano najczęściej jest to `facet to świnia!' `wszyscy faceci są tacy sami!' itd. Itp. I czy chcesz, czy nie chcesz zostajesz zwyzywany od trzody chlewnej. Nie ma znaczenia że nie znasz tej kobietki. Ją skrzywdził ktoś, więc ona skrzywdzi Ciebie. O taak, kobiety są pod tym względem bardzo słabe. Brakuje jeszcze tego aby przeniosła tą `mądrość życiową' na inne aspekty życia. Np. Ktoś ją okradnie, to ona okradnie kogoś itd. Widzicie jakie to zachowanie jest głupie? Moim zdaniem jest. Ale skrzywdzona kobieta uważa, iż ma prawo ukarać mnie za grzechy wspomnianego wyżej `łośka'. Stwarza sobie obraz świata, w którym za całe zło odpowiedzialni są `samce'. Podobnie ma ojciec rydzyk `masoni', narodowcy `murzyni', młodzież wszechpolska `geje', naziści `żydzi' itd. Jest to nie tyle krzywdzące co głupie. Ale trudno. Zranionej kobiety nikt nie przekona że jest inaczej. Ja też kiedyś zostałem skrzywdzony ale na bank nie będę się mścił na innych kobietach tylko dlatego że ta jedna była zła. To kwestia wewnętrznej siły i zasad. Nic więcej.

Dlaczego napisałem że 50% kobiet nie chce być szczęśliwe? Ano dlatego iż kobieta to stworzenie raczej emocjonalne. Mężczyzna jest stworzeniem emocjonalno-refleksyjnym. Jak przypali sobie łapska żelazkiem, to drugi raz tego nie zrobi. Ale kobieta myśli że może jednak się uda dotknąć i nie sparzyć. Nadzieja matką głupich Dlatego po raz wtóry wchodzi w związek z kolejnym łośkiem, ażeby mieć dobitniejszy dowód na to, że facet to świnia. Paranoja. No ale czasami zdarza się tak że kobieta trafi na dobrego, uczciwego, kochającego mężczyznę, który zapewni jej uczucie. I co się wtedy dzieje? Ano najczęściej kobieta odchodzi mówiąc `jesteś dla mnie za dobry'. Zawsze mnie zastanawiało jak tłumaczą się kobiety. Że `nie ma już tego ognia' itd. No jasna giwera, wychodzi na to że każdy kochający facet staje się łóżkowym nudziarzem tylko, jakoś mi się w to wierzyć nie chce. Wychodzi na to że uczciwy = nudny. Jak rozumiem lepiej być z facetem nieprzewidywalnym. Nigdy nie wiadomo czy po powrocie do domu strzeli w morde czy przytuli. Taaak. To jest ciekawe, zaiste. Kobieta niby szuka oparcia, przyjaźni, czułości. A kiedy to wszystko już ma stwierdza nagle, iż `dusi się w związku' i szybko konsumuje związek z kolejnym `łośkiem'. Efekt jaki jest, każdy widzi. Nie mam pojęcia z czego to wynika ale jest to diabelnie zastanawiające! Z mojej autopsji wynika, że istnieją kobiety, które MUSZĄ mieć w życiu pod górkę bo inaczej się zanudzą. Przykład mojej ex. `O Jezu! Ile ja mam pracy! Ja nie mam kiedy odpocząć! O Jezu!' a zaraz potem `Mam cały tydzień wolnego. Co ja będę robić? O Jezu. Jak nudno. Przecież ja się zanudzę. Nawet nie mam z kim wyjść'. Najczęściej są to niewiasty z kompleksami, nie umiejące się niczym zająć. Dochodzi do tego brak jakiegokolwiek hobby i pretensje do innych że Ci nie umilają jej czasu. Cóż, jak taka kobieta jest nudna i nie umie się niczym zająć to w sumie zaczynam rozumieć po co jej `łośki'. Bo w sumie taka duszyczka potępiona błąka się od jednego samca do drugiego szukając `tego czegoś'. A co to jest? Nie wiem. Ona sama nie wie. Ale szuka. Dlatego stały związek z takim egzemplarzem jest bezsensem. Bo nawet jeśli taka niewiasta trafi na Ciebie i będzie jej się wydawało iż jesteś tym jedynym, to bądź pewien że nie będzie tak zawsze. Powie że jesteś za dobry a ona dusi się w związku. Wejdzie w krótką relacje z `łośkiem' ażeby się dowiedzieć (o zgrozo!) czy aby na pewno dobrze zrobiła wybierając Ciebie. A potem sprawdzi drugi raz. Kiedy się wreszcie upewni to będzie jak do rany przyłóż. Ale po miesiącu znowu nadejdą wątpliwości. A wtedy nasza dziewoja sprawdzi trzeci raz czy te dwa pierwsze upewniania się były aby na pewno gruntowne. I tak dalej i tak dalej Nie ma znaczenia czy nasza panna jest po zawodówce, liceum czy po studiach wyższych. Schemat powyższy może objawić się w każdej z wymienionych grup. Na kobiety dominujące też czasu nie traćcie. Najczęściej pod płaszczem `dominacji' kryje się szczenięca niedojrzałość. `Albo będzie tak jak ja chce, albo nie będzie w ogóle!'. Nie ma znaczenia czy będziesz darł z taką koty, czy też posłusznie jej słuchał. Psyche zrypiesz sobie jak 2 x 2 = 4. Kobieta wyzwolona różni się tylko tym od tej niezdecydowanej że teoretycznie wie czego szuka. Ale i tak nigdzie tego nie znajduje. Taka kobieta jest jak róża. Może i piękna, ale przebywanie z nią grozi pokłuciem. Czy warto dawać się ranić aby być z piękną z wyglądu? Nie sądzę. Ona oczywiście twierdzi że jest tego warta. Ale rozbuchane ego to już inna historia.

Tak czy inaczej ponad 50% pań po prostu nie wie czego chce albo żąda niemożliwego. Ostatnio przeczytałem coś takiego: Pani się pyta na forum czy są tacy faceci (tutaj wymienia same superlatywy). Ktoś jej odpisuje `są ale brzydcy'. Na co pani coś w stylu `aha, czyli nie ma '. I już wiadomo dlaczego kobiety nie widzą dobrych facetów. Bo taka kobieta pytając o dobrego ma podświadomie na myśli dobrego i przystojnego. Czyli królewicz bajki jak malowany. Na koniec jeszcze taka mała ciekawostka. Niestety przerabiałem to osobiście. Pod koniec mojego związku dawałem z siebie 150% normy aby ten związek utrzymać. Moja dziewczyna dawała okrągłe 0%. W końcu zrezygnowałem bo godziło to w moją godność. Jaka była pointa tej bajki? Ano taka że ex stwierdziła że `facet to świnia i się nie stara tak jak starać się powinien!'. Wniosek prosty panowie. Dawajcie z siebie 200% normy i nie liczcie na nic w zamian (sarkazm oczywiście). Dlaczego panie tylko wymagają a nic nie dają w zamian? Ano najczęściej jest to spowodowane tym że dały `łośkowi' i nie chcą drugi raz powtórzyć błędu. Problem polega na tym że nasze dziewoje chcą być w związku i nie być w nim jednocześnie (mam nadzieję że nadążacie). A jak wiadomo nie można `mieć jabłka i zjeść jabłko'. Panie oczywiście mają na to swoją teoryjkę. `Facet był za słaby aby sprostać moim oczekiwaniom'. Szanowne niewiasty. Ja mogę dać i 150% normy, ale warunek jest jeden, WZAJEMNOŚĆ. Jak mężczyzna zauważy że jego wysiłki idą w próżnię to po prostu zrezygnuje. Żadna `róża' nie jest warta permanentnego pokłucia. Wiem że wy uważacie się za ewenementy (jestem mądra, piękna, wykształcona, mam mieszkanie, dobrze zarabiam itd.) ale to naprawdę nie o to chodzi. Jeśli nie macie ludzkiego charakteru to sprawa się rypnie i tyle. No ale i tak nam zarzucacie że nie chcemy `reanimować trupa'. Oj nie chcemy. Faceci rzadko popadają w chore ambicje.

Jeśli czytelniku mój drogi dotrwałeś do tego momentu to szczerze Ci gratuluję! Wytrwałość cenna rzecz. Powyższy tekst nie ma na celu nikogo obrażać a jedynie wzbudzić jakieś refleksje. Szczególnie jeśli czujesz się jakoś związana z tym co napisałem. Jestem przekonany że do co najmniej 50% pań ten opis pasuje jak ulał. I żeby była jasność to jeszcze małe wytłumaczenie. Drogie niewiasty. Ja wiem że wy jedno myślicie, drugie chcecie, trzecie robicie, a czwarte mówicie ale ja jestem mężczyzną. Więc skoro piszę że `co najmniej 50% pań' jest takich, to znaczy tylko i wyłącznie to, że mam na myśli ok. 50% i nic więcej. Znam wasze zamiłowanie do nadinterpretacji i wiem że jeśli nie podkreślę tego fragmentu to zostanę zbluzgany za wyzywanie 100% kobiet.

Felix Kalita

Jak widać komentarze na onecie nie zawsze są takie złe.

niedziela, 11 października 2009

Pokaz w Gronitach

Runą i w łunach spłoną pożarnych

Wiersz przypisany Miłoszowi, jednak prawdziwym jego autorem jest Zbigniew Turek.
Runą i w łunach spłoną pożarów
Krzyże kościołów, krzyże ofiarne
I w bezpowrotnym zgubi się szlaku
Z lechickiej ziemi orzeł Polaków
Na ziemskim globie flagi czerwone
Będą na wieżach grały jak dzwony
Czerwona Armia i wódz jej Stalin
Odwiecznych wrogów na niej obali.
O jasne słońce, Wodzu Stalinie,
Niech Twoja sława nigdy nie zginie
Niechaj jak orły prowadzi z gniazda
Rosji i Kremla płonąca gwiazda
Zaćmisz się rychło w wieków godzinie
Polsko i twoje córy i syny
Wiara i każdy krzyż na mogile
U stóp nam legnie w prochu i pyle.

Można czytać kolumnami, tzn. cała kolumna lewa do dołu i następnie prawa, bądź wierszami po całej szerokości. Kto spostrzegawczy, temu gratuluję odkrycia tajemnicy ;) Ku pokrzepieniu serc ;)

Google Reader

Niedawno wyleczyłem się z odwiedzania "standardowych" stron, tzn. z przeglądania treści i aktualizacji w interesujących mnie miejscach sieci - po kolei. Zajmowało zbyt dużo czasu, by dowiedzieć się, że nic nowego na stronie nie ma :). Przerzuciłem się na Google Reader'a - prawie ascetyczne, ale dzięki temu naprawdę potężne narzędzie, dzięki któremu mogę przekopywać internet ;) Polecam każdemu.

Zmiana języka z polskiego na angielski daje nam parę ciekawych opcji, np. możliwość dodawania plików do popularnych stron społecznościowych (digg, twitter, delicious itd), albo też (z pomocą Google Gears) zgranie aktualnych treści do czytania offline (na lapie w podróży na przykład).

Dla przeglądarek komórkowych jest jeszcze fajny psikus - wystarczy zamiast oryginalnego adresu http://reader.google.com podać http://www.google.com/reader/m/view/ i już mamy odchudzoną wersję czytnika.

Mi to bardzo odpowiada, polecam!

sobota, 10 października 2009

Udowodnij, że jesteś

Wykopane, po prawej na dole można włączyć polskie napisy.



Uzależnienie od konsumpcjonizmu.

piątek, 9 października 2009

Na koniec dnia...

Do poprzedniego posta dorzucę jeszcze parę rzeczy :)

Po pokazie na Uranii. Zdjęcie jest i film :)

Uirapuru na pokazie Berserker's Team



Do tego parę ciekawostek:

Adobe nabija się z Apple, bo flash jest ponoć zbyt wolny dla iPhone'a (jak się domyślam Apple nie życzy sobie flash'a, ponieważ bogactwo tego środowiska skazałoby na niebyt sklep z autoryzowanymi aplikacjami do tego telefonu).



w3portfolio.pl

Kibicuję każdemu takiemu przedsięwzięciu, serwis ma za zadanie łączyć twórców stron internetowych. Dopiero wystartował, ale już się rozgościłem i mam nadzieję, że będzie fajnie ;)

www.sumopaint.com
Sumo Paint
Jeśli jesteś w trasie i na kompie nie masz ani Paint Shop Pro, ani Gimpa czy Photoshopa - a masz dostęp do neta - to jesteś uratowany. I nie jest to już pierwsza generacja narzędzi online a - zaiste - prawdziwy kombajn graficzny stworzony we flashu :)

Wojny biurowe

Pierwszy troche spokojniejszy dzien, znaczy - wyspałem się :) Dziś pokaz BJJ na Uranii, parę dupereli i spokojny wieczór. Jutro pierwszy zjazd na uczelni.

A Ninka się nam jeszcze nie skompilowała do końca ;) Czekamy ;)

środa, 7 października 2009

wyborcza.pl - Polacy idą na swoje

Już wiemy dlaczego gwałtownie nie skoczyło w kraju bezrobocie. Kosmetyczki, salony fryzjerskie dla psów, produkcja materiałów do wyposażenia trumien - zwalniani z pracy Polacy masowo zakładają firmy. Może ich powstać nawet 400 tys. W oblężonych pośredniakach skończyły się dotacje na własny biznes.

Pani Ewa z przyjaciółką Magdą kilka razy dziennie myślą o dwóch liczbach. Pierwsza to 16 tys. zł - tyle czynszu muszą co miesiąc płacić za otwartą przed kilkoma dniami sklepokawiarnię z luksusową odzieżą niedaleko warszawskiej ulicy Foksal. Druga cyfra to 250 tys. zł. Taki kredyt inwestycyjny musiały zaciągnąć. Obie są przed trzydziestką. To, co miały, włożyły w ten interes.

Kilkanaście kilometrów dalej na warszawskim Wilanowie pani Izabela uruchomi w tym tygodniu salon fryzjerski. Zebrała razem z narzeczonym 50 tys. zł. Połowa z tego to oszczędności. Drugą pożyczyła rodzina. Remontują 130 m kw. Będzie tu fryzjer, masaż, manikiur i pedikiur. A w przyszłości solarium. Czynsz 3,5 tys. zł miesięcznie.

Statystycznie rzecz biorąc, jeden z tych biznesów - pani Ewy z Magdą albo pani Izy - padnie w ciągu trzech lat. Tak mówią dane PKPP Lewiatan.

Kryzys budzi przedsiębiorców

Polacy nie przejmują się tymi statystykami. W kraju mamy zarejestrowanych ponad 2 mln firm. A ostatnie kilka miesięcy to prawdziwa eksplozja przedsiębiorczości. Pięć lat temu, gdy wchodziliśmy do Unii, Polacy założyli 233 tys. firm. W tym roku, jak szacują największe organizacje pracodawców, powstanie ich niemal 400 tys.

Kto idzie na swoje? Młodzież i kobiety, bo mają szczególne problemy ze znalezieniem stałej pracy.

Z najnowszego raportu Komisji Europejskiej wynika, że ponad jedna piąta aktywnych zawodowo Polek prowadzi własne firmy. W większości z sukcesem. To jeden z najlepszych wyników w Unii.

- Do zakładania własnych firm masowo biorą się też młodzi. Co piąty z nich nie ma skończonych 25 lat - mówi Barbara Grabowska, szefowa bydgoskiego pośredniaka.

Pytała 212 absolwentów bydgoskich szkół o plany na przyszłość. 38 proc. z nich chce założyć firmę. To i tak mniej niż w całym kraju. Badania Eurobarometru pokazują, że blisko połowa młodych Polaków chce mieć własną firmę. To drugi najlepszy wynik spośród wszystkich krajów w Europie. Przed nami są tylko młodzi Łotysze.

Własne firmy chcą zakładać osoby, które kryzys pozbawił etatów.

Spektakularną ofiarą kryzysu są 17-tys. Łapy na Podlasiu. W ubiegłym roku padła tam cukrownia zatrudniająca kilkaset osób. W tym splajtowały Zakłady Naprawy Taboru Kolejowego. Istniały od prawie 147 lat. Pracę straciło 750 osób.

Zwolnieni przychodzą do urzędu pracy po pieniądze. Na założenie własnej firmy można dostać w całym kraju 19,6 tys. zł dotacji z Funduszu Pracy. Trzeba być zarejestrowanym jako bezrobotny i złożyć wniosek z biznesplanem. Większe szanse na wsparcie mają osoby, które zadeklarują wkład własny - choćby 1-3 tys. zł.

- Teraz zgłaszają się po dotacje zwolnieni w ubiegłym roku z cukrowni. Ludzie z Zakładów Naprawy jeszcze się nie biorą do zakładania własnych firm, im należy się zasiłek. Ale przyjdą. Nie ma co się łudzić. W Łapach działają już niemal tylko małe, rodzinne firmy. Etatów nie dadzą - mówi Krystyna Tomczak, szefowa filii białostockiego Powiatowego Urzędu Pracy w Łapach.

W tym roku o pomoc w założeniu firmy poprosiło w Łapach 30 osób. Dwa razy więcej niż w ubiegłym. Kolejne wnioski czekają na rozpatrzenie.

Podobnie jest w Stalowej Woli, monomieście uzależnionym od huty. Od stycznia stalowowolski zakład pracuje na cztery piąte etatu, pracownicy zarabiają o 20 proc. mniej. Z firmy musi odejść 300 osób. Huta cierpi, bo załamał się rynek budowlany na świecie.

- Parcie na pracę na własny rachunek jest ogromne, dużo większe niż w ubiegłym roku - ocenia Zofia Zielińska-Nędzyńska, dyrektor PUP w Stalowej Woli. - Gdy huta zwalnia, ludzie nie mają alternatywy. Zakładają sklepy, firmy remontowe.

W Inowrocławiu dotacje dla zakładających firmy już się skończyły. - Pomogliśmy 250 osobom, każdy dostał po 14-15 tys. zł. Z kolejnymi 50 podpisaliśmy już umowy - mówi Mariusz Maciejewski z inowrocławskiego PUP. - I pieniądze na ten rok się skończyły. A wnioski spływają nadal. - Na biurku mam kilkadziesiąt, na wszystkie będziemy musieli odpisać odmownie.

Podobnie jest w Bydgoszczy, gdzie w tym roku bezrobotni założą o 60 proc. więcej firm niż w ubiegłym roku. Od początku roku firmy założyło 384 bezrobotnych. 72 proc. z nich dostało dotacje. Tyle ile w 2008 przez cały rok.

Dotacjami wyciągają z szarej strefy

W 2008 r. nowo powstające firmy wzięły na rozkręcenie swoich interesów 560 mln zł z funduszy Ministerstwa Pracy. Do końca sierpnia tego roku już ponad 650 mln zł! (plan ministerstwa przewidywał 395 mln, i to na cały rok). W przyszłym resort rezerwuje na dotacje dla początkujących przedsiębiorców w swoim budżecie już miliard złotych.

- Pieniądze rozchodzą się momentalnie - twierdzi Jolanta Fedak, minister pracy.

Zdaniem Fedak kwota dotacji jest na tyle duża, że firmy zakładają nawet osoby, które do niedawna działały w szarej strefie.

Fedak tłumaczy to prostą kalkulacją. Wcześniej takim osobom zwyczajnie nie opłacało się ujawniać. Mogły dostać z pośredniaka ledwo 4-5 tys. zł na założenie firmy. Dziś, gdy kwota urosła czterokrotnie, skalkulowali, że warto założyć legalny interes. Choćby fryzjerzy, zamiast strzyc klientów w domu bez ewidencji, teraz wynajmują lokal i działają legalnie.

- Ostatnio jeden ze starostów z zachodniej Polski mówił mi, że po pieniądze na założenie warsztatu zgłosił się człowiek, który wcześniej sprowadzał z zagranicy "na lewo" samochody - opowiada Fedak. - Zgłosił się do urzędu pracy, mówiąc, że kończy z tamtym procederem. Dostał pieniądze na założenie firmy. To nie wszystko. Ostatnio drugi raz przyszedł do pośredniaka, by mu wyszukać kilku pracowników, bo chce ich legalnie zatrudnić.

Polak otwiera budkę z hamburgerami

Patrząc na statystyki Ministerstwa Pracy, widać, że Polacy najchętniej biorą dotacje, by założyć firmę budowlaną, warsztat samochodowy, sklep z odzieżą (głównie ciucholandy), zakłady fryzjerskie i kosmetyczne.

Naturalnym ograniczeniem jest wysokość kapitału. Małe firmy zazwyczaj nie mają szansy na kredyty bankowe (chyba że mogą przedstawić jakieś zabezpieczenie, np. nieruchomość). Pieniądze do zainwestowania to często niewielkie oszczędności plus dotacja z urzędu pracy.

"Goła" dotacja z urzędu pracy starczy na? - Otworzenie biura - mówi Marta Tyrakowska z PUP w Gorzowie Wielkopolskim. - Jeszcze zostanie reszta. Żeby otworzyć np. biuro rachunkowe, trzeba kupić średniej klasy komputer, oprogramowanie, krzesło, biurko.

I dodaje: - Nasza dotacja nie jest dla dużych przedsiębiorców. Najczęściej zgłaszają się do urzędu osoby, które chcą założyć niewielki osiedlowy sklepik, w którym handlują mydłem i powidłem: ciastkami, gazetami, lodami. I za 18 tys. zł towar kupią.

A jeśli ktoś chce zakładać wielki market czy firmę produkcyjną, to najczęściej stara się o dużo większe środki unijne.

Tu zdobyć można nawet 40 tys. zł bezzwrotnej pomocy. Chodzi o program o nieludzkiej nazwie „Działanie 6.2 z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki »Promocja przedsiębiorczości i samozatrudnienia «”. Komisja Europejska zarezerwowała na niego 400 mln. euro Zdobyć je jednak o wiele trudniej niż pieniądze z urzędów pracy.

- Wiele osób, gdy o tym słyszy, zapala się - opowiada Andrzej Głowacki, prezes firmy DGA organizującej szkolenia dla 8 tys. zwolnionych stoczniowców ze Szczecina i Gdyni. - Ale zanim dostaną pieniądze, muszą przejść kilkumiesięczne szkolenie. Tam tłumaczy się im jak badać rynek, jak przygotować biznesplan, jak zdobyć kapitał.

Głowacki opowiada, że na szkoleniach jest już 200 osób ze Szczecina i 120 z Gdyni. Chcą zakładać kwiaciarnie, salony kosmetyczne, salony masażu. - Wiadomo, że część tych firm padnie, ale musimy robić wszystko, by tych upadków było jak najmniej. Musimy ludzi przygotować na zderzenie z rynkiem. Na razie najlepiej radzi sobie założony przez trzy panie salon strzyżenia psów. Mają mnóstwo klientów - cieszy się Głowacki.

Co czwarty padnie

- Pytam bardzo często, jak ktoś stara się, abyśmy zainwestowali w jego projekt: Skąd wiesz, że to dobry pomysł? Robiłeś jakieś analizy, badania? Nader często słyszę: Nooo, pytałem rodziców - mówi szef jednego z funduszy inwestycyjnych (chce pozostać anonimowy):

Szef funduszu uważa, że do nawet małego biznesu trzeba podchodzić jak pani Agnieszka, która zdecydowała się na szycie i sprzedaż tzw. utensyliów funeralnych, czyli wyposażenia trumien. Szukała branży, w której bez względu na to, czy jest kryzys, czy go nie ma, popyt nie spada. Przed urlopem macierzyńskim (ma dwójkę dzieci) też szyła, ale dla kogoś. - Duże wymagania za niewielkie pieniądze - ocenia.

Była już na targach funeralnych, by poznać nowe trendy. - Rozmawiałam z zakładami pogrzebowymi i producentami trumien. Ci mają już swoich dostawców, ale nie ukrywają, że liczy się cena - mówi.

- Chętnym do zakładania firm brakuje analizy rynku, realnego podejścia do kosztów i dochodów - mówi prezes Raiffaisen Banku Piotr Czarnecki, który w ciągu dwóch lat konkursu współorganizowanego przez Gazetę Wyborczą "Pomysł na Firmę" oceniał blisko 3 tys. biznesplanów.

- Wśród nadsyłanych na konkurs propozycji wiele było ciekawych. Co z tego, skoro ich biznesplany były niewiarygodne - mówi Czarnecki. Jego zdaniem świadczy to o olbrzymich brakach w systemie edukacji ekonomicznej w Polsce.

Z drugiej strony nawet jak uda się uruchomić własną firmę, młodzi biznesmeni często zakładają tylko jeden scenariusz rozwoju wydarzeń, czyli sukces. - Trzeba być gotowym na niespodzianki - warunki rynkowe ciągle się zmieniają. Nagle pojawia się konkurencja, rosną drastycznie czynsze, odchodzą pracownicy i trudno znaleźć nowych. Gdy o tym nie pomyśleliśmy zawczasu, biznes pada - mówi Czarnecki.

Niezależnie od tego, za czyje pieniądze założona jest firma - własne, unijne czy Ministerstwa Pracy - zgodnie ze statystykami Lewiatana co czwarta nowo powstała firma nie jest w stanie przetrwać nawet roku. Jeśli była otwierana za dotację z pośredniaka, pieniądze trzeba zwrócić.

I co wtedy?

Porażka - jak mawiał Henry Ford, założyciel koncernu Ford Motor Company - daje możliwość rozpoczęcia przedsięwzięcia na nowo, w sposób lepiej przemyślany.

Źródło: Gazeta Wyborcza

onet.pl - Ofiary Uniwersytetów

Michał ma dyplom z resocjalizacji i kręci placki na pizzę. Kasia uczyła się prawa, żeby podlewać kwiatki w firmie ojca. - Studia są niebezpieczne – mówią absolwenci wyższych uczelni. – Pozwalają nam się łudzić, że będziemy pożądani na rynku pracy.

Michał M. ma 27 lat i wyższe wykształcenie resocjalizacyjne zdobyte na Uniwersytecie Warszawskim. Nie szuka jednak pracy w zawodzie, zraził się podczas stażu w podwarszawskim ośrodku dla trudnej młodzieży. Dzieciaki pluły mu w sweter, wyzywały od najgorszych. – Podchodzę do takiego 13-letniego Krzysia i pytam: jak się masz? A on na to: „Sp…aj, bo albo ja albo mój starszy brat tak ci naj…my, że nie wstaniesz” – opowiada Michał. – Któregoś dnia patrzę na ścianę, a na niej napis markerem pociągnięty: „Pan Michał to pedał”. Wtedy postanowiłem odejść.

I odszedł. Do sieciowej pizzerii, gdzie od dwóch lat kręci placki i zalewa je pomidorowym sosem za 1,7 tys. zł miesięcznie. Kiedy spytasz go o zawodowe ambicje, to odpowie, że się ich wyzbył, że wprawdzie myśli o przyszłości, ale nie ma jeszcze nowego planu na życie. O studiach mówi, że nie przygotowały go do zawodowego życia, że zamiast tego karmiły go etosem inteligenta-społecznika. – Zwyczajna farsa. Wybierając te studia, postawiłem na złe konie – wyznaje.

Ewelina R. w czerwcu ukończyła 28 lat i studia marketingowe w jednej z tych prywatnych szkół w Poznaniu, gdzie jedynym warunkiem zaliczenia semestru jest wpłata czesnego. Podczas studiów nie szukała praktyk, nie nadbierała zawodowego doświadczenia. Dlatego kiedy po trzech miesiącach intensywnych starań o pracę dostała angaż w salonie operatora telefonii komórkowej, ucieszyła się szczerze i pomyślała: „Dobre zajęcie na przeczekanie. Chwilę tu popracuję, a w międzyczasie rozejrzę się za czymś lepszym”. – Wiele moich koleżanek zarabia pieniądze w podobny sposób albo pracują u swoich ojców – zauważa Ewelina i dodaje: – Studentki to są gotowe nawet sprzedawać zapiekanki w podziemiach przy Metrze Centrum. Czy wiesz jak tam śmierdzi?

Ewelina nie zamierza brudzić sobie rąk. Zamiast tego pokazuje telefony, podtyka klientom prospekty i opowiada o cennikach. I nieważne, że co miesiąc na kosmetyki i kino wydaje równowartość swojej pensji – 1,5 tys. zł (mieszkanie i codzienne sprawunki wciąż opłacą jej rodzice). – Pracuję dopiero kilka tygodni, ale mam już tego dość. Większość ludzi i tak przychodzi do salonu tylko pooglądać aparaty. Chciałabym robić coś poważniejszego. Pracować w banku albo być asystentką prezesa jakieś ważnej firmy.

Maciek B. (także 28 lat) jest jej przeciwieństwem. Umysł analityczny. Kiedy dostaje wypłatę, sporządza listę stałych wydatków w Excelu. Ma dyplom z zarządzania i dobrze wie, że na dziecko i żonę zarobi najlepiej kelnerując w restauracji na warszawskiej starówce. Ale tej lekcji nie odebrał na studiach. Pracuje sześć dni w tygodniu. Od 11 rano do oporu. I tak od pięciu miesięcy, kiedy bank, w którym pracował, zwolnił kilkadziesiąt osób. – Na gwałt potrzebowałem dobrze płatnego zajęcia. Mam rodzinę, nie mogłem stracić ciągłości finansowej – wyjaśnia Maciek. – W restauracji wyciągam miesięcznie pięć tysięcy złotych i chwilowo nie mam siły myśleć o czymś bardziej ambitnym. Czy ty wiesz, jak boli kręgosłup po całym dniu noszenia talerzy?

Kasia M. (29 lat) opuściła tylko trzy dni zajęć podczas pięciu lat studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim. Potem próbowała dostać się na aplikację - adwokacką albo notarialną. Na egzaminach jednak poległa – znalazła się kilkadziesiąt pozycji pod kreską. Miała spróbować rok później, ale - jak mówi - „zasiedziała się w biurze u ojca”. Siedzi tam już dwa lata. Ojciec Kasi prowadzi firmę budowlaną. Ona jest członkiem zarządu, specjalistą ds. marketingu i asystentką prezesa w jednym. Zarabia 4 tys. złotych miesięcznie – Ale tak naprawdę to nic nie robię. Firma jest mała, nie ma tu zajęć dla mnie – przyznaje szczerze. – Tyle co kwiaty podleję w gabinecie, raz na dwa miesiące zaktualizuję stronę internetową o nowe zdjęcia z inwestycji.

Kasia mówi o swojej pracy, że jest tymczasowa, że chce przeczekać kryzys, że za jakiś czas poszuka pracy biurowej w kancelarii i jeszcze raz spróbuje dostać się na aplikację. Opowiada o swoich kolegach ze studiów prawniczych, że tylko nieliczni pracują w zawodzie, że większość rozpłynęła się po biurach i miejskich urzędach.

Czujemy się oszukani

Przed sześcioma laty Rządowe Centrum Studiów Strategicznych prognozowało, które specjalizacje będą najbardziej pożądane na rynku pracy w 2010 roku. Eksperci zachęcali do studiów pedagogicznych, informatycznych, prawniczych i psychologicznych. W cenie mieli być też inżynierowie, absolwenci zarządzania i kierunków niszowych – np. turkologii.

– Czuję się zawiedziona. Kiedy zdawałam na marketing mówiło się, że to zawód z przyszłością – wyznaje Ewelina.

– Czuję się oszukany – mówi Michał. – Na uczelni mówili, że będzie zapotrzebowanie na pedagogów. Szkoda tylko, że nikt nie mówił, jak obciążający psychicznie będzie to zawód – dodaje.

– Czas i rynek weryfikują zapotrzebowanie. Dziś nie wybrałabym prawa. Poszłabym na ogrodnictwo – Kasia przyznaje się do frustracji.

Psycholog biznesu, dr Leszek Mellibruda, rozumie frustrację młodych ludzi. – Absolwenci szkół wyższych ulegają często presji otoczenia i nie wybierają tego, co dla nich najlepsze. Myślą: pójdę do jakiejkolwiek pracy, bo nie wypada być bezrobotnym - tłumaczy.

Opowiada o absolwentach szkół medycznych, którzy chętnie dają się werbować do pracy w handlu farmaceutykami. Do rezygnacji z zawodu lekarza ma ich skłaniać nie tyle wyższa pensja, co dodatkowe apanaże: samochód, laptop albo telefon bez limitu połączeń.

Mellibruda zauważa jednak niebezpieczeństwo, jakie wiąże się z „zasiedzeniem się” w pracy poniżej oczekiwań. – Badania wyraźnie wskazują, że jeśli utkwimy w pracy niespełniającej naszych oczekiwań dłużej niż na 3-5 lat, to jest mało prawdopodobne, że wrócimy do wymarzonego zawodu - wyjaśnia.

Mierny, bierny…

Zdaniem psychologa pracy i doradcy rozwoju osobowości, Iwony Majewskiej-Opiełki, założycielki Akademii Skutecznego Działania, myślenie o studiach jako gwarancie atrakcyjnej pracy jest pomyłką. Studia mają dać wiedzę, a nie doświadczenie zawodowe. – Młodzi ludzie powinni zdobywać kompetencje podczas praktyk i płatnych staży. I zapomnijmy o tym micie, że absolwent wyższej uczelni jest przygotowany do pracy w zawodzie – radzi.

Jednocześnie zaznacza, że podjęcie pracy poniżej kwalifikacji jest zjawiskiem pozytywnym. – Oczywiście, o ile jest etapem prowadzącym do rozwoju zawodowego – wyjaśnia Majewska-Opiełka i podpowiada, jakie uniwersalne cechy charakteru ułatwiają absolwentowi wyższej uczelni zdobycie pracy. – Powinien mieć zdrowe poczucie wartości i odpowiedzialne podejście do pracy. Powinien być spójny wewnętrznie, uczciwy w przedstawianiu siebie – wylicza Majewska-Opiełka. – Pracodawca ceni szczerość i naturalność pracownika.

Czy rzeczywiście tak jest? Nasz bohater – kelnerujący Maciek sięga pamięcią do doświadczeń zdobytych w banku. – Wielkie korporacje tworzą kult pracy. Mówią, jak bardzo twoja praca jest ważna dla funkcjonowania firmy. W rzeczywistości chcą, byś potulnie wykonywał swoje obowiązki. Jak klepią cię po ramieniu, to aż głupio powiedzieć, że coś ci się nie podoba - mówi.

Maciek przedstawił definicję dobrego pracownika, którą już przeszło sto lat temu sformułował wybitny niemiecki socjolog Max Weber: „Dobry pracownik nie traktuje swego zawodu jako powołania i nie snuje żadnych marzeń na temat własności pracy i odpowiedzialności”. Maciek pyta głośno: – Czy nie jest tak, że wracamy do starej doktryny: „mierny, bierny, ale wierny?”

Po 16 robię, co lubię

Po pracę na przeczekanie jeszcze częściej sięgają artyści.

– Sztuka tylko nielicznym daje pieniądze. Wielu z nas jest zmuszonych do pracy w agencjach reklamowych, w marketingu albo w mediach – przyznaje Janek Pstrokoński (27 lat), perkusista rockowej grupy Phantom Taxi Ride, który na co dzień sprzedaje firmom czas reklamowy. – Od 8 do 16 robię to, co muszę, później robię to, co lubię.

Jarek Ważny jest puzonistą Kultu. Zanim Kazik Staszewski zaproponował mu wspólne koncerty, Jarek musiał godzić muzykę z obowiązkami służbowymi. Pracował w biurze prasowym Platformy Obywatelskiej. – Tak żyje większość moich kolegów, zwłaszcza ci, którzy mają na utrzymaniu rodziny. Gdyby nie angaż w renomowanym zespole, który gra dużo płatnych koncertów, nadal musiałbym zarabiać na życie gdzie indziej - mówi.

Marcin Michalski (27 lat), pedagog z wykształcenia, pracownik przetwórni ryb z wyboru, a ponadto miłośnik improwizowanego rymowania (freestyle’u), proponuje szukać pocieszenia w historii literatury. – Każdy, kto pracuje poniżej swoich ambicji i kwalifikacji, dowie się, że Bolesław Prus był ślusarzem. Władysław Reymont - czeladnikiem krawieckim. Edward Stachura i Ernest Hemingway pracowali z drwalami, Tadeusz Konwicki był elektromonterem, a Melchior Wańkowicz kierował hurtownią tytoniu i pomagał na kurzej farmie.

Maciej Wasielewski, tvn24.pl dla Onet.pl

sobota, 3 października 2009

Garść fajnych wykopów

Poznajdywane w necie:

1) 10 grup, do których trochę głupio należeć - wyrwało mnie z kapci ;)

2) Parę ciekawych filmów:

Trochę opowiedziane o nowym tworze google, już się nie mogę doczekać



Parę sprawnościowych ćwiczeń ;)



Taki tam fajny wynalazek ;) a raczej pomysł na wykorzystanie żyroskopu :)



Z aktualnych spraw jeśli mogę skomentować to:

a) Rosja to chuje i robią ponoć znowu syf w Gruzji, ale chciałbym zrozumieć też ich (rosjan) punkt widzenia;

b) Polański przeleciał 13-latkę, to nie zaprzeczalny fakt i przestępstwo ścigane z urzędu (młoda mogła sobie wycofywać oskarżenia, sąd i tak będzie). A, że każdy jest równy wobec prawa... Jak to mówią - przyszła kryska na Matyska;

c) Martwi mnie "TAK" dla Unii Europejskiej w Irlandii. Oznacza to tylko tyle, że Konstytucja naszego kraju przestaje być ustawą zasadniczą, a teraz ponad nią będzie ustawa zasadnicza unii europejskiej, tym samym przestajemy być suwerennym samostanowiącym o sobie krajem. Da to także faktyczny początek Unii Europejskiej, bo jako taka do tej pory wogóle nie istniała, a my staniemy się powiedzmy jej "województwem".

czwartek, 1 października 2009

Olcamp

No to swoje pierwsze spotkanie olcampowskie mam za sobą. Była to już 11 edycja spotkań branży informatycznej, czekałem na to od lipca i jakoś tak wypadło, że miałem dziś te 3 godziny by zajrzeć, posłuchać i pomyśleć :) Całość odbywała się w klubie WaMa (ten sam, w którym swoje capo spotkania robiliśmy), przybyło na oko jakieś 50 osób. Co się działo?

1) Filmaster.pl - Adam Zieliński, jeden z programistów serwisu opowiadał nam o swoim dziecku - co, jak, po co i dlaczego.

2) mixxt.pl - tu z kolei swymi zdolnościami oratorskimi popisał sie pr'owiec serwisu Jakub Górnicki - troszku śmiesznu, troszku strasznu :) Ale i tak ciekawie :)

3) prv.pl - o kulisach giganta początków polskiego internetu opowiadał nam Wojciech Przyłęcki - prezes zarządu inkubatora InQbe, o którym to też parę słów wspomniał :)

W mojej opinii (wszak gusta są różne) każda prezentacja była ciekawsza od poprzedniej, ale brakowało mi paru rzeczy. Pierwsza i podstawowa - to coś, o czym przeczytałem gdzieś nie dawno - informatycy to nie marketingowcy, i choć faktycznie Olcamp jest spotkaniem branżowym, obfitym w żargon itd - to jednak odniosłem wrażenie, że zainteresować nawet kolegów po fachu to spora sztuka. Zainteresować, a co dopiero swój produkt skutecznie sprzedać. Tak więc zgadzam się z postawioną tezą, że informatycy muszą uczyć się o marketingu.

Druga sprawa, to wyczuwam olbrzymią bezwładność tematu społecznościówek, o ile moim zdaniem on przymiera (mogę się mylić), to "środowisko" wciąż prze na nowe serwisy i jakoś ciężko wyhamować ten pęd. Opowiastki o mixxt.pl w moim zdaniu mnie tylko utwierdziły - z 1600 społeczności stworzonych tam przeciętna ma 22 użytkowników a "największe osiągnięcia" to jedna z 10 tysiącami, druga z 2 tysiącami użytkowników? Słabo! Wywołało to z resztą zrozumiałe uśmiechy przy stoliku Panów od prv.pl. Dlatego w społecznościówki pakować się osobiście nie mam zamiaru :)

Tak więc czekam z niecierpliwością na OlCamp v.12 w listopadzie i licze po cichu, że może kiedyś ktoś się zainteresuje moim sportakus.pl (kiedy oczywiście powstanie :))