środa, 29 kwietnia 2009

Pracowanie

Ustalmy już coś na początku. Istnieje powód, dla którego nie powstał (w Polsce przynajmniej) synonim słowa 'praca' oddający jakieś pozytywne uczucia. Najmilsze, na co jestem w stanie wpaść to 'pracunia', ale jest to tak naprawdę infantylna wersja kompletnie wypranego z emocji słowa 'praca'.

Nie ukrywajmy, powodem tym jest ludzka (a z pewnością moja) niechęć do pracy. Odróżnijmy tu i odetnijmy się grubą krechą od lenistwa. Pracowanie, zwłaszcza dla innych, przekute na kajdany obowiązku zniechęca do wszystkiego. Pozbawia nas energii, entuzjazmu, kreatywności, a przede wszystkim wolnego czasu.

Od najmłodszego wtłacza nam się w głowy formę, do której mamy w przyszłości przynależeć. Dziecko dumne jest z taty, który jest lekarzem/inżynierem/policjantem, samo dorasta z marzeniem 'bycia kimś'. Uczy się w szkole schematów rozwiązywania zadań, pisania wypracowań, zadaniem jest wpasować się w wymagania nauczycieli i programu - wtedy ma szansę zdać. Oduczane jest kreatywnego myślenia i zadawania pytań. To samo na studiach. Ile z tego zostaje w głowie? Gros studentów zakuwa, zdaje, zapomina. No i zalewa - po sesji. Bo wszyscy piją po sesji, taki schemat.

A potem przychodzi czas na pracę.

Muszę tu wtrącić, że jednostki mają nikłe szanse na prawdziwe zmienianie świata. Dlatego powstają armie, korporacje, rządy - wielkie, sterowane odgórnie systemy ludzi, które jako zespół są w stanie coś naprawdę zrobić. Jednoosobowe firemki niewiele osiągną, produkty opracowuje sztab ludzi, drugi sztab go promuje, trzeci zlicza kasę itd. Praca zakuwa nas w kierat, do którego bezwarunkowo musimy się dostosować, stając się częścią systemu, nad którym władze ma inna osoba. Szef.

Szefowie są różni, jak różni są ludzie. Najlepsi to Ci, którzy potrafią wykazać się empatią i zrozumieniem, a za swój cel stawiają sobie organizowanie i ułatwianie pracy swym pracownikom. To oczywiście wersja mityczna. Szef rzeczywisty to ktoś, kto wie jak my mamy pracować, ale rzadko zniży by się - ze względu na swój 'status społeczny' - do tak mizernej czynności. Dobrze o ile jest człowiekiem rozgarniętym i wie o co mu tak naprawdę chodzi. Najgorsi szefowie to Ci, którzy dają radę z obowiązkami jedynie dzięki pracownikom, skupiający się na odpowiednim stosunku swojej wypłaty do wypłaty pracowników i odpowiednim pielęgnowaniem rzeczonego 'statusu'.

Bycie Szefem to odpowiedzialność. Za Platonem - to ludzie mądrzy i sprawiedliwi powinni mieć władzę. Ilu takich? Wystarczy się rozejrzeć. Statystyka nie pozostawia wątpliwości, więcej debili jest u władzy niż nakazuje zdrowy rozsądek - 'zaleta' demokracji.

Czasem staram się wczuć w swojego Szefa, ale im dalej, tym bardziej uświadamiam sobie, że niesłusznie Go usprawiedliwiam przed samym sobą. Jak można umotywować niewypłacanie pensji? Dorzucanie obowiązków i godzin pracy przy obniżaniu wypłaty? Hipokryzję? Niekonsekwencję? A nawet niewiedzę.

Uzmysłowiłem sobie, że moje problemy zaczęły się w momencie, gdy znowu zacząłem pracować w firmie. Różne rzeczy w życiu robiłem, każde z tych doświadczeń - nawet negatywnych - uczyło. Dużo nauczyłem się obcując z mniej lub bardziej wiochowatymi współpracownikami. Mimo wszystkich pozytywów, najważniejszym wnioskiem było to, że pracując dla innych nie osiągasz nic. Nakręcasz jedynie spiralę (więcej zarabiam => więcej wydaję => potrzebuję zarabiać jeszcze więcej => jeszcze więcej wydaję => ... ), dzięki której masz złudne poczucie 'parcia do przodu', podczas gdy co wieczór czujesz się jak skazaniec ze sznurkiem na szyji, który kolejnym raz fartem urwał się z szubienicy. A prawdziwe 'coś' osiągną dzięki Twojej pracy osoby nad Tobą, najwięcej Właściciel. Wypłata to czasem mało (zawsze za mało, patrząc z ekonomicznego punktu widzenia) . Szczególnie, że żadne pieniądze nie zwrócą Ci zdrowia, czasu przede wszystkim - co wbrew pozorom bardzo ważne - szacunku do samego siebie.

Z faktu posiadania żołądka wynika jednak przymus zarabiania. Zatem jedyne rozwiązanie to pracować dla siebie. Albo wykorzystać istniejący układ w myśl zasady, że "w seksie od tyłu najważniejsze jest być z tyłu".

Mam parę pomysłów, ale nie będę o nich teraz opowiadać :)

niedziela, 26 kwietnia 2009

Studiowanie

Z tym moim studiowaniem to tak zawsze było; bardzo bym chciał, bardzo mi się podoba (mimo, że czasem jest ciężko), czuję ten klimat i - zdaje się - wiem po co to robię. Oczywiście tylko do momentu, gdy patrze na studia z szerszej perspektywy. W momencie, gdy mam przyjrzeć się szczegółom - witki opadają.

Po pierwsze nie ma kiedy studiować. Zazdroszczę wszystkim Wam, którzy macie warunki i stać Was na studiowanie dzienne. Tak - chodzi o kasę - 'darmowe' studia wymagają czasu, którego nie poświęcacie w większości na pracę lub ogólnie - zarabianie kasy. Na zaoczne studia idą ludzie, których nie stać na niepracowanie. Płacisz za komfort nauki, gdy masz wolne, co w praktyce okazuje się być sobotą i niedzielą (jeśli dobrze pójdzie). No i niby co dwa tygodnie, ale zawsze się poukłada to tak, że przez dwa lub trzy miesiące Twój plan tygodnia składa się z orki na ugorze w pracy i z orki na ugorze w szkole - dzień w dzień.

Znaleźć w tym momencie chwilę na naukę (bo na studiach zaocznych mamy tyle samo teorii co Wy, koledzy i koleżanki z dziennych, a ćwiczeń i laborek dużo mniej) graniczy z cudem. Zwłaszcza, gdy ktoś pracuje na dwie zmiany i (powiedzmy) na dwa etaty. Dziś na szczęście udało mi się wypocić coś w C++ i dostać z tego nawet 5-. Brawa dla mnie.

Po drugie studiuje się w Polsce rzeczy kompletnie nie potrzebne. Wystartowałem kolejny raz ze studiami inżynierskimi. OK, czuję blues'a, gdy ktoś mi mówi: jednym z przedmiotów jest fizyka, bo co to za inżynier, który nie ma o niej pojęcia? Mogę się zgodzić, ale jest to dla mnie argument naciągany (bo również fizyka była do niedawna przedmiotem zdawanym na Akademii Medycznej, kierunek: stomatologia). Ale zlitujcie się!!! Etyka dla inżynierów? Co ma Platon do inżynierii systemów informatycznych? Podstawy zarządzania? Rachunkowości? BHP, na którym obejrzałem film o halucynogennych właściwościach lakieru (Kortowiada idzie, dbają o nasze dobre samopoczucie). Fakt jest taki, że uniwersytecki kierunek jest lepiej finansowany z ministerstwa niż czysto techniczny. Więc wystarczy techniczny kierunek zuniwersytetyzować i voila, studenci poczują systemowy but na tyłkach (co im na zdrowie wyjdzie, skoro nie mieli odwagi iść do wojska), a biedna uczelnia dorobi.

Źle mi z tym, bo wiem jak wygląda to w innych krajach: w szkockim Glasgow od pierwszych dni po ostatnie uczyłbym się programować. A u nas - uczę się być inżynierem, potem magistrem (nie ważne czego, magistrem w ogóle), a programować przecież i tak nauczą mnie dopiero w pracy (którejś z kolei, bo nie w Biedronce).

Boli fakt, że gdzieś w środku siedzi ambicja, która mówi: umiesz. Ale nie mogę jej zrealizować, bo ciągnie mnie w dół jakiś niewidzialny bagaż. Ktoś ładnie to kiedyś porównał: rodzisz się i żyjesz w błocie, pływasz w nim mozolnie przez całe życie i wydaje Ci się to fajne do momentu, aż poczujesz jak to jest pływać w czystej wodzie.

A wogóle studia są do duszy, bo będę mieć po nich jedynie papier. Nie mam czasu przysiąść i programować. Projekty zaczęte i nie pokończone. Świetne pomysły, które znikają w mojej głowie wraz z nadchodzącym snem, to nie tak miało być.

sobota, 25 kwietnia 2009

Prokrastynacja

To takie trudne słowo, którego nauczenie się zabrało mi więcej czasu niż sądzicie.

Za dwie godziny egzamin z logiki. Właściwie poprawka, bo na egzaminie nie byłem. Nic nie umiem, ale to nie jest większy problem, na poprzednie egzaminy też niewiele się uczyłem. Nocne kucie odpada, po pracy lub po treningach jestem na to zbyt zmęczony. Poranne wstawanie i nauka od szóstej, piątej, czwartek rano - sport ekstremalny, jedynie dla starych wyjadaczy. Ja nie mam czasu na studia, na pracę, na trenowanie, na rodzinę - uprawiam prokrastynację na pełen etat. Ten blog również jest jej częścią.

Odsuwam życie na potem. Chcę trzy lub cztery dni siedzieć i nic nie robić, leżeć, wyzdrowieć do końca i poczuć w mięśniach, stawach, kościach i najmniejszych cząsteczkach mojego ciała Chęć, pierwotną potrzebę, która nada mi zwrot, kierunek, wartość i pokaże punkt przyłożenia.

To już trzecia notatka, wykop, budo, nasza-klasa przejrzane już dziś kilkakrotnie, od kiedy wstałem. Zrobiłem przynajmniej dwa prania i trochę ogarnąłem.

Z drugiej strony - do cholery jasnej - jest sobota. Chcę odpocząć! To chyba nie grzech?

Prokrastynacja to odsuwanie czynności nie dających bezpośredniej przyjemności na potem. Tak zwany syndrom studenta prowadzi do stresu i późniejszych depresji - problemy się nawarstwiają, zaległości rosną, a ja w tym czasie wolę skupić się na nowej zabawce lub ptasim mleczku. Mniam!

Blogowanie

To chyba polega na tym (w większości wypadków), że czuję się samotny. Nie jest to jakaś tam bierna samotność, której jestem ofiarą. Raczej stan, w który wpadam z różnych względów, a czasem z jakąś intencją sam się w niego wprowadzam. To taki rodzaj egocentryzmu, gdzie człowiek łamie sobie nogę po to, by wszyscy wkoło się nad nim litowali.

Z drugiej strony wychodzenie z tego stanu nie jest rzeczą prostą. Wymaga pogodzenia się z samym sobą, własnymi niedoskonałościami i zaakceptowania tego jakim się jest. A więc ciągła wewnętrzna walka o to, czym i kim chcę być.

Ostatnio wygrywa ta gorsza strona. Robię coś (no bo robię), ale nie wystarczy mi sama satysfakcja. Ktoś musi mnie klepnąć w plecy i pochwalić, zauważyć, docenić. Chcę o tym napisać - że robię, że żyję, że działam. Bo łaknę akceptacji ze strony innych ludzi.

Czy to naturalna ludzka potrzeba, czy potrzeba mojej wewnętrznej próżności? Bo przecież tylu znam wspaniałych ludzi, którzy są wspaniali bo robią wspaniałe rzeczy, a robią to po cichu i w samotności - jednak się da, ale ja tak nie umiem.

Bloguję, bo chciałbym z Wami dzielić się tym co myślę, a nie mam siły trzymać tego tylko dla siebie. Bloguję, bo chcę być zauważony i - tak - bo kawał próżnego gnoja ze mnie :)

Na dobry początek

Sukcesywnie przerzucam się na "wolność", na którą monopol ma ostatnio google. Po darmowej poczcie bez reklam, kalendarzu i milionie innych fajnych usług, od których się uzależniam, ruszam z blogiem, a raczej reaktywuję swoje poletko do wypocin, które - z mniejszymi lub większymi sukcesami - działało pod różnymi adresami od paru lat. Jeśli się znamy, to wybacz, że nie wytrzymałem i znów to robię. Jeśli się nie znamy - ostrzegam, że zdążysz pożałować :)

Z pewnych względów postaram się pisać o sobie jak najbardziej anonimowo. Jeśli któreś z moich najeżonych gwoździami wynurzeń mogą kogoś urazić - niech to będzie "nie-wprost". A co będzie dalej? To już pokaże czas.