wtorek, 29 grudnia 2009

Tydzień z Capoeira


Ruszyła maszyna, nikt jej nie zatrzyma :D

niedziela, 27 grudnia 2009

Tak zasypiamy...


Niestety, przyzwyczailiśmy i mała bez rodziców nie zaśnie.

sobota, 26 grudnia 2009

Odinstaluj swoje Gadu Gadu

Odinstaluj swoje Gadu Gadu



Wystarczająco długo na tym GG mnie naruchali - działa to i wygląda jak Jola Rutowicz. Jedyną zaletą jego jest to, że jest popularny, cała reszta to wady:



- blokuje wiadomości od nieznajomych

- blokuje niektóre statusy

- jest wolne i pamięciożerne

- przeładowane reklamami
- pada na kolana nawet częściej niż Jola

- czego tu nie dopiszesz będzie prawdą



Miarka się przebrała



a najbardziej to w momencie, kiedy z ciekawości postanowiłem zainstalować sobie Mobilne (debilne) GaduGadu. Zapłaciłem 9 zł za aktywację na 90 dni - w zamian na "dzień dobry" otrzymałem reklamę na cały ekran i banner reklamowy, załadowało kontakty i wykrzaczyło aplikację Java. Nie po to chyba płaci się za usługi, by wciskano do nich jeszcze reklamy, nie mówiąc o nie działaniu!!!



Przesiadam się



I tak używałem świetnego Konnekt'a bardzo długo, ale powoli mam dość. Namawiam wszystkich do zmiany sieci - ja się przesiadam na Google Talk. Darmowy, lekki i można go używać ot choćby jako wtyczkę do GMaila (nie trzeba go instalować na komputerze) czy do Google Side Bar, może pracować również jako osobna aplikacja (także w telefonie). Dodatkowo dla bardzo potrzebujących - tak, można podpiąć do niego kontakty z GG! GTalk jest oparty o protokół Jabber'a. Działają video chat i rozmowy głosowe. Twoje kontakty pobiera z darmowego konta Google Mail (dostajesz wraz z nim 7GB wolnego miejsca i niezły filtr antyspamowy), dodatkowo możesz je zsynchronizować ze swoim telefonem komórkowym (poprzez ActiveSync). Ładnie synchronizuje się również z orkut.com (jeden z największych na świecie portali społecznościowych wspierany przez Google).

Google talk ściągniesz stąd: http://www.google.com/talk/




czwartek, 17 grudnia 2009

Rozpoznawanie twarzy na Picasa Web Albums

Jakiś czas temu opcja zawitała na konta Picasa, ale nie miałem czasu się przyjrzeć. Ostatnio jednak zupełnie przypadkiem trafiłem na tę podstronę i zaliczyłem gruby opad szczęki.

Po zalogowaniu klikamy się w "Osoby". U siebie już paręnaście dodałem. Niesamowity jest jednak dla mnie nie fakt "odnajdywania" twarzy (to już od wielu lat komputery potrafią, wydaje mi się, że polega to mniej więcej na uproszczeniu obrazu twarzy do elips, punktów charakterystyczncyh i liczenia proporcji między nimi :) ale więcej na ten temat choćby na wiki: http://en.wikipedia.org/wiki/Facial_recognition_system).

Prawdziwe wrażenie zrobiła na mnie opcja, gdzie Picasa sama mi podpowiada, które buzie są podobne do tych już przeze mnie podpisanych. Masakra! Dwoma, trzema kliknięciami mam pogrupowane osoby ze zdjęć w 30-50 fotek tej samej twarzy. w 10 minut podpisałem sobie 500 zdjęć i podobnież tyle osób.

Jednak druga myśl sprowadza się do tego - czego nie może komputer, niech zrobią ludzie. Jak indyjskie farmy odkodowywujące CAPTCHA czy nawet wykorzystany podobny system do ratowania książek reCAPTCHA, w którym udział bierze sam google (http://blog.seattlepi.com/microsoft/archives/179415.asp?source=rss). reCaptcha to taki pomysł, że dajemu użytkownikowi dwa słowa do przepisania (np. przy logowaniu czy rejestracji na forum): jedno, które znamy i jedno, którego po zeskanowaniu nie jesteśmy pewni. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że user nie pomyli się (możnaby to sprawdzać paro krotnie) przy przepisywaniu drugiego obrazu, zatem poznajemy "przy okazji" jego znaczenie. W ten sposób można nauczyć maszynę rozpoznawania znaków (albo i twarzy, bo czym to się różni? :) bardziej precyzyjnie.

Pytanie, czy i jak zostanie to wykorzystane. Jeżeli w bazie mam 10 tysięcy zdjęć, to 1000 moich znajomych i po 100 zdjęć każdego zostało własnie przeze mnie zindeksowane i umieszczone w bazie. Pociąga to za sobą bardzo wiele możliwości i bardzo wiele z tych możliwości może być "złe".

Może niedługo uruchomiona zostanie wyszukiwarka znajomych w/g niewyraźnego zdjęcia z młodości?

Co mnie przeraża to fakt, że to co daje nam Picasa to szczyt góry lodowej - rozwiązanie proste, komercyjne, właściwie dodatek do hostingu zdjęć (fakt, że może i pewnie rozwinie się w coś większego też nie jest taki zły dla użytkowników). Jaką jednak technologią i wiedzą operują teraz np. agencje rządowe i wojskowe? Nie zważają przecież one generalnie na koszty badań i jestem pewien, że każdy z nas przeżyłby szok widząc jak dokładne i niezawodne może być aktualne "rozpoznawanie twarzy".

Trzynasty olcamp za nami

Wrażenia super, od dziś możecie mi mówić "Irek-3-piwa". Nieważne dlaczemu :)

Z prezentacji najlepiej moim zdaniem wypadł Jaro, współautor ututi.pl i jego litewskiego odpowiednika, brawa za pomysł i sposób prowadzenia prezentacji. Początek po litewsku, po którym wszyscy zaliczyli opady szczęk powinien przejść do klasyki gagów ;)

Druga choć nie gorsza prezentacja to Kinematograf, nowa produkcja Tomasza Bagińskiego, którego staję się coraz większym fanem :) Posłuchaliśmy wyczerpującego (temat, choć widownia tez się przerzedziła jako, że była to ostatnia prezentacja) wykładu o tworzeniu filmu. Tutaj trailer:

środa, 16 grudnia 2009

Zimno jak diabli


Nienawidzę zimna. I jadę na Olcamp.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

niedziela, 13 grudnia 2009

Szósty zmysł

Świetny TED po raz kolejny.

sobota, 12 grudnia 2009

Pudzian i Najman

Temat na językach, to i ja dorzucę coś od siebie.

Żenada - ze sportowego punktu widzenia. Sukces - z punktu widzenia medialno-finansowego. Tragarz pokonał marnego boksera, więc ołów jest skuteczniejszy od MMA - skutkiem tego rzesze młodych adeptów sztuk walk, które mogły wyrosnąć na coś (cokolwiek) uderzą na siłownie i do siłownianych aptek.

Przypomniała mi się od razu taka bajeczka z MTV, nazywało się to Celebrity Deathmatch. Rozpiska KSW 14:

- Jola Rutowicz vs Dorota "Doda" Rabczewska
- Krzysztof Ibisz vs Tomasz Kammel
- Adam Małysz vs Robert Kubica
walka wieczoru:
- Donald Tusk vs Lech Kaczyński.

PS. Obstawiałem Najmana, bo najgorszy bokser ma więcej wspólnego z walką niż najlepszy strongman, ale jak się okazuje - logika swoje, a życie swoje :)

czwartek, 10 grudnia 2009

Ojojoj

Czas leci jak szalony.

Wróciłem dziś z dwudniowego tournee do Warszawy, były dwa treningi u Est.Prof. Lagarto (pozdrawiam!), były dwa pokazy dla Marcina. Wyszło spoko, powrót do domu i programujemy.

A pojawił się jeszcze na necie film:

sobota, 28 listopada 2009

Postgres

Jeśli kiedykolwiek Postgres odmówił Wam posłuszeństwa pod Waszym Windows XP (i przypadkiem zmarnowaliście na niego całą sobotę) o to co zrobić:

- zajrzyjmy do usług systemu: Panel Sterowania/Narzędzia Administracyjne/Usługi - prawdopodobnie PostgreSQL Server nie jest uruchomiony i uruchomić się nie będzie chciał (jak u mnie)

- wejdź przez Panel Sterowania do Narzędzia Administracyjne/Podgląd zdarzeń (polecam ogólnie korzystać z tego narzędzia). Klikamy na Aplikacja i prawdopodobnie mamy parę informacji, których źródło w liście to PostgreSQL.

- po kliknięciu tej z czerwonym kółkiem i białym krzyżykiem wyskakuje okno z informacją:

could not create lock file "postmaster.pid": Permission denied

Co się okazuje? Usługa postres nie może zapisać w swoim katalogu pliku z hasłami jeśli dobrze kojarzę - brak uprawnień.

Tak więc:

- w oknie eksplorera klikamy Narzędzia/Opcje folderów, przechodzimy do karty Widok, następnie wyłączamy opcję Użyj prostego udostępniania plików (pomimo, iż jest zalecane ;).

- przechodzimy do katalogu z Postgres'em - u mnie było c:/Program Files/Postgres

- kliknąłem prawym katalog, Właściwości, karta Zabezpieczenia, a następnie dla użytkownika swojego (i reszty pozostałych na wszelki wypadek) zaznaczyłem ptaszek "Pełna kontrola".

- Zastosuj, Dla wszystkich katalogów i plików

- Przechodzimy z powrotem do apletu "Usługi", odnajdujemy PostgreSQL server i uruchamiamy.

I to działa.

Przysłowie na dziś:
Najcenniejsza wiedza jest ta zdobyta samodzielnie.
Ale też:
Najlepszym nauczycielem jest ból, tylko nikt nie chce zostać jego uczniem.

A marnotrawienie czasu na takie pierdy boli jak cholera.

niedziela, 22 listopada 2009

Mała nasza


Już po warsztatach. Jak zwykle zajebiście. Czas się wyspać i rano do Olsztyna.

piątek, 20 listopada 2009

Na dobry początek warsztatów...


Zajechaliśmy na akademia w Sosnowcu przed czasem. Koło 18 było już bardzo dużo ludzi, przyjechał Mestre Nem z Perere i Montanha. Akademia pęka w szwach, mi pękają płuca (kondycja leży i kwiczy). Ostatnia gra z Sorriso i pach, dostałem w łuk brwiowy niewidzialne gancho. Teraz czekają mnie 2 godzinki w szpitalu, szycie i powrót na akademia. Cholerne wyjazdy - zawsze muszę sobie coś zrobić :D

czwartek, 19 listopada 2009

Jedna wielka notka przed weekendem

Nie ma sensu chyba już notki dzielić na kilka. Jedziemy z koksem, bo dużo mam do roboty jeszcze.

Minął tydzień. Leży na blacie lista rzeczy, które chcę zrobić jeszcze, zanim pójdę do normalnej pracy. Lista - prawie maczkiem, na jedną stronę a4. Co już zrobiłem?

Odebrałem papiery z prawka. Został już tylko egzamin, ale przed nim pojeżdżę sobie jeszcze trochę.

Oficjalnie zarejestrowałem się jako bezrobotny. Ważny to news, bo w planach mam zapisanie się na jakiś kurs, który mogą mi zrefundować.

Apropos kursów: znalazłem kilka anglojęzycznych książek nt. Zend'a, między innymi przykładowe testy do Zend Certificated Engineer. Najbliższy punkt egzaminacyjny w Gdyni. Najtańszy egzamin - 500 zł z tego co pamiętam :/ Skoro już o kursach mowa, to w końcu ogarnąłem się i zebrałem wszystkie oceny i złożyłem indeks - 2 miesiące i 7 dni po oficjalnym terminie. Miejmy nadzieję, że nie brakuje już nic i niedługo będę studentem 2 roku. Przy okazji zarejestrowałem się na MSDNA i walę w konkurencję - Microsoftowe papiery też można zrobić, baa, za prawie-free w wersji online. Także czeka mnie teraz wkuwanie asp.net i przy okazji obczajka Visual Studio 2008, a potem - jak Bóg da - jakiś certyfikat.

O, właśnie Nina płacze - chyba głodna.

Wracając do tematu certyfikatów MS. Wczorajszy wieczór spędziłem (zamiast na bjj, powoli zaczynam mieć wyrzuty sumienia :/) na wykładzie wprowadzającym do tematu asp.net prowadzonym na UWM (mam zamiar przychodzić na spotkania eastgroup, czyli olsztyńskich dotnetowców ot, choćby być nieco zorientowanym w temacie). Co mnie szczerze zirytowało a z drugiej strony oświeciło - prowadzący w ciągu niecałej godziny wyklikał gotowe do użytku (czy napewno? ciężko mi stwierdzić) funkcjonalności, które ja - w php - mimo, że dopiero się uczę to i tak zajmują mi czasem parę dni. Łatwo, szybko i przyjemnie - każdy głupek może robić strony, chciałoby się rzec.

A mówiłem, że zapisałem się na Cisco? Chociaż fakt, że trzeba je co 3 lata odnawiać powoduje, że chyba zweryfikuję te decyzję...

Po eastgroup odbywał się olcamp, czyli spotkanie olsztyńskich informatyków. Tematem przewodnim była dyskusja php vs reszta świata, a tak naprawdę to na miejscu zjawił się .net i ruby on rails. Fajnie się rozmawiało (bardzo mi odpowiadają klimaty barcampowe), kilka burzliwych dyskusji było, jednak koniec końców doszliśmy do przewidywalnej (może i przez to trochę nijakiej) pointy, a nawet dwóch:

- nie ma "lepszy" czy "gorszy" - trzeba wybrać język najlepszy do danego zadania
- php jaki by zły nie był, ma największą społeczność i jest najpopularniejszy (z konfrontowanych języków; no, nie licząc Javy, której dzielnie i słusznie bronił ten młody Pan co wygląda jak z Kabaretu Łowcy.B ;).

Klimat Olcampu v12 - super. Nawet płytkę dvd z zestawem narzędzi do tworzenia stron dostałem, jak każdy kto wytrwał do końca. Na trzynastce też będę (jak dają darmowe piwo... :)

Za sobą mam wstępną wersję beta http://www.rodzynek.com.pl - nie ma czym się chwalić z punktu "oglądacza" stron, graficznie jestem upośledzony, jednak choć notowania niskie były i są, to jednak sam zauważam tendencję wzrostową. Może nie tak, że moje projekty są mniej badziewne niż poprzednie, ale stworzenie badziewnego projektu graficznego idzie mi już sprawniej ;) Następny krok to będzie zaprojektowanie w mozołach czegoś ładnego. Natenczas jednak strona - będąca "prezentem" - mojemu koledze się spodobała, więc cieszę się, popracuję nad nią jeszcze i radować mnie będzie kolejne "dziecko". A i do portfolio się przyda. Grunt że przećwiczyłem kilka pomysłów php+ajax.

Skoro przy stronach jesteśmy, to już i tak jestem grubo do tyłu. Brak zatrudnienia nie oznacza - bynajmniej - braku zajęć, ale od przyszłego tygodnia wracam do Zenda i projektu chłopaków z Wrocławia. Może jest jeszcze jakiś cień szansy.

I jeszcze młodego udało mi się - z jego kolegą - wyciągnąć na siłownię. W końcu przestanie wyglądać jak bocian, no i ja się mogę za siebie wziąć. Czeka mnie druga część artykułu "Capoeira a siłownia", mam zamiar porobić nieco filmów, więc trzeba reprezentatywnie wyglądać. No i kondycję odzyskać. Kradzież roweru chyba najbardziej zabolała moją kondycję.

Na capoeira powoli, powoli się kręci. Jak mucha w smole, nikt nie przychodzi, co rusz pojedyńcze osoby odpadają a mi kreska na koncie bankowym już spadła poniżej zera i bije rekord świata we freedivingu. W przyszłym tygodniu robimy lekcję portugalsko - muzyczną, a na styczeń planuję tydzień z capoeira oraz kurs dla poczatkujących. Plakaty też nowe nadchodzą (spostrzegawczy widzieli na naszej klasie ;)).

Kończę jednak na dzień dzisiejszy z blogiem, bo muszę się poprać, spakować, na chwilę położyć i jedziemy o 6 rano do Sosnowca - na długo wyczekiwane warsztaty z Mestre Nem. Blady strach, lodowate stopy i zimny pot na karku - to moje odczucia przed pierwszym od dłuuuugiego czasu wejściem do roda na oczach moich Przyjaciół. Także śledźcie wydarzenia (będę wysyłał zdjęcia na bieżąco) i do zobaczenia.

Nina znowu płacze ;)

Kolejny piękny dzień.


Uruchomiłem dodawanie fotek przez koma. Już prawie jak śledzik.

poniedziałek, 16 listopada 2009

sobota, 14 listopada 2009

Suicide Girls

Dla fanów tematu i takich dziewczyn:



Świńska grypa

Nie wyszło z ptasią, to przyszła świńska. Dawno już się zbierałem z podsumowaniem obecnej nagonki (a że czekają nas szczepienia Ninki - kolejne wątpliwości mnie dopadły). Ale jak się czyta mądrego, to aż miło posłuchać i po co wymyślać samemu; komentarz z Onetu:

Ty Chlopie nie wiesz co mowisz.jak nienawidze tego rzadu,tak w tej decyzji go popieram.Wlasni pracuje na oddziele(teraz) gdzie mam cztery pacjedki chore na ten wymyslony rodzaj grypy.Bardzo Was prosze nie szczepcie sie jak Was na sile nie zmusza,a jest prawdopodobienstwo ze tak niebawem bedzie.Skutkim tych szczepien wyjda juz niebawem.Kup sobie chlpie witamine D3,a na wieczor 100ml dobrej wodeczki.Obiecuje Ci,ze jeszcz kiedys wspomnisz moje slowa.Pisze to z tego kontynentu gdzie tego stwora WYKREOWANO.NO i jeszcze Maly dodatek!
Subject: KILKA FAKTÓW DOTYCZĄCYCH GRYPY I SZCZEPIONEK

http://www.youtube.com/watch?v=6qauuiKyNbs

http://www.youtube.com/watch?v=PnrNmJoSEv4

Zanim ulegniesz propagandzie i sie zaszczepisz zwróć uwagę na fakty:

GRYPA:

1. Rocznie na zwykłą grypę umiera od 500 do 700 tyś ludzi ( z powikłaniami liczba ta dochodzi do 1 mln ) , podczas gdy na świńską grypę zmarło od początku roku około 6 tys osób, czyli ok. 140 razy mniej.

2. Mimo ze śmiertelność nie przekracza 0,5%, przebieg grypy jest stosunkowo łagodny a liczba ofiar jest 140 razy mniejsza niż na zwykła grypę ogłoszono pandemie i jest to główny temat w mediach od 7 miesięcy.

3. WHO ogłosiło 6-ty ( najwyższy ) stopień pandemi świńskiej grypy po stwierdzeniu 18 przypadków śmiertelnych.
Mimo tego, że co roku na zwykłą grypę umiera 1 milion ludzi, nigdy z tego powodu nie ogłoszono pandemi ani masowych szczepień. Ponad to tuż przed ogłoszeniem pandemi WHO obniżyło kryteria, które muszą być spełnione do jej wprowadzenia.

4. Większość ofiar grypy jest w krajach o niskim poziomie opieki medycznej lub tam gdzie dostęp do niej jest ograniczony np: USA gdzie 1/6 obywateli nie ma prawa do ubezpieczenia. 70% przypadków śmiertelnych to Ameryka Płn i Płd , a kolejne 20% to Azja - Europa to niecałe 5%. Oznacza to, ze w krajach gdzie opieka medyczna jest na dobrym poziomie grypa ma stosunkowo łagodny przebieg i nie stanowi większego zagrożenia, a u większości chorych nie jest nawet potrzebna hospitalizacja.

5. Na Ukrainie rocznie umiera na zwykła grypę i jej powikłania 6,5 tys ludzi, co daje około 20 osób dziennie, ale należy pamiętać ze 20 to średnia roczna, a teraz mamy sezon na grypę kiedy to średnia jest znacznie większa niż w pozostałym okresie. Tymczasem od tygodnia mamy potwierdzonych 14 przypadków śmierci z powodu świńskiej grypy co daje około 2 osoby dziennie.

6. Śmiertelność na Ukrainie wynosi w najgorszym razie 0,03%, ale jest to tylko czysta teoria bo na dobrą sprawę nie wiadomo ilu naprawdę jest zarażonych nową grypą. Mimo to trwa panika, a media podsycają atmosferę

7. WHO podaje ze 70% wszystkich zachorowań na grypę ( UWAGA! - NA ŚWIECIE! ) to grypa AH1N1. Oznacza to ze na Ukrainie po tygodniu epidemii powinno być juz 630 tys chorych na AH1N1 ( 900 tys zachorowań ). Tymczasem chorobę stwierdzono u kilkudziesięciu osob...

8. W Polsce rocznie na grypę choruje średnio ( w ciągu ostatnich 10 lat ) około 350 tyś osób co daje około tysiąca zachorowań dziennie. Jak dotąd od lipca stwierdzono 200 przypadków AH1N1, co daje nam zachorowalność na grypę AH1N1 w stosunku do zachorowań na zwykłą grypę w tym czasie na poziomie 0,16%. Według WHO powinno to być 70%. Trochę to odbiega od stanu faktycznego.

SZCZEPIONKI:

9. Istnieją potwierdzone informacje o niebezpiecznym składzie szczepionek ( miedzy innymi rtęć i skwalen ), oraz ich szkodliwym działaniu na ludzi a w szczególności dzieci.

10. Mimo ze przygotowanie szczepionki zajmuje kilka miesięcy, szczepionka na świńską grypę pojawiła sie już po 2 miesiącach od pojawienia sie pierwszych przypadków świńskiej grypy i praktycznie od razu po ogłoszenia pandemi. Nie ma tu również mowy o jej odpowiednich testach, które również trwają przynajmniej kilka miesięcy.

11. W Szwecji na grypę AH1N1 zmarło ja dotąd 3 osoby. Natomiast po masowych szczepieniach prawdopodobnie 4, a kolejne 20 jest w ciężkim stanie. Następne 700 ma poważne komplikacje. Mimo to WHO utrzymuje że nie stwierdzono przypadku śmiertelnego po podaniu szczepionki, a te są bezpieczne.

12. W ciągu 2-4 miesięcy, mimo jakichkolwiek podstaw do paniki wiele krajów zapowiedziało masowe szczepienia oraz zamówiło miliony nie sprawdzonych szczepionek.

13. Firmy farmaceutyczne produkujące szczepionki są oficjalnie zwalniane z odpowiedzialności za ich ewentualne niewłaściwe działanie w tym wysoką śmiertelność spowodowaną ich użyciem.

14. Firmy farmaceutyczne wymuszają na rządach krajów z którymi podpisują umowy utajnianie przed opinią publiczną, skutków ubocznych szczepionek oraz ich składu, co samo w sobie jest skandalem.

15. W wielu krajach, w tym Niemczech i Francji wybuchły skandale po tym jak sie okazało ze władze oraz wojsko miały otrzymać szczepionki o innym składzie niż zwykli obywatele. Szczepionki dla elit i służb porządkowych nie zawierały miedzy innymi rtęci i skwalenu oraz innych substancji które budzą największe obawy.

16. W większości krajów, lekarze i środowiska medyczne odmawiają szczepienia się przeciwko grypie AH1N1. W Polsce tylko 5 % lekarzy deklaruje, że sie zaszczepi, a ponad połowa kategorycznie stwierdza ze tego nie zrobi. Mimo to trwa wielka kampania nakłaniająca społeczeństwa poszczególnych krajów do szczepień. Uczestniczą w niej między innymi ONZ, WHO oraz Komisja Europejska, a także rządy poszczególnych krajów.

17. Wielu członków Rady Doradczej przy WHO ma powiązania z firmami farmaceutycznymi, natomiast Europejska Agencja Medyczna, która podjęła decyzje o zatwierdzeniu szczepionek przeciwko AH1N1 w Europie jest w 2/3 finansowana przez te firmy.

Co więcej, jedna z głównych instytucji lobbystycznych ( Europejska Grupa Badawcza ), będąca również doradcą WHO, na 3 miesiące przed pojawieniem się grypy w meksyku, zorganizowała sympozjum pod hasłem walki z pandemią. W śród sponsorów tej grupy są wszyscy trzej producenci szczepionek przeciwko grypie AH1N1.

18. Firma Baxter - jeden z głównych producentów szczepionek złożyła wniosek o opatentowanie szczepionki przeciwko AH1N1 w sierpniu 2008 czyli na pól roku przed epidemią tej grypy w marcu tego roku w Meksyku.

19. W lutym firma Baxter wysłała do Czech szczepionki na grypę sezonową. Ponieważ wydarzył się wypadek, zostały one poddane badaniom w czeskich laboratoriach. Wszystkie zwierzęta laboratoryjne którym je podano zdechły. Jak się okazało szczepionka zawierała wirus AH5N1 ( znacznie bardziej niebezpieczny od AH1N1 - śmiertelność na poziomie 60% ). Gdyby nie wypadek wirus został by zaaplikowany w Czechach jako zwykła szczepionka.

20. Wszystkich tych informacji nie usłyszysz w polskich mediach. Czy to normalne?

Jeśli uważasz ze nie to odpowiedz sobie na pytania:
1. czy jest możliwe ze w innych sprawach ( np polityka ) stosowane są podobne mechanizmy ze strony mediów i że jesteś poddawany manipulacji?
2. Ze twoje poglądy mogą być efektem manipulacji i nie oddają prawdziwej sytuacji?
3. Czy warto wierzyć mediom które w ten sposób działają?

Pozdrawiam

wtorek, 10 listopada 2009

Matryca

Należę do tych, którzy dzielą życie na dwoje - do i od chwili, gdy obejrzałem film Matrix. Polecam rosyjską wersję alternatywną ;)

niedziela, 8 listopada 2009

sobota, 7 listopada 2009

Apropos trenowania...

Telling people to exercise

Mamed na Sengoku



Znowu wygrał. I zasłużenie, bardzo sympatyczny, skromny facet.

piątek, 6 listopada 2009

googlowisko

A jeszcze przy okazji, przypomniało mi się, bo mi google drive przestał działać. A co to google drive? Taki fajny programik, który loguje się do Twojego GMaila i poprzez parę sztuczek zamienia go w wirtualny twardy dysk - mamy tym sposobem całe 7GB (na ten moment) do wykorzystania w formie takiego powiedzmy pendrive'a. Działało to fajnie, choć nie za szybko no i dostęp do plików z każdego miejsca świata. Przestało działać, przerzuciłem się na chomik.pl.

Ponieważ jednak spotkałem ostatnio jedną Panią, która pracuje jako SEO Manager w firmie przyszła mi na myśl ta notka. GDrive przestał działać, tak samo jak SEO zostanie niedługo - prędzej czy później - zablokowane. SEO to ogólnie rzecz biorąc techniki, które mają sprawić, że dana "strona" wyląduje wyżej w rankingach np. google niż inne. Działanie w mojej opinii kompletnie przeczące idei PageRank, który jest (był??) algorytmem, który tak zrewolucjonizował wyszukiwanie w internecie. Proste pytanie: Czy Google pozwoli, aby uzytkownicy mieli wpływ na jakość działania wyszukiwarki? Z pewnością nie. Zabawy w stylu "kretyn", które po wyszukaniu przenosiło nas na stronę Kaczyńskiego czy tam Leppera są śmieszne do czasu, więc i Google, które notabene jest _firmą_ prowadzącą _biznes_, w końcu wykona ruchy, które zablokują uzytkownikom wykonywanie jakichkolwiek ruchów związanych z wpływaniem na miejsce strony w rankingu.

Z tego samego powodu, sądzę, przestał działać GDrive - poprostu nie do tego służy poczta oferowana przez Google.

Tak więc Google, pamiętajcie, nigdy nie będzie Waszym dobrym kumplem. Raczej jest tak samo twardym graczem jak wszystkie "ZŁE" firmy (np. Microsoft). Tyle tylko, że na razie jest po naszej (użytkownika, developera itd) stronie, bo to się google _opłaca_, a i dla nas jest dobre, bo nie nadużywa władzy. Stąd chyba jego popularność.

Sportakus

Internet jest wspaniały. Znalazłem 6 anglojęzycznych książek o Zend, coś czego próżno szukać na polskich półkach. Jest sporo do czytania :)

A Sportakus, mam nadzieję nabierze rozpędu. Trochę działa, parę dupereli nie, chyba czas ogarnąć projekt i przyspieszyć pisanie. Najgorsza jest ta cała prokrastynacja - napiszę coś, w Sportakusie zadziała, więc odruchowo klikam się na Vortal Budo do Knajpy albo na wykop.pl. Nawet teraz, Zend Studio otwarte i czeka, aż przeleję myśli na kod php, ale nie, wolę pisać notkę na blogu ;)

Szło by to szybciej, ale bawię się w układ taki: wpierw dana funkcjonalność działa w wersji "czystego php", tzn. w wypadku gdyby user nie posiadał na pokładzie obsługi JavaScript (ot, choćby bot google ;). Następnie dorabiam funkcjonalność dla js, poprzez jQuery i dodatkowy kontroler w Zendzie. I logowanie/rejestracja/aktywacja już działają :) Zrezygnowałem przy okazji z nickname'ów, a także okroiłem funkcje "społecznościowe". Jestem wrogiem "Żyg 2.0", ludzie będą wchodzić na sportakus.pl szukając informacji, a nie, żeby podziwiać swoje fotki czy wysyłać sobie wiadomości. Dlatego profil użytkownika zostanie okrojony do minimum.

Z drugiej jednak strony chcę przećwiczyć na sportakusie pisanie funkcjonalności... Ale może lepiej zrobić mniej, a lepiej? :)

A w zanadrzu jeszcze parę kolejnych projektów, np. Sponsor.net.pl ;) Brzmi jak nazwa strony matrymonialno-pocieraczowej ;) Sami domyślcie się o co może chodzić :)

Jestem bezrobotny

No więc wypadałoby zacząć od tego, że zrezygnowałem z pracy na etacie instruktora w Body Perfect. Przyczyny były różne. Oczerniać jednak będę najwyżej siebie, bo współpracownicy czy szefostwo jacy są - tacy są. Myślę, że "winni" sami najlepiej wiedzą o swoich wadach i zaletach, a jeśli nie zdają sobie z tego sprawy - tym bardziej mi ich żal. Może przesadzam - BP to była super przygoda i dużo się dowiedziałem, poznałem super ludzi i bardzo dużo się nauczyłem. Współpracowników generalnie miałem dobrych, ze wszystkimi miałem dobry kontakt a każde nieporozumienia potrafiliśmy omówić. Trafiłem akurat na okres, gdy firma przechodziła wiele transformacji i nauczyłem się dzięki temu również sporo na temat organizacji i zarządzania - wiele rzeczy zrobiłbym inaczej. Okazuje się też, że wiele rzeczy przewidziałem zanim się wydarzyły. A na przyszłość - dobra szkoła błędów, których nie popełniać.

Ze swojej strony mogę powiedzieć tyle, że zrezygnowałem, bo praca jako instruktor na siłowni nie idzie w parze ani z moim wykształceniem, ani kierunkiem, w którym chcę się rozwijać zawodowo. Siłownia to moje hobby, którego - o dziwo przez pracę - nie miałem czasu realizować. Poza tym uznałem, że nadszedł kres tego, jak bardzo chcę temat (sam dla siebie) pogłębić i odstaję zdecydowanie wiedzą od pozostałych instruktorów. Poczucie, że jest się na szarym końcu tylko utwierdzało mnie w tym, że czas zbierać manatki - ściemniając nie czuję się najlepiej. To trochę poniżej mojej ambicji. Więc myślę, że uczciwym było powiedzieć sobie oraz kolegom "dość", zanim zaczną się kłótnie, czy zbierać nade mną ciemne chmury. No i chyba lepiej, że to ja podziękowałem, niż mi podziękowano.

Także jestem natenczas bezrobotny. Ale nie oznacza to, że się nudzę - wprost przeciwnie. Nadrabianie zaległości zajmuje mi sporo czasu - zaległe projekty www, studia, capoeira się zaczyna rozkręcać. Wszystko to sprawia, że mimo braku pracy - wychodzę rano, wracam wieczorem. Odbija się to trochę na moich najbliższych Perełkach, ale liczę, że gdzieś w tym szaleństwie jest sposób.

Co dalej? Staż, praktyki, darmowa charówa - byleby w jakiejś firmie informatycznej. No i Capoeira - teraz moja jedyna deska ratunku. Jak w piosence - mała łódeczka na rozkołysanym oceanie.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Nie drażnij administratora swego…

… bo może się zbiesić :)

Tia… proponuję szefom, właścicielom firm zapoznać się z poniższymi artykułami:
- Administrator ponad prawem, czyli sieć miejska bez kontroli
- San Francisco odzyskało swoją sieć WAN. Bez pomocy informatyków
- Trwają poszukiwania tajemniczego terminala w sieci San Francisco

A następnie przemyśleć swoje zachowanie wobec administratorów systemów, sieci, programistów. :)

A na poważnie. Mamy tu opis przynajmniej 2 problemów w pracy z informatykami (przepraszam za informatyka, ale to ogólnie od programistów do administratorów):
1. wynagrodzenie
2. nadzór i kontrola.

1. Zatrudniony administrator sieci, który zarządzał kluczową siecią dla tak dużego miasta jakim jest San Francisco zarabiał tylko 150 tys $ rocznie, co daje 12,5 tys $ miesięcznie (nie ma żadnej informacji o dodatkowych profitach). Jesto to i dużo i mało. Z punktu widzenia średnich zarobków jest to dużo, z punktu widzenia ewentualnych strat – jest to mało.
Proszę wrócić uwagę na:

Aktualnie trwają pracę nad złamaniem haseł i przywróceniem kontroli nad miejską infrastrukturą IT. Konieczna może okazać się jednak wymiana zablokowanych ruterów i przełączników sieciowych. To zaś może kosztować nawet 250 tys. USD. Straty mogą być jednak wielokrotnie wyższe, jeśli okaże się, że Childs zagwarantował sobie dostęp np. do urzędowych serwerów.

oraz:

Sieć światłowodowa miasta San Francisco została stworzona cztery lata temu. Do tej pory projekt pochłonął ponad 3 mln USD.

Oczywiście nie mówię tu o tym, żeby administrator zarabiał milion $ rocznie, ale widocznie nie był aż tak zmotywowany do pracy i nie miał chęci zachowania jej, że pozwolił sobie na takie zabawy.
A teraz, drodzy szeowie, proszę przeliczyć sobie, ile zarabia Wasz administrator lub programista, który zarządza siecią lub główną aplikacją w firmie i na jakie straty może Was narazić odchodząc nagle z firmy lub powodując “mały sabotaż”?
Znam przypadek, kiedy administrator głównej aplikacji biznesowej w firmie, która dzięki niej obracała setkami tysięcy PLN w ciągu dnia, zarabiał miesięcznie 2k PLN (netto). Niby to dużo (szczególnie, w rejonach, gdzie w średnia płaca to 1,5k PLN) i w dodatku za “nic nierobienie” (bo co takiego ten informatyk robi). Problem zaczął się, gdzy informatyk znalazł sobie nową pracę i po prostu z dnia na dzień odszedł. Mógł tak zrobić, bo firma spóźniła sie 3 dni z wypłatą. Na nic zdała się oferowana podwyżka, bonusy. Administrator, który do tej pory pracował tylko w tej firmie, zobaczył, że gdzieś indziej może być lepie, tzn. “normalnie” i nie dał się skusić obietnicami.
Czy tylko kasa? Nie tylko – prócz pieniędzy bardzo dobrym wabikiem i lepem są kursy, szkolenia, dodatkowe bonusy, jak ubezpieczenie, elastyczne podejście do czasu pracy (tak – to też jest ważne). Temat rzeka.

2. Nadzór i kontrola. Często zdaża się, że informatyk jest jedenym “technicznym” a firmie i nikt nie ma najmniejszego pojęcia, co ten człowiek wyczynia. :) Całość działalności opiera się na zdrowiu (również psychicznym) jednego człowieka i zawartości jesgo mózgu. Do tej pory jakoś nie udało się ludzkości dokonać klonowania mózgu, a tym bardziej człowieka, więc wymagana jest kontrola i nadzór.
W ilu firmach w sejfach leżą zdeponowane hasła administracyjne? W ilu firmach prócz haseł administratora pozakładane są dodatkowe hasła administracyjne? W ilu firmach leża sobie w ciepłym miejscu schematy sieci, oprogramowania? W ilu firmach… Mogę tak długo. :)

W związku z zaistniałą sytuacją powróciła dyskusja na temat uprawnień osób zajmujących się nadzorem nad funkcjonowaniem najważniejszych elementów infrastruktury telekomunikacyjnej w różnych krajach. “Niedopuszczalne jest, aby jedna osoba mogła samodzielnie zablokować całą miejską sieć komputerową” – mówi Andrew Storms z firmy nCircle. Jego zdaniem w przypadku publicznych sieci telekomunikacyjnych, wykorzystywanych m.in. do przesyłania poufnych informacji rządowych i danych dotyczących obywateli, koniecznie jest stworzenie dokładnych mechanizmów kontroli i zabezpieczeń.

Mądry amerykanin po szkodzie – wiem, że także wielu szefów firm obudzi się dopiero po takich zdażeniach.
W większości firm zarządzanie kryzysowe leży i kwiczy. Nie mam tu na mysli rozbudowanych procedur, ale o opisaniu podstawowych zachowań w czasie awarii. Szanowni szefowie, czy wiecie co robić, kiedy Wasz informatyk pojedzie na urlop na drugi koniec kraju (a przecież ma do tego prawo)? Albo ile firm ma zawarte umowy serwisowe z dowcami serwerów i ilu szefów przeliczyło koszty przestoju firmy przez jedną dobę?

Mam nadzieję, że udało mi się zasygnalizować pewien problem. Ile firm, tyle sposobów pracy, ale należy pamiętać w jednym: Nie drażnij (szanuj) administratora/programistę swego…

sobota, 31 października 2009

Pokaz w Grawitacji

Treningi indywidualne

Jeśli chcecie podzielić się opinią nt treningów indywidualnych, to zapraszam do wypełnienia ankiety:

Treningi indywidualne - ankieta

czwartek, 29 października 2009

To dopiero crackerstwo ;)

z Goldenline/bazy danych:

system służący do odczytu tablicy rejestracyjnej samochodu:


przetwarza otrzymane dane i wyświetla kierowcy informację:



jak widać, ktoś postanowił zastosować tzw. license plate injection ;)



oryginał: http://karim.sentio-software.com/read/license-plate-injection

wtorek, 27 października 2009

Feminizm

Mój galopujący szowinizm - wiedziony inspiracją z budo - każe zapytać:

- Czemu żadna z feministek nie buntuje się z powodu faktu, iż tak mało jest kobiet pracujących na śmieciarkach?

wtorek, 20 października 2009

Rower mi ukradli

Nosz, ukradli. Nie bali się i zaje*ali. Pal licho pieniądze, stać mnie, żeby sobie zarobić. Ale straciłem 1) fajny rower ze wspomnieniami w bagażniku 2) podstawowy środek komunikacji w Olsztynie - bo autobusami, pieszo czy samochodem przez zakorkowane miasto - można zapomnieć.

Gdybyś zauważył/a na ulicach Olsztyna ten rower:

Rower mi ukradli!

natychmiast złap gnoja za chabetę i dowlecz na najbliższy posterunek policji - za pomoc lub informację nagroda!

Instrukcja - co zrobić, gdy zauważysz mój rower? To, co prezentuje Pan Policjant (pierwszy raz pochwalam to zachowanie ;))

poniedziałek, 19 października 2009

Pokaz w Real,-

Któryś z widzów nas nakręcił no i wrzucił na youtube :)





środa, 14 października 2009

Uirapuru został tatą

Dziś o godzinie 12:22 przyszła do nas nowa obywatelka świata - Nina Kaszuba :) Waży 3200g i dostała 9/10pkt, śpi, je i płacze, czyli wszystko w porządku. Urodziła się poprzez cesarskie cięcie i razem z mamą Beatą wypoczywają teraz w szpitalnym łóżeczku.

Pierwsze zdjęcie



Pierwsza chwila



A tu parę innych fotek :)













poniedziałek, 12 października 2009

A ja sądzę iż 50% kobiet nie chce szczęścia!

A ja twierdzę że co najmniej 50% polskich kobiet tak naprawdę to nie chce być szczęśliwa. Standardowo wygląda to tak: Młoda naiwna dziewczynka zakochuje się w jakimś przystojnym `łośku' który poza dyskotekami i flaszką wódki świata nie widzi. Ten oczywiście ją zalicza i zostawia. A ona beczy jaki to on zły i niedobry. Tak. Ale widziały gały co brały. A raczej nie widziały. Tutaj jest paradoks. Młode dziewczęta (a także dorosłe kobiety o zgrozo!) widząc przystojnego mężczyznę (czyli takiego który zwraca uwagę zdecydowanej większości kobiet) myśli sobie że skoro taki przystojny to i pewnie mądry, wykształcony, szlachetny itd. To się nazywa `efekt halo'. Widzimy w jednej osobie coś co nam się podoba i podświadomie dopisujemy mu inne cechy pozytywne (efekt Galatei) albo też widzimy jedną negatywną i dopisujemy inne negatywne (efekt Golema). Problem polega na tym że wiele pań żyje swoim `wyobrażeniem o partnerze' a nie tym jaki on jest naprawdę. Potem najczęściej w jakimś traumatycznym momencie różowe okulary spadają a kobieta ma pretensje, że mężczyzna nie jest taki jak ona myślała że jest. Trudno. Nic na to nie poradzimy. Panie uwielbiają żyć swoimi wyobrażeniami. Problemem jest efekt jaki te traumatyczne przeżycia niosą. Ano najczęściej jest to `facet to świnia!' `wszyscy faceci są tacy sami!' itd. Itp. I czy chcesz, czy nie chcesz zostajesz zwyzywany od trzody chlewnej. Nie ma znaczenia że nie znasz tej kobietki. Ją skrzywdził ktoś, więc ona skrzywdzi Ciebie. O taak, kobiety są pod tym względem bardzo słabe. Brakuje jeszcze tego aby przeniosła tą `mądrość życiową' na inne aspekty życia. Np. Ktoś ją okradnie, to ona okradnie kogoś itd. Widzicie jakie to zachowanie jest głupie? Moim zdaniem jest. Ale skrzywdzona kobieta uważa, iż ma prawo ukarać mnie za grzechy wspomnianego wyżej `łośka'. Stwarza sobie obraz świata, w którym za całe zło odpowiedzialni są `samce'. Podobnie ma ojciec rydzyk `masoni', narodowcy `murzyni', młodzież wszechpolska `geje', naziści `żydzi' itd. Jest to nie tyle krzywdzące co głupie. Ale trudno. Zranionej kobiety nikt nie przekona że jest inaczej. Ja też kiedyś zostałem skrzywdzony ale na bank nie będę się mścił na innych kobietach tylko dlatego że ta jedna była zła. To kwestia wewnętrznej siły i zasad. Nic więcej.

Dlaczego napisałem że 50% kobiet nie chce być szczęśliwe? Ano dlatego iż kobieta to stworzenie raczej emocjonalne. Mężczyzna jest stworzeniem emocjonalno-refleksyjnym. Jak przypali sobie łapska żelazkiem, to drugi raz tego nie zrobi. Ale kobieta myśli że może jednak się uda dotknąć i nie sparzyć. Nadzieja matką głupich Dlatego po raz wtóry wchodzi w związek z kolejnym łośkiem, ażeby mieć dobitniejszy dowód na to, że facet to świnia. Paranoja. No ale czasami zdarza się tak że kobieta trafi na dobrego, uczciwego, kochającego mężczyznę, który zapewni jej uczucie. I co się wtedy dzieje? Ano najczęściej kobieta odchodzi mówiąc `jesteś dla mnie za dobry'. Zawsze mnie zastanawiało jak tłumaczą się kobiety. Że `nie ma już tego ognia' itd. No jasna giwera, wychodzi na to że każdy kochający facet staje się łóżkowym nudziarzem tylko, jakoś mi się w to wierzyć nie chce. Wychodzi na to że uczciwy = nudny. Jak rozumiem lepiej być z facetem nieprzewidywalnym. Nigdy nie wiadomo czy po powrocie do domu strzeli w morde czy przytuli. Taaak. To jest ciekawe, zaiste. Kobieta niby szuka oparcia, przyjaźni, czułości. A kiedy to wszystko już ma stwierdza nagle, iż `dusi się w związku' i szybko konsumuje związek z kolejnym `łośkiem'. Efekt jaki jest, każdy widzi. Nie mam pojęcia z czego to wynika ale jest to diabelnie zastanawiające! Z mojej autopsji wynika, że istnieją kobiety, które MUSZĄ mieć w życiu pod górkę bo inaczej się zanudzą. Przykład mojej ex. `O Jezu! Ile ja mam pracy! Ja nie mam kiedy odpocząć! O Jezu!' a zaraz potem `Mam cały tydzień wolnego. Co ja będę robić? O Jezu. Jak nudno. Przecież ja się zanudzę. Nawet nie mam z kim wyjść'. Najczęściej są to niewiasty z kompleksami, nie umiejące się niczym zająć. Dochodzi do tego brak jakiegokolwiek hobby i pretensje do innych że Ci nie umilają jej czasu. Cóż, jak taka kobieta jest nudna i nie umie się niczym zająć to w sumie zaczynam rozumieć po co jej `łośki'. Bo w sumie taka duszyczka potępiona błąka się od jednego samca do drugiego szukając `tego czegoś'. A co to jest? Nie wiem. Ona sama nie wie. Ale szuka. Dlatego stały związek z takim egzemplarzem jest bezsensem. Bo nawet jeśli taka niewiasta trafi na Ciebie i będzie jej się wydawało iż jesteś tym jedynym, to bądź pewien że nie będzie tak zawsze. Powie że jesteś za dobry a ona dusi się w związku. Wejdzie w krótką relacje z `łośkiem' ażeby się dowiedzieć (o zgrozo!) czy aby na pewno dobrze zrobiła wybierając Ciebie. A potem sprawdzi drugi raz. Kiedy się wreszcie upewni to będzie jak do rany przyłóż. Ale po miesiącu znowu nadejdą wątpliwości. A wtedy nasza dziewoja sprawdzi trzeci raz czy te dwa pierwsze upewniania się były aby na pewno gruntowne. I tak dalej i tak dalej Nie ma znaczenia czy nasza panna jest po zawodówce, liceum czy po studiach wyższych. Schemat powyższy może objawić się w każdej z wymienionych grup. Na kobiety dominujące też czasu nie traćcie. Najczęściej pod płaszczem `dominacji' kryje się szczenięca niedojrzałość. `Albo będzie tak jak ja chce, albo nie będzie w ogóle!'. Nie ma znaczenia czy będziesz darł z taką koty, czy też posłusznie jej słuchał. Psyche zrypiesz sobie jak 2 x 2 = 4. Kobieta wyzwolona różni się tylko tym od tej niezdecydowanej że teoretycznie wie czego szuka. Ale i tak nigdzie tego nie znajduje. Taka kobieta jest jak róża. Może i piękna, ale przebywanie z nią grozi pokłuciem. Czy warto dawać się ranić aby być z piękną z wyglądu? Nie sądzę. Ona oczywiście twierdzi że jest tego warta. Ale rozbuchane ego to już inna historia.

Tak czy inaczej ponad 50% pań po prostu nie wie czego chce albo żąda niemożliwego. Ostatnio przeczytałem coś takiego: Pani się pyta na forum czy są tacy faceci (tutaj wymienia same superlatywy). Ktoś jej odpisuje `są ale brzydcy'. Na co pani coś w stylu `aha, czyli nie ma '. I już wiadomo dlaczego kobiety nie widzą dobrych facetów. Bo taka kobieta pytając o dobrego ma podświadomie na myśli dobrego i przystojnego. Czyli królewicz bajki jak malowany. Na koniec jeszcze taka mała ciekawostka. Niestety przerabiałem to osobiście. Pod koniec mojego związku dawałem z siebie 150% normy aby ten związek utrzymać. Moja dziewczyna dawała okrągłe 0%. W końcu zrezygnowałem bo godziło to w moją godność. Jaka była pointa tej bajki? Ano taka że ex stwierdziła że `facet to świnia i się nie stara tak jak starać się powinien!'. Wniosek prosty panowie. Dawajcie z siebie 200% normy i nie liczcie na nic w zamian (sarkazm oczywiście). Dlaczego panie tylko wymagają a nic nie dają w zamian? Ano najczęściej jest to spowodowane tym że dały `łośkowi' i nie chcą drugi raz powtórzyć błędu. Problem polega na tym że nasze dziewoje chcą być w związku i nie być w nim jednocześnie (mam nadzieję że nadążacie). A jak wiadomo nie można `mieć jabłka i zjeść jabłko'. Panie oczywiście mają na to swoją teoryjkę. `Facet był za słaby aby sprostać moim oczekiwaniom'. Szanowne niewiasty. Ja mogę dać i 150% normy, ale warunek jest jeden, WZAJEMNOŚĆ. Jak mężczyzna zauważy że jego wysiłki idą w próżnię to po prostu zrezygnuje. Żadna `róża' nie jest warta permanentnego pokłucia. Wiem że wy uważacie się za ewenementy (jestem mądra, piękna, wykształcona, mam mieszkanie, dobrze zarabiam itd.) ale to naprawdę nie o to chodzi. Jeśli nie macie ludzkiego charakteru to sprawa się rypnie i tyle. No ale i tak nam zarzucacie że nie chcemy `reanimować trupa'. Oj nie chcemy. Faceci rzadko popadają w chore ambicje.

Jeśli czytelniku mój drogi dotrwałeś do tego momentu to szczerze Ci gratuluję! Wytrwałość cenna rzecz. Powyższy tekst nie ma na celu nikogo obrażać a jedynie wzbudzić jakieś refleksje. Szczególnie jeśli czujesz się jakoś związana z tym co napisałem. Jestem przekonany że do co najmniej 50% pań ten opis pasuje jak ulał. I żeby była jasność to jeszcze małe wytłumaczenie. Drogie niewiasty. Ja wiem że wy jedno myślicie, drugie chcecie, trzecie robicie, a czwarte mówicie ale ja jestem mężczyzną. Więc skoro piszę że `co najmniej 50% pań' jest takich, to znaczy tylko i wyłącznie to, że mam na myśli ok. 50% i nic więcej. Znam wasze zamiłowanie do nadinterpretacji i wiem że jeśli nie podkreślę tego fragmentu to zostanę zbluzgany za wyzywanie 100% kobiet.

Felix Kalita

Jak widać komentarze na onecie nie zawsze są takie złe.

niedziela, 11 października 2009

Pokaz w Gronitach

Runą i w łunach spłoną pożarnych

Wiersz przypisany Miłoszowi, jednak prawdziwym jego autorem jest Zbigniew Turek.
Runą i w łunach spłoną pożarów
Krzyże kościołów, krzyże ofiarne
I w bezpowrotnym zgubi się szlaku
Z lechickiej ziemi orzeł Polaków
Na ziemskim globie flagi czerwone
Będą na wieżach grały jak dzwony
Czerwona Armia i wódz jej Stalin
Odwiecznych wrogów na niej obali.
O jasne słońce, Wodzu Stalinie,
Niech Twoja sława nigdy nie zginie
Niechaj jak orły prowadzi z gniazda
Rosji i Kremla płonąca gwiazda
Zaćmisz się rychło w wieków godzinie
Polsko i twoje córy i syny
Wiara i każdy krzyż na mogile
U stóp nam legnie w prochu i pyle.

Można czytać kolumnami, tzn. cała kolumna lewa do dołu i następnie prawa, bądź wierszami po całej szerokości. Kto spostrzegawczy, temu gratuluję odkrycia tajemnicy ;) Ku pokrzepieniu serc ;)

Google Reader

Niedawno wyleczyłem się z odwiedzania "standardowych" stron, tzn. z przeglądania treści i aktualizacji w interesujących mnie miejscach sieci - po kolei. Zajmowało zbyt dużo czasu, by dowiedzieć się, że nic nowego na stronie nie ma :). Przerzuciłem się na Google Reader'a - prawie ascetyczne, ale dzięki temu naprawdę potężne narzędzie, dzięki któremu mogę przekopywać internet ;) Polecam każdemu.

Zmiana języka z polskiego na angielski daje nam parę ciekawych opcji, np. możliwość dodawania plików do popularnych stron społecznościowych (digg, twitter, delicious itd), albo też (z pomocą Google Gears) zgranie aktualnych treści do czytania offline (na lapie w podróży na przykład).

Dla przeglądarek komórkowych jest jeszcze fajny psikus - wystarczy zamiast oryginalnego adresu http://reader.google.com podać http://www.google.com/reader/m/view/ i już mamy odchudzoną wersję czytnika.

Mi to bardzo odpowiada, polecam!

sobota, 10 października 2009

Udowodnij, że jesteś

Wykopane, po prawej na dole można włączyć polskie napisy.



Uzależnienie od konsumpcjonizmu.

piątek, 9 października 2009

Na koniec dnia...

Do poprzedniego posta dorzucę jeszcze parę rzeczy :)

Po pokazie na Uranii. Zdjęcie jest i film :)

Uirapuru na pokazie Berserker's Team



Do tego parę ciekawostek:

Adobe nabija się z Apple, bo flash jest ponoć zbyt wolny dla iPhone'a (jak się domyślam Apple nie życzy sobie flash'a, ponieważ bogactwo tego środowiska skazałoby na niebyt sklep z autoryzowanymi aplikacjami do tego telefonu).



w3portfolio.pl

Kibicuję każdemu takiemu przedsięwzięciu, serwis ma za zadanie łączyć twórców stron internetowych. Dopiero wystartował, ale już się rozgościłem i mam nadzieję, że będzie fajnie ;)

www.sumopaint.com
Sumo Paint
Jeśli jesteś w trasie i na kompie nie masz ani Paint Shop Pro, ani Gimpa czy Photoshopa - a masz dostęp do neta - to jesteś uratowany. I nie jest to już pierwsza generacja narzędzi online a - zaiste - prawdziwy kombajn graficzny stworzony we flashu :)

Wojny biurowe

Pierwszy troche spokojniejszy dzien, znaczy - wyspałem się :) Dziś pokaz BJJ na Uranii, parę dupereli i spokojny wieczór. Jutro pierwszy zjazd na uczelni.

A Ninka się nam jeszcze nie skompilowała do końca ;) Czekamy ;)

środa, 7 października 2009

wyborcza.pl - Polacy idą na swoje

Już wiemy dlaczego gwałtownie nie skoczyło w kraju bezrobocie. Kosmetyczki, salony fryzjerskie dla psów, produkcja materiałów do wyposażenia trumien - zwalniani z pracy Polacy masowo zakładają firmy. Może ich powstać nawet 400 tys. W oblężonych pośredniakach skończyły się dotacje na własny biznes.

Pani Ewa z przyjaciółką Magdą kilka razy dziennie myślą o dwóch liczbach. Pierwsza to 16 tys. zł - tyle czynszu muszą co miesiąc płacić za otwartą przed kilkoma dniami sklepokawiarnię z luksusową odzieżą niedaleko warszawskiej ulicy Foksal. Druga cyfra to 250 tys. zł. Taki kredyt inwestycyjny musiały zaciągnąć. Obie są przed trzydziestką. To, co miały, włożyły w ten interes.

Kilkanaście kilometrów dalej na warszawskim Wilanowie pani Izabela uruchomi w tym tygodniu salon fryzjerski. Zebrała razem z narzeczonym 50 tys. zł. Połowa z tego to oszczędności. Drugą pożyczyła rodzina. Remontują 130 m kw. Będzie tu fryzjer, masaż, manikiur i pedikiur. A w przyszłości solarium. Czynsz 3,5 tys. zł miesięcznie.

Statystycznie rzecz biorąc, jeden z tych biznesów - pani Ewy z Magdą albo pani Izy - padnie w ciągu trzech lat. Tak mówią dane PKPP Lewiatan.

Kryzys budzi przedsiębiorców

Polacy nie przejmują się tymi statystykami. W kraju mamy zarejestrowanych ponad 2 mln firm. A ostatnie kilka miesięcy to prawdziwa eksplozja przedsiębiorczości. Pięć lat temu, gdy wchodziliśmy do Unii, Polacy założyli 233 tys. firm. W tym roku, jak szacują największe organizacje pracodawców, powstanie ich niemal 400 tys.

Kto idzie na swoje? Młodzież i kobiety, bo mają szczególne problemy ze znalezieniem stałej pracy.

Z najnowszego raportu Komisji Europejskiej wynika, że ponad jedna piąta aktywnych zawodowo Polek prowadzi własne firmy. W większości z sukcesem. To jeden z najlepszych wyników w Unii.

- Do zakładania własnych firm masowo biorą się też młodzi. Co piąty z nich nie ma skończonych 25 lat - mówi Barbara Grabowska, szefowa bydgoskiego pośredniaka.

Pytała 212 absolwentów bydgoskich szkół o plany na przyszłość. 38 proc. z nich chce założyć firmę. To i tak mniej niż w całym kraju. Badania Eurobarometru pokazują, że blisko połowa młodych Polaków chce mieć własną firmę. To drugi najlepszy wynik spośród wszystkich krajów w Europie. Przed nami są tylko młodzi Łotysze.

Własne firmy chcą zakładać osoby, które kryzys pozbawił etatów.

Spektakularną ofiarą kryzysu są 17-tys. Łapy na Podlasiu. W ubiegłym roku padła tam cukrownia zatrudniająca kilkaset osób. W tym splajtowały Zakłady Naprawy Taboru Kolejowego. Istniały od prawie 147 lat. Pracę straciło 750 osób.

Zwolnieni przychodzą do urzędu pracy po pieniądze. Na założenie własnej firmy można dostać w całym kraju 19,6 tys. zł dotacji z Funduszu Pracy. Trzeba być zarejestrowanym jako bezrobotny i złożyć wniosek z biznesplanem. Większe szanse na wsparcie mają osoby, które zadeklarują wkład własny - choćby 1-3 tys. zł.

- Teraz zgłaszają się po dotacje zwolnieni w ubiegłym roku z cukrowni. Ludzie z Zakładów Naprawy jeszcze się nie biorą do zakładania własnych firm, im należy się zasiłek. Ale przyjdą. Nie ma co się łudzić. W Łapach działają już niemal tylko małe, rodzinne firmy. Etatów nie dadzą - mówi Krystyna Tomczak, szefowa filii białostockiego Powiatowego Urzędu Pracy w Łapach.

W tym roku o pomoc w założeniu firmy poprosiło w Łapach 30 osób. Dwa razy więcej niż w ubiegłym. Kolejne wnioski czekają na rozpatrzenie.

Podobnie jest w Stalowej Woli, monomieście uzależnionym od huty. Od stycznia stalowowolski zakład pracuje na cztery piąte etatu, pracownicy zarabiają o 20 proc. mniej. Z firmy musi odejść 300 osób. Huta cierpi, bo załamał się rynek budowlany na świecie.

- Parcie na pracę na własny rachunek jest ogromne, dużo większe niż w ubiegłym roku - ocenia Zofia Zielińska-Nędzyńska, dyrektor PUP w Stalowej Woli. - Gdy huta zwalnia, ludzie nie mają alternatywy. Zakładają sklepy, firmy remontowe.

W Inowrocławiu dotacje dla zakładających firmy już się skończyły. - Pomogliśmy 250 osobom, każdy dostał po 14-15 tys. zł. Z kolejnymi 50 podpisaliśmy już umowy - mówi Mariusz Maciejewski z inowrocławskiego PUP. - I pieniądze na ten rok się skończyły. A wnioski spływają nadal. - Na biurku mam kilkadziesiąt, na wszystkie będziemy musieli odpisać odmownie.

Podobnie jest w Bydgoszczy, gdzie w tym roku bezrobotni założą o 60 proc. więcej firm niż w ubiegłym roku. Od początku roku firmy założyło 384 bezrobotnych. 72 proc. z nich dostało dotacje. Tyle ile w 2008 przez cały rok.

Dotacjami wyciągają z szarej strefy

W 2008 r. nowo powstające firmy wzięły na rozkręcenie swoich interesów 560 mln zł z funduszy Ministerstwa Pracy. Do końca sierpnia tego roku już ponad 650 mln zł! (plan ministerstwa przewidywał 395 mln, i to na cały rok). W przyszłym resort rezerwuje na dotacje dla początkujących przedsiębiorców w swoim budżecie już miliard złotych.

- Pieniądze rozchodzą się momentalnie - twierdzi Jolanta Fedak, minister pracy.

Zdaniem Fedak kwota dotacji jest na tyle duża, że firmy zakładają nawet osoby, które do niedawna działały w szarej strefie.

Fedak tłumaczy to prostą kalkulacją. Wcześniej takim osobom zwyczajnie nie opłacało się ujawniać. Mogły dostać z pośredniaka ledwo 4-5 tys. zł na założenie firmy. Dziś, gdy kwota urosła czterokrotnie, skalkulowali, że warto założyć legalny interes. Choćby fryzjerzy, zamiast strzyc klientów w domu bez ewidencji, teraz wynajmują lokal i działają legalnie.

- Ostatnio jeden ze starostów z zachodniej Polski mówił mi, że po pieniądze na założenie warsztatu zgłosił się człowiek, który wcześniej sprowadzał z zagranicy "na lewo" samochody - opowiada Fedak. - Zgłosił się do urzędu pracy, mówiąc, że kończy z tamtym procederem. Dostał pieniądze na założenie firmy. To nie wszystko. Ostatnio drugi raz przyszedł do pośredniaka, by mu wyszukać kilku pracowników, bo chce ich legalnie zatrudnić.

Polak otwiera budkę z hamburgerami

Patrząc na statystyki Ministerstwa Pracy, widać, że Polacy najchętniej biorą dotacje, by założyć firmę budowlaną, warsztat samochodowy, sklep z odzieżą (głównie ciucholandy), zakłady fryzjerskie i kosmetyczne.

Naturalnym ograniczeniem jest wysokość kapitału. Małe firmy zazwyczaj nie mają szansy na kredyty bankowe (chyba że mogą przedstawić jakieś zabezpieczenie, np. nieruchomość). Pieniądze do zainwestowania to często niewielkie oszczędności plus dotacja z urzędu pracy.

"Goła" dotacja z urzędu pracy starczy na? - Otworzenie biura - mówi Marta Tyrakowska z PUP w Gorzowie Wielkopolskim. - Jeszcze zostanie reszta. Żeby otworzyć np. biuro rachunkowe, trzeba kupić średniej klasy komputer, oprogramowanie, krzesło, biurko.

I dodaje: - Nasza dotacja nie jest dla dużych przedsiębiorców. Najczęściej zgłaszają się do urzędu osoby, które chcą założyć niewielki osiedlowy sklepik, w którym handlują mydłem i powidłem: ciastkami, gazetami, lodami. I za 18 tys. zł towar kupią.

A jeśli ktoś chce zakładać wielki market czy firmę produkcyjną, to najczęściej stara się o dużo większe środki unijne.

Tu zdobyć można nawet 40 tys. zł bezzwrotnej pomocy. Chodzi o program o nieludzkiej nazwie „Działanie 6.2 z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki »Promocja przedsiębiorczości i samozatrudnienia «”. Komisja Europejska zarezerwowała na niego 400 mln. euro Zdobyć je jednak o wiele trudniej niż pieniądze z urzędów pracy.

- Wiele osób, gdy o tym słyszy, zapala się - opowiada Andrzej Głowacki, prezes firmy DGA organizującej szkolenia dla 8 tys. zwolnionych stoczniowców ze Szczecina i Gdyni. - Ale zanim dostaną pieniądze, muszą przejść kilkumiesięczne szkolenie. Tam tłumaczy się im jak badać rynek, jak przygotować biznesplan, jak zdobyć kapitał.

Głowacki opowiada, że na szkoleniach jest już 200 osób ze Szczecina i 120 z Gdyni. Chcą zakładać kwiaciarnie, salony kosmetyczne, salony masażu. - Wiadomo, że część tych firm padnie, ale musimy robić wszystko, by tych upadków było jak najmniej. Musimy ludzi przygotować na zderzenie z rynkiem. Na razie najlepiej radzi sobie założony przez trzy panie salon strzyżenia psów. Mają mnóstwo klientów - cieszy się Głowacki.

Co czwarty padnie

- Pytam bardzo często, jak ktoś stara się, abyśmy zainwestowali w jego projekt: Skąd wiesz, że to dobry pomysł? Robiłeś jakieś analizy, badania? Nader często słyszę: Nooo, pytałem rodziców - mówi szef jednego z funduszy inwestycyjnych (chce pozostać anonimowy):

Szef funduszu uważa, że do nawet małego biznesu trzeba podchodzić jak pani Agnieszka, która zdecydowała się na szycie i sprzedaż tzw. utensyliów funeralnych, czyli wyposażenia trumien. Szukała branży, w której bez względu na to, czy jest kryzys, czy go nie ma, popyt nie spada. Przed urlopem macierzyńskim (ma dwójkę dzieci) też szyła, ale dla kogoś. - Duże wymagania za niewielkie pieniądze - ocenia.

Była już na targach funeralnych, by poznać nowe trendy. - Rozmawiałam z zakładami pogrzebowymi i producentami trumien. Ci mają już swoich dostawców, ale nie ukrywają, że liczy się cena - mówi.

- Chętnym do zakładania firm brakuje analizy rynku, realnego podejścia do kosztów i dochodów - mówi prezes Raiffaisen Banku Piotr Czarnecki, który w ciągu dwóch lat konkursu współorganizowanego przez Gazetę Wyborczą "Pomysł na Firmę" oceniał blisko 3 tys. biznesplanów.

- Wśród nadsyłanych na konkurs propozycji wiele było ciekawych. Co z tego, skoro ich biznesplany były niewiarygodne - mówi Czarnecki. Jego zdaniem świadczy to o olbrzymich brakach w systemie edukacji ekonomicznej w Polsce.

Z drugiej strony nawet jak uda się uruchomić własną firmę, młodzi biznesmeni często zakładają tylko jeden scenariusz rozwoju wydarzeń, czyli sukces. - Trzeba być gotowym na niespodzianki - warunki rynkowe ciągle się zmieniają. Nagle pojawia się konkurencja, rosną drastycznie czynsze, odchodzą pracownicy i trudno znaleźć nowych. Gdy o tym nie pomyśleliśmy zawczasu, biznes pada - mówi Czarnecki.

Niezależnie od tego, za czyje pieniądze założona jest firma - własne, unijne czy Ministerstwa Pracy - zgodnie ze statystykami Lewiatana co czwarta nowo powstała firma nie jest w stanie przetrwać nawet roku. Jeśli była otwierana za dotację z pośredniaka, pieniądze trzeba zwrócić.

I co wtedy?

Porażka - jak mawiał Henry Ford, założyciel koncernu Ford Motor Company - daje możliwość rozpoczęcia przedsięwzięcia na nowo, w sposób lepiej przemyślany.

Źródło: Gazeta Wyborcza

onet.pl - Ofiary Uniwersytetów

Michał ma dyplom z resocjalizacji i kręci placki na pizzę. Kasia uczyła się prawa, żeby podlewać kwiatki w firmie ojca. - Studia są niebezpieczne – mówią absolwenci wyższych uczelni. – Pozwalają nam się łudzić, że będziemy pożądani na rynku pracy.

Michał M. ma 27 lat i wyższe wykształcenie resocjalizacyjne zdobyte na Uniwersytecie Warszawskim. Nie szuka jednak pracy w zawodzie, zraził się podczas stażu w podwarszawskim ośrodku dla trudnej młodzieży. Dzieciaki pluły mu w sweter, wyzywały od najgorszych. – Podchodzę do takiego 13-letniego Krzysia i pytam: jak się masz? A on na to: „Sp…aj, bo albo ja albo mój starszy brat tak ci naj…my, że nie wstaniesz” – opowiada Michał. – Któregoś dnia patrzę na ścianę, a na niej napis markerem pociągnięty: „Pan Michał to pedał”. Wtedy postanowiłem odejść.

I odszedł. Do sieciowej pizzerii, gdzie od dwóch lat kręci placki i zalewa je pomidorowym sosem za 1,7 tys. zł miesięcznie. Kiedy spytasz go o zawodowe ambicje, to odpowie, że się ich wyzbył, że wprawdzie myśli o przyszłości, ale nie ma jeszcze nowego planu na życie. O studiach mówi, że nie przygotowały go do zawodowego życia, że zamiast tego karmiły go etosem inteligenta-społecznika. – Zwyczajna farsa. Wybierając te studia, postawiłem na złe konie – wyznaje.

Ewelina R. w czerwcu ukończyła 28 lat i studia marketingowe w jednej z tych prywatnych szkół w Poznaniu, gdzie jedynym warunkiem zaliczenia semestru jest wpłata czesnego. Podczas studiów nie szukała praktyk, nie nadbierała zawodowego doświadczenia. Dlatego kiedy po trzech miesiącach intensywnych starań o pracę dostała angaż w salonie operatora telefonii komórkowej, ucieszyła się szczerze i pomyślała: „Dobre zajęcie na przeczekanie. Chwilę tu popracuję, a w międzyczasie rozejrzę się za czymś lepszym”. – Wiele moich koleżanek zarabia pieniądze w podobny sposób albo pracują u swoich ojców – zauważa Ewelina i dodaje: – Studentki to są gotowe nawet sprzedawać zapiekanki w podziemiach przy Metrze Centrum. Czy wiesz jak tam śmierdzi?

Ewelina nie zamierza brudzić sobie rąk. Zamiast tego pokazuje telefony, podtyka klientom prospekty i opowiada o cennikach. I nieważne, że co miesiąc na kosmetyki i kino wydaje równowartość swojej pensji – 1,5 tys. zł (mieszkanie i codzienne sprawunki wciąż opłacą jej rodzice). – Pracuję dopiero kilka tygodni, ale mam już tego dość. Większość ludzi i tak przychodzi do salonu tylko pooglądać aparaty. Chciałabym robić coś poważniejszego. Pracować w banku albo być asystentką prezesa jakieś ważnej firmy.

Maciek B. (także 28 lat) jest jej przeciwieństwem. Umysł analityczny. Kiedy dostaje wypłatę, sporządza listę stałych wydatków w Excelu. Ma dyplom z zarządzania i dobrze wie, że na dziecko i żonę zarobi najlepiej kelnerując w restauracji na warszawskiej starówce. Ale tej lekcji nie odebrał na studiach. Pracuje sześć dni w tygodniu. Od 11 rano do oporu. I tak od pięciu miesięcy, kiedy bank, w którym pracował, zwolnił kilkadziesiąt osób. – Na gwałt potrzebowałem dobrze płatnego zajęcia. Mam rodzinę, nie mogłem stracić ciągłości finansowej – wyjaśnia Maciek. – W restauracji wyciągam miesięcznie pięć tysięcy złotych i chwilowo nie mam siły myśleć o czymś bardziej ambitnym. Czy ty wiesz, jak boli kręgosłup po całym dniu noszenia talerzy?

Kasia M. (29 lat) opuściła tylko trzy dni zajęć podczas pięciu lat studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim. Potem próbowała dostać się na aplikację - adwokacką albo notarialną. Na egzaminach jednak poległa – znalazła się kilkadziesiąt pozycji pod kreską. Miała spróbować rok później, ale - jak mówi - „zasiedziała się w biurze u ojca”. Siedzi tam już dwa lata. Ojciec Kasi prowadzi firmę budowlaną. Ona jest członkiem zarządu, specjalistą ds. marketingu i asystentką prezesa w jednym. Zarabia 4 tys. złotych miesięcznie – Ale tak naprawdę to nic nie robię. Firma jest mała, nie ma tu zajęć dla mnie – przyznaje szczerze. – Tyle co kwiaty podleję w gabinecie, raz na dwa miesiące zaktualizuję stronę internetową o nowe zdjęcia z inwestycji.

Kasia mówi o swojej pracy, że jest tymczasowa, że chce przeczekać kryzys, że za jakiś czas poszuka pracy biurowej w kancelarii i jeszcze raz spróbuje dostać się na aplikację. Opowiada o swoich kolegach ze studiów prawniczych, że tylko nieliczni pracują w zawodzie, że większość rozpłynęła się po biurach i miejskich urzędach.

Czujemy się oszukani

Przed sześcioma laty Rządowe Centrum Studiów Strategicznych prognozowało, które specjalizacje będą najbardziej pożądane na rynku pracy w 2010 roku. Eksperci zachęcali do studiów pedagogicznych, informatycznych, prawniczych i psychologicznych. W cenie mieli być też inżynierowie, absolwenci zarządzania i kierunków niszowych – np. turkologii.

– Czuję się zawiedziona. Kiedy zdawałam na marketing mówiło się, że to zawód z przyszłością – wyznaje Ewelina.

– Czuję się oszukany – mówi Michał. – Na uczelni mówili, że będzie zapotrzebowanie na pedagogów. Szkoda tylko, że nikt nie mówił, jak obciążający psychicznie będzie to zawód – dodaje.

– Czas i rynek weryfikują zapotrzebowanie. Dziś nie wybrałabym prawa. Poszłabym na ogrodnictwo – Kasia przyznaje się do frustracji.

Psycholog biznesu, dr Leszek Mellibruda, rozumie frustrację młodych ludzi. – Absolwenci szkół wyższych ulegają często presji otoczenia i nie wybierają tego, co dla nich najlepsze. Myślą: pójdę do jakiejkolwiek pracy, bo nie wypada być bezrobotnym - tłumaczy.

Opowiada o absolwentach szkół medycznych, którzy chętnie dają się werbować do pracy w handlu farmaceutykami. Do rezygnacji z zawodu lekarza ma ich skłaniać nie tyle wyższa pensja, co dodatkowe apanaże: samochód, laptop albo telefon bez limitu połączeń.

Mellibruda zauważa jednak niebezpieczeństwo, jakie wiąże się z „zasiedzeniem się” w pracy poniżej oczekiwań. – Badania wyraźnie wskazują, że jeśli utkwimy w pracy niespełniającej naszych oczekiwań dłużej niż na 3-5 lat, to jest mało prawdopodobne, że wrócimy do wymarzonego zawodu - wyjaśnia.

Mierny, bierny…

Zdaniem psychologa pracy i doradcy rozwoju osobowości, Iwony Majewskiej-Opiełki, założycielki Akademii Skutecznego Działania, myślenie o studiach jako gwarancie atrakcyjnej pracy jest pomyłką. Studia mają dać wiedzę, a nie doświadczenie zawodowe. – Młodzi ludzie powinni zdobywać kompetencje podczas praktyk i płatnych staży. I zapomnijmy o tym micie, że absolwent wyższej uczelni jest przygotowany do pracy w zawodzie – radzi.

Jednocześnie zaznacza, że podjęcie pracy poniżej kwalifikacji jest zjawiskiem pozytywnym. – Oczywiście, o ile jest etapem prowadzącym do rozwoju zawodowego – wyjaśnia Majewska-Opiełka i podpowiada, jakie uniwersalne cechy charakteru ułatwiają absolwentowi wyższej uczelni zdobycie pracy. – Powinien mieć zdrowe poczucie wartości i odpowiedzialne podejście do pracy. Powinien być spójny wewnętrznie, uczciwy w przedstawianiu siebie – wylicza Majewska-Opiełka. – Pracodawca ceni szczerość i naturalność pracownika.

Czy rzeczywiście tak jest? Nasz bohater – kelnerujący Maciek sięga pamięcią do doświadczeń zdobytych w banku. – Wielkie korporacje tworzą kult pracy. Mówią, jak bardzo twoja praca jest ważna dla funkcjonowania firmy. W rzeczywistości chcą, byś potulnie wykonywał swoje obowiązki. Jak klepią cię po ramieniu, to aż głupio powiedzieć, że coś ci się nie podoba - mówi.

Maciek przedstawił definicję dobrego pracownika, którą już przeszło sto lat temu sformułował wybitny niemiecki socjolog Max Weber: „Dobry pracownik nie traktuje swego zawodu jako powołania i nie snuje żadnych marzeń na temat własności pracy i odpowiedzialności”. Maciek pyta głośno: – Czy nie jest tak, że wracamy do starej doktryny: „mierny, bierny, ale wierny?”

Po 16 robię, co lubię

Po pracę na przeczekanie jeszcze częściej sięgają artyści.

– Sztuka tylko nielicznym daje pieniądze. Wielu z nas jest zmuszonych do pracy w agencjach reklamowych, w marketingu albo w mediach – przyznaje Janek Pstrokoński (27 lat), perkusista rockowej grupy Phantom Taxi Ride, który na co dzień sprzedaje firmom czas reklamowy. – Od 8 do 16 robię to, co muszę, później robię to, co lubię.

Jarek Ważny jest puzonistą Kultu. Zanim Kazik Staszewski zaproponował mu wspólne koncerty, Jarek musiał godzić muzykę z obowiązkami służbowymi. Pracował w biurze prasowym Platformy Obywatelskiej. – Tak żyje większość moich kolegów, zwłaszcza ci, którzy mają na utrzymaniu rodziny. Gdyby nie angaż w renomowanym zespole, który gra dużo płatnych koncertów, nadal musiałbym zarabiać na życie gdzie indziej - mówi.

Marcin Michalski (27 lat), pedagog z wykształcenia, pracownik przetwórni ryb z wyboru, a ponadto miłośnik improwizowanego rymowania (freestyle’u), proponuje szukać pocieszenia w historii literatury. – Każdy, kto pracuje poniżej swoich ambicji i kwalifikacji, dowie się, że Bolesław Prus był ślusarzem. Władysław Reymont - czeladnikiem krawieckim. Edward Stachura i Ernest Hemingway pracowali z drwalami, Tadeusz Konwicki był elektromonterem, a Melchior Wańkowicz kierował hurtownią tytoniu i pomagał na kurzej farmie.

Maciej Wasielewski, tvn24.pl dla Onet.pl

sobota, 3 października 2009

Garść fajnych wykopów

Poznajdywane w necie:

1) 10 grup, do których trochę głupio należeć - wyrwało mnie z kapci ;)

2) Parę ciekawych filmów:

Trochę opowiedziane o nowym tworze google, już się nie mogę doczekać



Parę sprawnościowych ćwiczeń ;)



Taki tam fajny wynalazek ;) a raczej pomysł na wykorzystanie żyroskopu :)



Z aktualnych spraw jeśli mogę skomentować to:

a) Rosja to chuje i robią ponoć znowu syf w Gruzji, ale chciałbym zrozumieć też ich (rosjan) punkt widzenia;

b) Polański przeleciał 13-latkę, to nie zaprzeczalny fakt i przestępstwo ścigane z urzędu (młoda mogła sobie wycofywać oskarżenia, sąd i tak będzie). A, że każdy jest równy wobec prawa... Jak to mówią - przyszła kryska na Matyska;

c) Martwi mnie "TAK" dla Unii Europejskiej w Irlandii. Oznacza to tylko tyle, że Konstytucja naszego kraju przestaje być ustawą zasadniczą, a teraz ponad nią będzie ustawa zasadnicza unii europejskiej, tym samym przestajemy być suwerennym samostanowiącym o sobie krajem. Da to także faktyczny początek Unii Europejskiej, bo jako taka do tej pory wogóle nie istniała, a my staniemy się powiedzmy jej "województwem".

czwartek, 1 października 2009

Olcamp

No to swoje pierwsze spotkanie olcampowskie mam za sobą. Była to już 11 edycja spotkań branży informatycznej, czekałem na to od lipca i jakoś tak wypadło, że miałem dziś te 3 godziny by zajrzeć, posłuchać i pomyśleć :) Całość odbywała się w klubie WaMa (ten sam, w którym swoje capo spotkania robiliśmy), przybyło na oko jakieś 50 osób. Co się działo?

1) Filmaster.pl - Adam Zieliński, jeden z programistów serwisu opowiadał nam o swoim dziecku - co, jak, po co i dlaczego.

2) mixxt.pl - tu z kolei swymi zdolnościami oratorskimi popisał sie pr'owiec serwisu Jakub Górnicki - troszku śmiesznu, troszku strasznu :) Ale i tak ciekawie :)

3) prv.pl - o kulisach giganta początków polskiego internetu opowiadał nam Wojciech Przyłęcki - prezes zarządu inkubatora InQbe, o którym to też parę słów wspomniał :)

W mojej opinii (wszak gusta są różne) każda prezentacja była ciekawsza od poprzedniej, ale brakowało mi paru rzeczy. Pierwsza i podstawowa - to coś, o czym przeczytałem gdzieś nie dawno - informatycy to nie marketingowcy, i choć faktycznie Olcamp jest spotkaniem branżowym, obfitym w żargon itd - to jednak odniosłem wrażenie, że zainteresować nawet kolegów po fachu to spora sztuka. Zainteresować, a co dopiero swój produkt skutecznie sprzedać. Tak więc zgadzam się z postawioną tezą, że informatycy muszą uczyć się o marketingu.

Druga sprawa, to wyczuwam olbrzymią bezwładność tematu społecznościówek, o ile moim zdaniem on przymiera (mogę się mylić), to "środowisko" wciąż prze na nowe serwisy i jakoś ciężko wyhamować ten pęd. Opowiastki o mixxt.pl w moim zdaniu mnie tylko utwierdziły - z 1600 społeczności stworzonych tam przeciętna ma 22 użytkowników a "największe osiągnięcia" to jedna z 10 tysiącami, druga z 2 tysiącami użytkowników? Słabo! Wywołało to z resztą zrozumiałe uśmiechy przy stoliku Panów od prv.pl. Dlatego w społecznościówki pakować się osobiście nie mam zamiaru :)

Tak więc czekam z niecierpliwością na OlCamp v.12 w listopadzie i licze po cichu, że może kiedyś ktoś się zainteresuje moim sportakus.pl (kiedy oczywiście powstanie :))

piątek, 25 września 2009

No żeby gej męskości uczył i jeszcze miał rację ;)

Dziś po załatwieniu paru spraw na mieście przysiadłem (nomen omen) w KFC i wcinałem frytki czytając Gazetę Wyborczą. Gdzieś w środku trafiłem wywiad z tancerzem Mikołajem Mikołajczykiem "Postawiłem na chorą nogę". Pośród wielu poruszanych tematów wypowiedział się na 2-3 ciekawe, więc wklejam tu fragment :)

W "Waiting" tańczysz nago. To bardzo osobiste.

- Nagość jest moim kostiumem. Trudno było się rozebrać przed publicznością, ale to było konieczne. Każdy kostium zabiłby emocje, które chciałem przekazać. Poza tym każda trudna sytuacja na scenie jest lepsza niż ta łatwa.

Oczywiście, że miałem z tym problem, bo nie jest specjalnie łatwo rozebrać się i pokazać gołą dupę drugiemu człowiekowi. Żyjemy w społeczeństwie, które nie gloryfikuje nagości, wręcz przeciwnie, stara się ją ubrać, zasłonić. Dlaczego ludzie nie chodzą na plaże dla naturystów, tylko ubierają się w te przebrzydłe pantalony?

Bo wstydzą się swego ciała.

- Nie! Bo nie dbają o to ciało. Gdyby podejmowali jakikolwiek wysiłek w stosunku do niego, byliby z tego tak dumni, że mieliby w dupie te normy społeczne i tradycje religijno-kulturowe, które każą się ubrać przy każdej nadarzającej i nienadarzającej się okazji. Nagość daje człowiekowi pewność siebie, ale w Polsce kojarzy się przede wszystkim z seksem i z pornografią. A pornografią jest skąpe, seksualne odzienie, a nie nagość. Nagość nie jest seksualna, ona odziera z seksualności.

Zauważ, jak ludzie się ubierają! Dobierają ciuchy pod to, czego nie akceptują w sobie. Chcą to zakamuflować i przedstawić się lepszymi, niż są. I powstaje pewna rozbieżność. Jeśli w takich bzdurach istnieje choćby mały brak samoakceptacji, to owe bzdury przekładają się na życie emocjonalne. Nie wierzę, że jak ktoś nie akceptuje swoich dużych bioder albo wiszącego brzucha, akceptuje nagle siebie. Iluzją jest wmawianie sobie, że to nie ciało jest ważne, tylko intelekt! Z tego niedbania o ciało bierze się potem nadmierne eksponowanie swojego intelektu. Agresywne i nieprzyswajalne dla innych. Doświadczam tego czasami w teatrach od aktorów, którzy manifestują swoją pozorną wyższość nad "panem od ruchawki". I odmawiają współpracy.

Dlaczego wyćwiczone, zadbane ciało jest ważne?

- Ćwiczenie fizyczne siebie samego powoduje, że robisz sobie porządek w głowie. Skoro wymagam od siebie fizycznej męczarni, to jestem w stanie więcej z siebie dać przy kontaktach z drugim człowiekiem. Jestem zdolny do pokonania większego wysiłku, do nieodrzucania go, nawet jeśli całkowicie mi nie odpowiada.

Żyjemy w stadzie, musimy do pewnych norm nawet się przymusić. To daje dyscyplina. Jak człowiek pakuje w siebie byle co, to byle co mówi, byle jak się zachowuje, byle jakie fluidy z siebie wyrzuca, byle jakie jest jego życie.

Ja wiem, że coraz więcej ludzi chodzi na siłownię, ale to jest podyktowane presją mody. Kupuje się fajne adidaski, markową koszulę i jakieś krótkie gacie, i to wszystko musi lśnić i być piękne.

I w tych ciuszkach ci bogaci faceci podnoszą sztangi pod okiem prywatnego instruktora. Gdyby naprawdę chcieli wyciskać z siebie poty, to te ich piękne koszulki po kilku razach nadawałyby się do śmietnika. Więc nic z tej ich siłowni nie wynika. Brzuchy, jak były, są. Tak samo mętlik w głowie. Wszystko jest pozorne, byle jakie.

Denerwują cię ludzie niedbający o swoje ciało?

- Niestety, patrzę na to. I wytwarza mi się w głowie niepozytywna opinia o nich. Są zapuszczeni, bo nie pracują nad sobą. Wiem, wiem, to faszystowskie podejście.

A ty jak dbasz o nie?

- Codziennie rano 55 pompek za jednym zamachem i 400 brzuchów. Potem trochę ćwiczeń z jogi, trochę medytacji i dopiero wtedy prysznic na zmianę gorący i lodowaty. Tego potrzebuje mój moralny kręgosłup. Ja tego nienawidzę i rano śpię, ile wlezie, byle jak najdłużej odciągnąć moment tych pompek. Ale jeżeli ich nie zrobię, to cały dzień będę miał do niczego. Bo wiem, że skoro sobie odpuściłem tutaj, to odpuszczę sobie tu i tu, i tam, i cały dzień sobie odpuszczę.

A na ubiór też patrzysz?

- Oczywiście. Ciuchy pokazują charakter człowieka. Źle je dobierzesz, to znaczy, że jesteś niechlujem życiowym. Nawet ci, którzy robią z tego jakiś atut, to dbają, by był to porządny atut. Ich byle co nałożone na siebie wygląda jak park w stylu angielskim. Wydaje nam się, że zaniedbany, a wymaga większej pracy niż park francuski, gdzie wszystko jest cacy.

Ubranie z pewnością określa pozycję w grupie. Biznesmen w krawacie ma pozycję, władzę, siłę itd. Ten w łachmanach nie radzi sobie, nie ma kasy. Ubranie narzuca pewne myślenie o człowieku, umiejscawia go w jakiejś sytuacji. Oczywiście dla mnie najważniejsza jest indywidualność. Stąd ta czapka na mojej głowie. Ale ona nie przystoi facetowi. Ludzie się na mnie gapią.

Lubisz, jak się gapią?

- Na scenie tak. W życiu absolutnie nie! Kiedy idę do knajpy, siadam w rogu i czytam gazetę. W dyskotece też siadam w kącie, a jeśli już tańczę, to zamykam oczy, żeby nie patrzeć na reakcje innych. Być może się śmieją: o, stary rupieć wywija i chce pokazać, że potrafi.

A mnie chodzi o wyrzucenie emocji. Umiem to robić tylko przez taniec. Poza sceną jestem dzikim, trochę wycofanym facetem. Raczej życiowym nieudacznikiem.

Co jeszcze nie przystoi facetowi?

- Słabość, która jest zrzucaniem odpowiedzialności i winy na innych. Za siebie, za własne nieodpowiedzialne decyzje.

A narcyzm przystoi?

- Narcyzm to kolejna moda wśród facetów. Moda na metroseksualność. Gość chce być przesadnie zadbany, lekko zmanierowany, wpisujący się w trendy lekkiego zblazowania, sztucznego luzu.

Okropne.

- No, okropne. Facet ma być facetem, a nie wpieprzać się w tą metroseksualność, a potem biadolić, że jesteśmy w odstawce, bo kobiety chcą rządzić i chcą parytetu, na który ja się nie zgadzam.

Dlaczego się nie zgadzasz?

- Bo ustawowe nakazy zwykle przynoszą efekt odwrotny do zamierzonego. Wolałbym, żeby kobiety same się pchały do władzy i polityki, same walczyły i wygrywały w wyborach, niż jakby[żeby?] miało to wyglądać jak za komuny. Mamy już za sobą etap list krajowych. Nieważne, jak wiara głosowała, lista krajowa i tak musiała przejść. Ten ustawowy parytet pachnie mi niedemokratycznym sposobem myślenia.

No, ale faceci są słabi. Sami oddają pola kobietom w domu, w pracy, w życiu. Kobieta jeszcze wciąż musi walczyć, żeby wykazać, że jest lepsza od faceta, a faceci sobie walkę odpuszczają. Nie chce im się udowadniać swojej przydatności.

Może to wina kobiet?

- A kogo? Tylko kobiet!!! Walczycie z facetami całe sto lat ostatnie o to samo i się wam nie nudzi? Chcecie pracy - macie, chcecie szkoły - macie, chcecie wolnego seksu - macie, nie chcecie gotować - macie, nie chcecie niańczyć dzieciarów - macie, chcecie rządzić - rządźcie sobie, ale walcząc w wyborach uczciwie! A nie, wam się nagle parytetów zachciewa jakichś!

Kontuzje w capoeira

Wypowiedź z forum, ale myślę, że nie każdy zagląda na goldenline.pl ;)

Myślę, że kontuzje na Capoeira to bardzo rozległy temat, różne ich powody, jeden skutek ;)

Przede wszystkim rozgrzewka. I to nie tylko przed treningiem Capoeira - przed każdym! Co mnie mocno dziwi - ludzie bierzecie się za piłkę nożną, czy siatkówkę lub kosza (poza treningami capoeira - bo sądzicie, że jesteście wysportowani) - i właśnie tam dzieją się kontuzję, a uważam, że są to sporty dużo bardziej kontuzjogenne niż capoeira. Taki delikwent na spotkaniu z kolegami odstawia browara, wbiega na boisko, mocno hamuje, zaraz biec w drugą stronę chce i już staw skokowy nie wytrzymuje :)

Druga sprawa to przygotowanie. Sam musiałem załapać wszystkie możliwe kontuzje, żeby to zrozumieć. Przygotowanie do technik, przygotowanie fizyczne, przygotowanie nacodzień. Napisała koleżanka, że jej dysk przy salcie wypadł - a czy były ćwiczone i opanowane wprawki do salt? Ćwiczenia przygotowujące? Pewnie - jak znam z praktyki własnej ;) - salto ćwiczone było na "raz kozie śmierć" :) Kolejna sprawa to przygotowanie fizyczne - i naprawdę uważam (teraz ;)), że parę lat ćwiczenia bazy daje bardzo dobre warunki do nauki akrobatyki. Przykład z tego roku - 3 godziny zajęło mi nauczenie wprawek i salta z miejsca chłopaka, który NIGDY nie spróbował ani podskoku, a ćwiczy 2 rok bazy. Stawy skokowe, nadgarstki - można przygotować, tylko nikt pewnie o tym nie myśli. Kolejna rzecz to upadki. Osobiście twierdzę, że powinno się wypieprzyć dzieciom z podstawówek te nudne wuefy na macie (macie piłkę i gracie) i uczyć ich przedmiotu p.t."Jak upadać". Pół roku, przez godzinę w tygodniu. Naprawdę przydatna umiejętność, wykorzystywana nie tylko przez kaskaderów - takie zajęcia są organizowane np. dla seniorów w Niemczech - jak poprawnie upaść ze schodów, czy zareagować na poślizgnięcie. Super sprawa i wielokrotnie uratowała mi zdrowie (włącznie z niedawnym szlifem na skuterze ;)).

Trzecia rzecz - odwaga. To już cecha psychiczna, nad którą nie będę się rozwodził. Przy czym - odwaga a nie głupota. Odwaga, czyli opanowanie w warunkach treningu stresu przed wykonaniem trudnych elementów. Ale mam na myśli _OPANOWANIE_, czyli potrafimy się kontrolowac w każdej sytuacji - po to właśnie są wprawki.

Czwarta sprawa - słuchać trenera. Przez 4 lata treningu zdarzyły się u mnie może 3 rozbite nosy plus jedno złamanie ręki (ale to poza treningiem, przed zajęciami i bez rozgrzewki, przy nieuprawnionym wejściu na salę bez instruktora ;) Ogarnięty trener da Wam dużo wskazówek. Ilu z Was uczyło się akrobatyki i powiedziano Wam, żeby nigdy pięta nie dotykała ziemi? Jedna z podstawowych zasad moim zdaniem.

Co do usztywniaczy, stabilizatorów... Przede wszystkim niech zejdzie opuchlizna. Dwa, że jak ktoś już powiedział - uzależnicie się od nich.

Ciało ma Wam wystarczyć na 75 lat życia, a nie tylko do emerytury, pomyślcie o jutrze ;) Kolana, barki - niestety, nie wyszły one Panu Bogu i łatwo się sypią. Trzeba o nie dbać, wzmacniać (np. izolowanymi ćwiczeniami na siłowni), pamiętać o nie obciążaniu poniżej kąta prostego.

Poza tym rzecz trudna do zrozumienia dla młodego człowieka: nie każdy będzie capoeiristą. Trzeba umieć się strategicznie wycofać, powiedzieć sobie "nie" i zrezygnować zanim coś sie stanie a nie w momencie, gdy własne ciało nas do tego zmusi.

W 99,9% przypadków capoeira (i właściwie każda aktywność fizyczna) w Polsce i na świecie to nie sport, a rekreacja. Trzy razy w tygodniu po 1,5h dziennie, do tego fajki i piwo co weekend. Nie wymagajcie więc przy takim swoim podejściu do treningu nie wiadomo czego od własnego ciała. Sport zaczyna się tam, gdzie ciało zaczyna się mocno zużywać - przy 2 lub 3 treningach dziennie po parę godzin każdy - a tu potrzebni są lekarze, masażyści, dietetycy (no właśnie - kto je, tak jak trzeba?), fizjoterapeuci, porządny trener (a nie chłopiec, co widział, jak jego trener prowadzi, który widział, jak jego trener...). Nawet nie powinienem używać słowa "trener" a "instruktor" w stosunku do osoby prowadzącej zajęcia capoeira, bo to pierwsze to jest prawie stopień naukowy a drugie usprawiedliwia jedynie co dana osoba robi na sali ;) Sport nie jest zdrowy tak jak to się mówi. Zdrowy sport, a właściwie rekreacja rządzi się zasadą złotej trójki - 3x po 30 minut w tętnie 130 na tydzień - to jest zdrowe :) Wszystko dalej to kontuzje i problemy, na które musicie przygotować siebie i swoje portfele.