niedziela, 13 grudnia 2015

Żyję, nie umarłem ;)

niedziela, 15 lipca 2012

Tleń












Jakoś w polowie lipca miałem przyjemność poprowadzenia paru treningów capoeira dla dzieciaków, które pojechały na kolonie z zaprzyjaźnioną firmą. Treningi poszły szybko i sprawnie, dzieciaki się ubawiły.

Wyjazd jak zwykle obfitowal w kilka codziennych, małych przygód, które składają się na nasze życie. Sama podróż PKP w jedną i drugą stronę to temat na osobny wpis, a ponieważ minęło już nieco czasu - nie chcę na nowo rozdrapywać tej rany ;) Ogólnie masakra, drogo, brudno i baaardzo ciasno. Oczywiście żaden z pracowników nie poczuwa się do odpowiedzialności, spychologia stosowana - to nie nasza wina, że za mało wagonów. To nie nasza wina, że kasy sprzedają bilety na pociąg, w którym miejsca nie ma. I tak dalej, i tak dalej. Każdemu kolejarzowi powinno być wstyd za takie ruchanie społeczeństwa. Najlepiej gdyby nosili jakiegoś rodzaju opaski z oznaczeniem na ramieniu, czy coś... Tak by rozpoznawać ich można było z daleka, a dzieciaki biegałyby za takimi i rzucały w nich kamieniami.

  Sam Tleń to jedna z takich miejscowości, o których istnieniu nigdy nie słyszałem. Nic dziwnego, gdzieś pod Bydgoszczą, przytulona pomiędzy jeziorami do nie-głównej drogi. Na miejscu, gdy wysiadłem na przystanku PKS, znajdował się duży budynek, w którym jednocześnie mają albo miały siedzibę sklep, dyskoteka i chyba dom kultury. Nie zdążyłem się przyjrzeć, natomiast trochę nadrobiłem drogi szukając właściwego ośrodka - na google maps był źle oznaczony i idąc na GPS poszedłem w kompletnie przeciwnym kierunku, skutkiem czego przeszedłem całą miejscowość wzdłuż i wszerz :)

Na miejscu zastał mnie taki typowy kolonijny ośrodek, w całkiem niezłym stanie, z dużym piłkarskim boiskiem, stołówką itd. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek był na koloniach, to niemal mogę zagwarantować, że wyglądało to identycznie :) W tym wypadku jednak nie czuć było stęchlizny i wszystko fajnie poremontowane.

Byłem trochę zmęczony i padłem szybko spać - okazało się, że w tym samym czasie, gdy ja spałem, okolice Tlenia i Tucholi były masakrowane przez trąbę powietrzną i burzę. Nieźle, idealny moment do spania znalazłem :) Z opowieści miejscowych, z którymi potem rozmawiałem, wyłaniał się obraz mniej więcej taki, jaki po paru godzinach mogliście oglądać w wiadomościach - połamane drzewa, pozrzucane dachy.

Osobną przygodą była moja przechadzka po okolicy. W Tleniu jest jedna baaardzo stara chyba kawiarnia/bar/bufet, ciężko mi to nazwać. Na oko pamięta sam środek PRL, może nawet lata 60, a na wyposażeniu wciąż jest oryginalna, ta sama, Pani Bufetowa. Przeurocze miejsce, byłem już po pracy, więc zjadłem frytki i wypiłem sobie piwo oglądając własnie wiadomości o trąbie powietrznej. Czułem się tam troche jak w wehikule czasu... Wszystko takie powolne, stare, spokojne i wyczekujące.

Poczucie oderwania od rzeczywistości wzmogło się jeszcze bardziej (abstrahując już od wypitego piwa, co ostatnio jest dla mnie wystarczającą do upicia się ilością :D), gdy na dalszej drodze mojej przechadzki stanął opuszczony ośrodek wypoczynkowy. Nie jeden budynek, ale caly ich kompleks, z zarośniętym boiskiem z jednej strony, sprzętem pływającym na zapleczu. Postanowiłem go zwiedzić, mimo nadchodzącego wieczora. Słońce pochylało się już powoli nad horyzontem, ale było na szczęście jeszcze dość widno, a ja miałem ze sobą kieszonkową latarkę. A więc hyc przez płot i do środka.

O dziwo, drzwi pozostały pootwierane (lub wyważone), a w środku były oczywiście ślady wypijanych piw i drobniejszych libacji. Mimo tego, w Tleniu musi byc bardzo mało mieszkańców, a przyjezdni to raczej starsze osoby więc nie było żadnych większych  śladów dewastacji, ba, w jednym z pomieszczeń znalazłem całą szafę poukładanych, poprasowanych prześcieradeł. Gdzieniegdzie przeciekał dach, czy leżały na ziemi potłuczone kafle, garnki. Ale i tak zaskoczył mnie dobry stan obiektu, jak również spore otwarte przestrzenie - sala w świetlicy, pokój gry do bilarda (a tam napisy na ścianach :)) ) oraz sala gimnastyczna - dość nietypowa, wyglądająca jak gdyby służyła do ćwiczenia zapasów, z nietypowym przeszkleniem.

Dalej znajdował się inny budynek - z wewnętrznym placykiem, dookoła którego na parterze i pietrze znajdowały się pokoiki przypominające od środka konstrukcją przyczepy kempingowe - wszystko rozkładane i chowane w ścianach, jak w małych kajutach.

Naszła mnie pewna refleksja, która trzyma mnie pomimo iż minęły już chyba 3 lub 4 tygodnie od powrotu.

Te miejsca, opuszczone tak niedawno. Znalazłem książkę gości z wpisami z 2006 roku, możliwe, że całość została opuszczona jeszcze później. W każdym bądź razie - te miejsca jeszcze nie dawno były żywe, pełne ludzi. Wyobrażałem sobie, jak po schodach musiały wbiegać dzieciaki, w pokoju wychowawcy czy pielęgniarki zawsze ktoś musiał być, by ich pilnować. I tyle małych codziennych historii - sprzątania, obiady, kolacje, zielone noce. Może pierwsza miłość, może pierwszy zawód miłosny. Ból brzucha, gorączka. A może jakaś młoda para na swoich pierwszych wspólnych wakacjach. Te miejsca. Pełne ludzkich historii, echa zdarzeń, a teraz takie puste, zarośnięte krzakami, gdzieniegdzie nadpleśniałe. W innym miejscu pszczoły znalazły dom, a w oknie, przez które ktoś patrzył kiedyś na deszczową pogodę - dziś wybita szyba. Smutno i nostalgicznie.

Porobiłem kilka zdjęć, wróciłem do ośrodka i zapakowałem się spać. Następnego dnia miałem jeszcze pare treningów, zjadłem obiad, a potem kierownik odwiózł mnie na pociąg. I do Wrocławia. I Tleń - nieco odludne, zapomniane miejsce jakich tysiące w Polsce, pełne zawsze niezwykłych historii wielu zwykłych ludzi - opuściłem :)

środa, 27 czerwca 2012

Niedługo coś skrobnę

A tymczasem...

 Skierowałem rozmowę na temat kobiet, co nie przysporzyło mi większych trudności. Poglądy Osana były cyniczne, bardzo łatwe do przyjęcia, kiedy nie szaleje się na punkcie jakiejś konkretnej osoby. Mówił bardzo autorytatywnie, co pasowało do pisarza, o którym plotkowano więcej niż o jakimkolwiek pisarzu od czasów Hemingwaya. — Słuchaj, mały — powiedział. — Miłość jest jak mały czerwony samochodzik, który dostaje się na Gwiazdkę w wieku sześciu lat. Jesteś tak niewyobrażalnie szczęśliwy, ze nie możesz się z nim ani na chwilę rozstać. Ale wcześniej czy później odpadną kółka. Wtedy rzucasz go w kąt i zapominasz o nim. Zakochiwanie się jest wspaniałe, ale bycie zakochanym to klęska. Z szacunkiem, którego — zdaje się — oczekiwał, spytałem go:
 — A co z kobietami? Czy myśli pan, że one to tak samo odbierają, skoro twierdzą, że myślą podobnie jak mężczyźni?
Posłał mi szybkie spojrzenie swych niewiarygodnie zielonych oczu. Poruszyłem go, ale nie zareagował. Była to jedna ze wspaniałych cech tego człowieka. Po chwili odpowiedział: — Ruch Wyzwolenia Kobiet twierdzi, że my sprawujemy władzę i kontrolę nad ich życiem. Jest to podobnie idiotyczne twierdzenie jak to, że kobiety są czystsze seksualnie niż mężczyźni. Kobiety pieprzą się z każdym, zawsze, wszędzie, tylko boją się o tym mówić. Te gadki Ruchu Wyzwolenia Kobiet o procentowej większości mężczyzn u władzy!!! Ci faceci nie są mężczyznami, nawet nie są ludźmi. Oto czyje miejsca chcą zająć kobiety. Nie wiedzą, że trzeba iść tam po trupach.
 — Przecież jest pan jednym z tych mężczyzn — wtrąciłem.
 — Tak i, mówiąc metaforycznie, musiałem iść po trupach. Kobiety zdobędą to, co mężczyźni już mają. To znaczy: gówno, wrzody i zawały. Do tego mnóstwo gównianych zajęć, znienawidzonych przez mężczyzn. Ale jestem jak najbardziej za równością. Będę mógł walczyć z tymi cipami. Słuchaj, płacę alimenty czterem zdrowym niewiastom, które mogłyby same na siebie zarabiać. Tylko dlatego, że nie są równe. — Pana romanse są prawie tak sławne jak pana książki — powiedziałem. — Jak pan radzi sobie z kobietami?

Osano wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

 — Nie interesuje cię, jak piszę książki?
 — Pana książki mówią same za siebie — odparłem kurewsko gładko. Spojrzał na mnie uważnie i po chwili kontynuował.
 — Nigdy nie traktuj kobiety zbyt dobrze. Kobiety trzymają się ochlapusów, kurwiarzy, szulerów i brutali. Nie mogą wytrzymać ze słodziutkim, milusim facetem. A wiesz dlaczego? Nudzą się. Nie chcą być szczęśliwe. To nudne.
 — Czy wierzy pan w wierność? — zapytałem.
 — Jasne. Słuchaj: kochanie kogoś oznacza, że druga osoba stanowi centralny punkt twojego życia. Kiedy to się zmienia, to już nie jest miłość. To coś innego. Może coś lepszego, bardziej praktycznego. W gruncie rzeczy miłość jest nieuczciwym, niestabilnym i paranoicznym związkiem. Mężczyźni są gorsi od kobiet. Kobieta może pieprzyć się setki razy i mogłaby to robić na okrągło. Pierwszy krok w dół jest wtedy, kiedy nie chce się pieprzyć, kiedy ty masz na to ochotę. Słuchaj, nie ma wymówek. Nieważne bóle głowy, bez picu. Kiedy cizia roluje cię w łóżku, to oznacza koniec. Zacznij szukać wsparcia z zewnątrz. Nie przyjmuj wymówek. Zapytałem go o kobiety, które mogą mieć dziesięć orgazmów przy jednym męskim. Machnął tylko ręką.
 — U kobiet to jest inaczej — odparł. — Dla nich to jest takie małe bzyk. Inaczej faceci. Faceci flaki sobie wypruwają. Freud był blisko, ale nie doszedł do tego. Mężczyźni naprawdę pieprzą. Kobiety nie. Cóż, myślę, że nie wierzył we wszystko, co mówił, ale przesada była częścią jego stylu. Przeszliśmy na temat helikopterów. Uważał, że za dwadzieścia lat samochód będzie zbędny, że każdy będzie miał swój helikopter. Należało jeszcze wykonać kilka technicznych poprawek, wmontować hamulce pozwalające kobietom latać i wtedy drogi wyjdą z użytku. — Tak — powiedział — to oczywiste. — Oczywiste było także to, że tego ranka brakowało mu kobiety, dlatego znów zmienił temat.
 — Dzisiaj faceci są do dupy. Mówią do swoich panienek: jasne, możesz pieprzyć się z każdym i tak będę cię kochał. Gówniarze. Słuchaj: każdy facet, który wie, że cizia będzie pieprzyć się z nieznajomymi, myśli o niej jak o wywłoce. Byłem urażony i zarazem zdumiony tym porównaniem. Wielki Osano, który swoim pisarstwem doprowadzał kobiety do ekstazy. Jeden z największych, najbardziej otwartych umysłów Ameryki. Albo nie zrozumiałem, o co mu chodzi, albo był to po prostu bełkot. Zobaczyłem, że gospodyni wymierza dzieciakom siarczyste policzki.
 — Daje pan swojej gospodyni wiele swobody — zauważyłem.
Był teraz tak skoncentrowany, że wyłapywał wszystko bez udziału świadomości. Dokładnie wiedział, co myślałem o jego ostatnich wynurzeniach. Może dlatego powiedział mi prawdę o swojej gospodyni. Aby mnie zaszokować.
 — To moja pierwsza żona — rzekł. — Jest matką trójki najstarszych.
Wybuchnął śmiechem, kiedy zobaczył wyraz mojej twarzy.
 — Nie, nie pieprzę jej. Żyjemy sobie razem zgodnie. Płacę jej cholernie dobrą pensję, ale nie alimenty. Jedyna żona, której nie płacę alimentów.
Najwyraźniej oczekiwał pytania, dlaczego. Zadałem je.
 — Ponieważ, kiedy napisałem swoją pierwszą książkę i stałem się bogaty, zabiło jej to klina. Była zazdrosna o moją sławę i uwagę, jaką przyciągała moja osoba. Ona też pragnęła, by zwracano na nią uwagę. Dlatego gdy pewien młody facio, mój wielbiciel, zainteresował się nią, przyjęła to za dobrą monetę. Była pięć lat od niego starsza, ale jeszcze bardzo seksowna. Muszę jej to przyznać, że naprawdę się zakochała. A niech jej będzie. Tylko że nie rozumiała, że facet, pieprząc się z nią, chciał pogrążyć wielkiego pisarza Osana. Poprosiła mnie o rozwód i połowę dochodu z książki. Nie miałem nic przeciwko temu. Chciała też zabrać dzieci, ale nie miałem zamiaru oddawać ich jej i temu kutasowi. Powiedziałem więc, że jeśli wyjdzie za mąż za tego faceta, dostanie dzieci. Facet w ciągu dwóch lat rozpieprzył jej życie i przehulał całą forsę. Zapomniała o dzieciach. Znów była panienką. Jasne, odwiedzała je często, ale była zajęta podróżowaniem po świecie za moją forsę i miętoszeniem kutasa tego szczawia. Kiedy forsa się skończyła, facet się zmył. Wróciła i chciała odzyskać dzieci. Ale teraz nie było o tym mowy. W końcu opuściła je na dwa lata. Zrobiła mi wielką scenę, mówiła, że nie może bez nich żyć. Dlatego zatrudniłem ją jako gosposię.
 — To najgorsze świństwo, o jakim słyszałem — powiedziałem chłodno. W jego niespokojnych zielonych oczach błysnął gniew. Po chwili uśmiechnął się i rzekł pojednawczo:
 — Może to i nie wygląda najlepiej, ale postaw się na moim miejscu. Kocham swoje dzieci. Jaki to ojciec, co nie potrafi ich zatrzymać? Co za gówno! Wiesz, że mężczyźni nigdy nie są w stanie otrząsnąć się z tego gówna? śonka jest zmęczona małżeństwem, więc mężczyzna traci własne dzieci. I przygląda się temu, jakby mu obcięli jaja. Cóż, ja temu nie przyglądałem się spokojnie. Zatrzymałem dzieci i od razu się ożeniłem. A kiedy druga żona zaczęła przeginać pałę, także się jej pozbyłem.
 — A co z dziećmi? — zapytałem spokojnym głosem. — Czy nie przeszkadza im, że matka jest gospodynią? Znów błysk zielonych oczu.
 — O kurwa, przecież jej nie poniżam. Jest gospodynią tylko wtedy, gdy chwilowo nie jestem żonaty. Kiedy indziej pełni raczej funkcję guwernantki. Wynajmuje ode mnie dom. Słuchaj, myślałem, żeby dać jej więcej forsy, by mogła kupić sobie własny dom i stała się niezależna. Ale to lekkomyślna pizda, jak one wszystkie. Znów zaczęłaby trwonić pieniądze. Skończyłaby w rynsztoku. Nie mam nic przeciwko temu, ale przysporzyłaby mi kłopotów, a ja muszę pisać książki. Dlatego kontroluję jej wydatki. Ma przy mnie cudowne życie. Wie, że jeśli podpadnie, to będzie musiała ruszyć tyłek do roboty. To skutkuje.
 — Nie jest pan przypadkiem mizoginistą? — zapytałem z uśmiechem. Zaśmiał się.
 — Jeśli mówisz to do faceta, który był żonaty cztery razy, nie musi nawet zaprzeczać. Ale dobrze, naprawdę jestem przeciwnikiem Ruchu Wyzwolenia Kobiet pod jednym względem. Ponieważ teraz większość kobiet ma sieczkę w głowie. Może to nie ich wina. Słuchaj, jak spotkasz babkę, która nie chce się pieprzyć co dwa dni, pozbądź się jej jak najszybciej. No, chyba że zabrała ją karetka i ma czterdzieści szwów na cipie. Guzik mnie obchodzi, czy to lubi, czy nie. Czasami mnie się to też nie podoba, a muszę się starać jak wszyscy diabli. Jeśli się kogoś kocha, to ma się obowiązek pieprzyć jak jasna cholera. Jezu, nie wiem, czemu wciąż się żenię. Przysięgam, że już więcej tego nie zrobię, ale zawsze mnie wyrolują. Zawsze wierzyłem, że to nie małżeństwo je unieszczęśliwia. Mają sieczkę we łbie.
 — Czy nie uważa pan, że przy sprzyjających okolicznościach kobiety mogą stać się równe? Osano potrząsnął głową.
 — Zapominają, że wiek działa na ich niekorzyść. Facet po pięćdziesiątce może mieć mnóstwo młodych panienek. Babka po pięćdziesiątce zajmuje się przeważnie robótkami ręcznymi. Jasne, kiedy zdobędą władzę polityczną, przeforsują prawo, że dla zrównania praw mężczyźni między czterdziestką i pięć dziesiątką muszą poddać się operacji postarzenia. Tak działa demokracja. To też jedno wielkie gówno. Słuchaj, kobietki i tak mają dobrze, nie powinny narzekać. W dawnych czasach nie zdawały sobie sprawy, że mają prawa jak w związkach zawodowych. Nie mogłeś wywalić ich z pracy, nawet jeśli miały paskudny charakter. Paskudne w łóżku, paskudne w kuchni. I komu było dobrze ze swoją żoną po kilku latach małżeństwa? Jeśli było dobrze, to znaczyło, że była zdzirą. I teraz chcą być równe. A niech im, dałbym im równość. Wiem, co mówię — byłem żonaty cztery razy. Wydałem na to wszystko, co zarobiłem.

wtorek, 24 stycznia 2012

Dłubię w domu :)

Mimo, że nie mam pracy, to na nadmiar wolnego czasu nie narzekam, mimo, że oddaliśmy Ninę do żłobka. Dłubię powoli kilka projektow, fajniejsze z nich to ciasteczka (cookie.com.pl), modelki (sallyyumeno.com), a także mam 3-4 projekty na dysku jeszcze nie upublicznione. Ale to będzie drobnica - pare podstron z newsami, czy galerią. Dlubię to wszystko na siłę czasem w Zendzie, ale efekty całkiem całkiem - ostatnio podjęta decyzja o przerzuceniu się z joomli na zenda okazala się całkiem słuszna, chyba wole swoj kod niż cudzy :) W zanadrzu jeszcze sushi bar (dziś przyszło zlecenie), strona instruktorki fitness (pozdr Asia), a obecnie najmocniej na tapecie - zespół weselny.

Mam jeszcze kilka swoich pomysłów, ale pochwale się jak już będą online. A na to niestety najmniej wolnego czasu.

A czas leci i leci a wszystko idzie tak wolno... No ale, ZUS sam się nie zapłaci.

wtorek, 10 stycznia 2012

Styczeń, styczeń...

Zanim jednak wkleję, zmuszę Was do przeczytania, co u mnie.
Mija styczeń, 4 miesiąc od kiedy jesteśmy we Wrocławiu.
Święta minęły nam spokojnie u teściów w Olsztynie. Było bardzo miło. Sylwestra natomiast spędziliśmy w domu, po lampce szampana i spać.
Z pracą u mnie wygląda sprawa dość problematycznie. Nie pracuję obecnie na etat, rozwijam kilka rzeczy naraz. Efektem tego ciągle siedzę przy kompie, ciągle coś robię, ale wszystko idzie mi powoli i jak po grudzie. Leży organizacja czasu pracy. To spory problem, z którego wynika potem brak skupienia, zmęczenie, problemy z koncentracją. Ale coś się musi zmienić, albo długo tak nie pociągnę. Od kilku miesięcy tryb wygląda tak, że koduję cały dzień i noc, pośpię coś za dnia, koduję dalej, może noc, a może się prześpię. Lepiej mi pracować w nocy, kiedy dziewczyny śpią. Mimo to, nie przyzwyczajam się do tych godzin, redbulle ani kawa nie pomagają. Także, pora to ustabilizować.
Potrzebny mi plan.
Ze studiami na razie dałem sobie spokój. To już drugi raz. Odpuszczam też dlatego, że widzę, że studia nic nie wnoszą do mojego życia oprócz dodatkowego obciążenia. Nie uczę się tam niczego ciekawego. Choć może jednej rzeczy nauczyłem się - że studia nie są potrzebne nawet w fachu programisty. I że nadmiar ambicji jest zły. Jestem tylko człowiekiem - muszę się skupić na utrzymaniu rodziny, a na studia zawsze mogę wrócić. Zwłaszcza kiedy prowadzę swój interes nikt nie będzie ode mnie wymagał papierów.
Na dniach oddajemy Ninę do żłobka. Więc będzie spokój za dnia, będę mógł normalnie pracować w domu. Beata zaczęła pracę w agencji reklamowej - przyjmuje zlecenia i wystawia faktury. Przyjemnie i podobno ją chwalą. Więc wypadałoby żebym i ja stanął na wysokości zadania.
A tu lekcja fizyki, której nigdy w szkole nie miałem. W godzinę dowiedziałem się więcej niż przez 10 lat fizyki w szkole i na studiach.

wtorek, 3 stycznia 2012

Czas wskrzesić bloga.

"Kto mnoży wiedzę, ten mnoży smutek."

Fajne zdanie. Im więcej wiem, tym mniej mi się chce ;) Witam w 2012.

poniedziałek, 10 października 2011